Wyd. Muza | Org. La Ciudad de Vapor | 224 str. | 34,90 zł | Data wydania: 05.05.2021 r.
Dawno
temu, w spowitej mgłą Barcelonie…
Kiedy Carlos Ruiz Zafón ukończył dzieło swojego
życia- serię o Cmentarzu Zapomnianych Książek, postanowił zebrać wszystkie
napisane dotychczas opowiadania, nawiązujące mniej lub bardziej do tego cyklu,
i stworzyć z nich jeden tom będący ostatecznym pożegnaniem z mglistymi zaułkami
Barcelony. Nie spodziewał się jednak, że nie dożyje publikacji swojego
ostatniego dzieła, a cieniutki, ale pełen treści zbiór, będzie dla czytelników
pożegnaniem... ale z nim.
Wyd. Akurat | Org. A Reaper at the Gates | Seria Ember in the ashes Tom III | 512 str. | 44,90 zł | Premiera: 25.03.2020 r.
Obowiązek ponad wszystko
Zło ma wiele twarzy.
Może być mroczną i przerażającą zjawą, ale może założyć również maskę
przyjaciela. Tak łatwo zaufać niewłaściwej osobie. Tak łatwo popełnić błąd,
który może mieć śmiertelne konsekwencje. Zwiastun
Nocy marzy tylko o jednym- zdobyć wszystkie elementy gwiazdy i uwolnić swoich
braci dżinów. By tego dokonać, nie cofnie się przed niczym, a jego zemsta
będzie straszliwa. Laia zrobi jednak
wszystko, by go powstrzymać. Nie chodzi tylko o ratowanie ludzkości,
dziewczyna ma do niego osobisty żal. Choć Elias próbuje jej pomagać, okazuje
się, że złożona przez niego przysięga,
niesie ze sobą dramatyczne konsekwencje, których nie da się uniknąć. Helena
z kolei jest gotowa na wszystko, by zapewnić bezpieczeństwo swojej młodszej
siostrze. Jednocześnie stara się utrzymać
porządek w Imperium i przejrzeć przebiegłe plany okrutnej komendantki. Wojna
wisi w powietrzu i nie da się jej uniknąć. Żaden
z bohaterów nie podejrzewa jednak, z jakim wrogiem przyjdzie im się zmierzyć.
Wydawnictwo Między Słowami | Ilość stron: 432 | Cena: 39,90 zł | Data wydania: 31.07.2019 r.
Z tysiąca niezwykłych powodów…
Wierzycie w przeznaczenie? W to, że los łączy nas w pary i
robi wszystko, żebyśmy odnaleźli siebie nawzajem? W miłość tak silną, że pokona
czas, przestrzeń, a nawet śmierć? W Martynie właśnie umiera ostatnia iskierka
nadziei na szczęście. Dziewczyna już dawno przestała czekać na księcia na
białym koniu. Niczym Kopciuszek pracuje do utraty tchu w nadmorskim pensjonacie
rodziców i żyje w poczuciu braku własnej wartości. Kiedy poznaje Jamesa,
zmienia się cały jej świat. Życie zaczyna przypominać piękny sen, tak odmienny
od koszmarów jakie dotychczas przeżyła. Jednak nawet z najpiękniejszego snu w
końcu trzeba się obudzić. Martyna wie o tym doskonale, bo przemilczała sprawy
które mogą zniszczyć uczucie rodzące się między nią a Jamesem. Tylko jak ma powiedzieć
ukochanemu, że w każdym detalu przypomina jej wymyślonego przyjaciela z
dzieciństwa? Chłopaka, którego kochała nad życie, choć nigdy go tu nie było?
Wyd. NieZwykłe | Org. Echo | Seria Czarny Lotos Tom II | 336 str. | 38,90 zł | Data wydania: 24.10.2018 r.
Gdy z serca zostają zgliszcza
i kupka popiołu
Wszystko było dokładnie zaplanowane. Przemyślane krok po
kroku. Wymierzone z precyzją i konsekwentnie realizowane. Elizabeth sama nie
wie kiedy dokładnie jej intryga zaczęła walić się jak domek z kart. Kiedy
poczuła, że jej martwe serce zabiło mocniej dla mężczyzny, którego miała
zniszczyć? A może znacznie wcześniej, w momencie kiedy zobaczyła go po raz
pierwszy? Teraz jednak za późno, by się nad tym zastanawiać. Padł strzał, a po
nim zostało już tylko echo. Niemilknące, wdzierające się podstępnie w każdą
najmniejszą cząstkę duszy i niszczące resztki życia jakie tliły się w jej
martwym sercu. Teraz nie ma już nic. Jest wrakiem.
Wyd. NieZwykłe | Org. Killing Sarai | Seria W towarzystwie zabójców Tom I | 378 str. | 38,90 zł | Premiera: 11.04.2018 r.
W niebezpiecznym towarzystwie
zabójcy…
Jak wiele można poświęcić, by odzyskać utraconą wolność? Odpowiedź
brzmi- wszystko. Nawet własne życie. To właśnie je kładzie na szali Sarai chowając
się w samochodzie płatnego zabójcy. Dziewczyna doskonale wie co robi. Od wielu
lat planowała swoją ucieczkę, a tajemniczy Amerykanin, mimo swojej profesji,
wzbudza w niej zaufanie i jest jej ostatnią szansą na wolność. Dziewczyna zbyt długo
tkwiła w niewoli barona narkotykowego, dla którego była ulubioną zabawką. Zbyt dużo
widziała. Zbyt dużo przeżyła. Dlatego ucieknie, albo zginie próbując. Jednak już
od momentu, kiedy Sarai skrywa się w samochodzie płatnego zabójcy Victora, nic
nie idzie zgodnie z planem. Uciekając, dziewczyna wydała na siebie wyrok
śmierci, a jej życie, o ironio, spoczywa w rękach mężczyzny, który może je
zakończyć jednym strzałem. Choć Victor powinien odesłać ją z powrotem do jej
dotychczasowego piekła, albo zabić, nie robi ani jednego, ani drugiego. Choć
sam nie wie czemu, postanawia pomóc Sarai, narażając przy tym swoją misję, a
także życie.
Wyd. NieZwykłe | Org. Bang | Seria Czarny Lotos Tom 1 | 400 str. | 38.90 | Data wydania: 20.06.2018 r.
O zemście, która nie zawsze ma słodki smak
Brak mi słów. Naprawdę. Nie wiem, co powiedzieć…
Są takie historie, które rozbijają czytelnika na drobne
kawałeczki. Niszczą pustoszą i pozostawiają wielki zamęt w głowie. Taką książką
jest „Bang”. To historia, która wstrząśnie Wami do głębi, oszołomi i da do
myślenia. To opowieść o cierpieniu, zemście, szukaniu zadośćuczynienia za wyrządzone
krzywdy. Niesamowita, mocna, brutalna i… tak inna od wszystkiego, co dotychczas
czytałam. Ciągle jestem w szoku i nie potrafię skleić składnej rekomendacji,
dlatego pozwólcie, że przekażę głos głównej bohaterce i narratorce „Bang”. Mam nadzieję,
że przekona Was do sięgnięcia po książkę, w której opowiada swoją wstrząsającą
historię.
Wyd. NieZwykłe | Org. Therapy | 484 str. | 38,90 zł | PREMIERA: 22 października 2017 r.
O ranach na ciele i gojeniu
duszy
Czerń albo biel. Nigdy
szarość- tak świat postrzega Jessica. Choć życie ma tysiące odcieni, ona
tak bardzo wpatrzona jest w ciemność w
swoim wnętrzu, że nie jest w stanie ich dostrzec. Ból, jaki przynosi każdy
dzień popycha ją w stan odrętwienia, a dziewczyna zna tylko jeden skuteczny
sposób, by cokolwiek poczuć. Emocje wycina na swoim ciele żyletką- tylko to
przynosi jej ulgę, tylko ten rodzaj bólu jest w stanie samodzielnie
kontrolować. Ukojenie przynosi jej też pisanie poezji, w którą wlewa cały swój
smutek i cierpienie. Tylko ze stronami dziennika może podzielić się swoją
codziennością, którą wypełnia samotność, niezrozumienie i okrucieństwo jakiego
doświadcza ze strony rówieśników. Choć Jessica wydaje się wyobcowana i
zamknięta w sobie, całym sercem pragnie uwagi i akceptacji innych. Rozpaczliwa
potrzeba bycia kochaną wpycha ją w ramiona kolejnych mężczyzn, dla których nic
nie znaczy, a odtrącenie za każdym razem rodzi kolejne krwawe szramy na ciele i
duszy. I tak bez końca… aż do dnia kiedy ktoś po raz pierwszy wyciąga do niej
pomocną dłoń. Tylko czy Jessica ze swoim destrukcyjnym charakterem będzie
potrafiła tę dłoń utrzymać? Czy ta znajomość będzie początkiem czegoś dobrego,
czy zniszczy ich oboje?
„Mam wrażenie, że od zawsze gonię za życiem. I nigdy nie będę w
stanie go złapać.”
Wyd. Akurat | org. A Torch Against the Night | Ember in the Ashes tom 2 | 512 str. | 39,90 zł | Premiera: 28.06.2017 r.
Rebeliantka, dezerter i Kruk
Krwi w świecie, który staje w płomieniach
Imperium chwieje się w posadach. Elias, Laia i Helena, po
raz kolejny muszą stoczyć nierówną walkę z przeznaczeniem. Całe zło, wszystkie cierpienia
jakich zaznali bohaterowie na Czarnym Klifie w okrutnej akademii Masek, okażą
się niczym wobec tego, co jeszcze ich czeka. Wolność wcale nie smakuje słodko. Jest
pełna strachu, bólu i metalicznego posmaku krwi. Elias i Laia desperacko próbują
uciec ze stolicy Imperium, pod osłoną szalejących walk rewolucjonistów. Ona nie
cofnie się przed niczym, by uwolnić porwanego przez Maski brata Darina. On chce
odkupić swoje winy i odpłacić za przelaną krew przyjaciół. Ich celem jest
Kauf-najpilniej strzeżone więzienie w Imperium. Choć uwolnienie Darina z tego
miejsca jest misją niemal niewykonalną, nie mogą się poddać. „Dopóki trwa życie, jest nadzieja”. A gra
jest warta świeczki, bo Darin zna sekrety, które mogą pomóc w obaleniu tyrana.
Tylko czy Elias i Laia zdołają go uwolnić zanim będzie za późno?
Pięćset lat
temu potężny lud wojan podbił serrańczyków, zamieniając ich biblioteki i
akademie, w koszary i zbrojownie. Od tego czasu nic nie jest takie jak dawniej.
Stworzony przed laty przez serrańczyków ruch oporu, został zdziesiątkowany i
pozbawiony najdzielniejszych dowódców, a uciśnionym narodem, żelazną ręką
rządzi Imperator, przy pomocy okrutnych żołnierzy, kryjących swe oblicza za
srebrnymi maskami, przyrośniętymi do twarzy, wyszkolonych w elitarnej akademii
zwanej Czarnym Klifem.
org. "Amber to Ashes"/ Wyd. Akurat/ 590 str./ 39,99 zł PREMIERA: 3 lutego 2016 r.
Żaden z moich
sekretów nigdy cię nie skrzywdzi…
Amber Moretti nigdy nie przypuszczała, że będzie w stanie
kogokolwiek pokochać. I że ktoś będzie w stanie pokochać ją. W jej życiu
wydarzyło się zbyt wiele złych i okrutnych rzeczy by potrafiła komukolwiek
zaufać i otworzyć przed nim swoje serce. Nieoczekiwanie jednak dziewczyna
zakochuje się i to nie w jednym, a dwóch mężczyznach jednocześnie. W
najlepszych przyjaciołach. Choć różnią się niczym ogień i woda obaj stają się
dla Amber powietrzem, bez którego nie może oddychać. Balsamem na poranione
serce. Dziewczyna pragnie ich obu, choć doskonale wie, że ta niemoralna i
niebezpieczna gra w końcu może zniszczyć ich wszystkich…
Ludzie różnie przeżywają żałobę. Ja osobiście na wieść o
śmierci najbliższej mi osoby, rozpadłabym się chyba na milion drobnych
kawałków. Niewiele lepiej radzi sobie ze śmiercią siostry bliźniaczki bohaterka
powieści, Ashlyn. W zasadzie nie radzi sobie w ogóle. Jest zdruzgotana,
załamana, w pewnym sensie pozbawiona cząstki samej siebie. Nie znajdując
wsparcia u matki przenosi się (nie do końca z własnej woli) do dawno
niewidzianego ojca i jego nowej rodziny. W trakcie podróży poznaje jednak kogoś
wyjątkowego. Kogoś kto doskonale rozumie jej ból i jako jedyny potrafi go
zwalczyć samą swoją obecnością. Człowieka, o duszy równie poranionej jak jej
własna. Uczucie jakie rodzi się między tą dwójką jest wyjątkowe, jednak jak
szybko się okazuje nie może mieć miejsca. Daniel jest bowiem nauczycielem w
ogólniaku w którym Ashlyn przyszło kończyć liceum. Jakby tego było mało jej
ojciec jest tam wicedyrektorem. Uczucia nie da się jednak od tak wymazać z
serca. Czy w tej bolesnej i dramatycznej historii znajdzie się odrobina miejsca
na szczęśliwe zakończenie?
"Le Petit Prince"/ reż. Mark Osborne/ 108 min./ 2015 r.
Opis:
Mała Dziewczynka zaprzyjaźnia się z ekscentrycznym staruszkiem z
sąsiedztwa, który przedstawia się jako Pilot. Nowy znajomy opowiada jej o
niezwykłym świecie, gdzie wszystko jest możliwe. Świecie, do którego dawno temu
zaprosił go przyjaciel – Mały Książę. Tak zaczyna się magiczna i pełna przygód
podróż Dziewczynki do krainy jej własnej wyobraźni i do bajkowego uniwersum
Małego Księcia.
Czekanie na kolejny tom serii to prawdziwa udręka, zwłaszcza
jeśli autor zdecyduje się rozbić czytelnika na tysiąc kawałków i zostawić go w
takim stanie na nie wiadomo jak długo. Na drugi tom „Jeśli zostanę” przyszło nam czekać ładnych kilka lat i w zasadzie
dostaliśmy ten niesamowity prezent od wydawnictwa jedynie dzięki (absolutnie
cudownej!) ekranizacji. Choć ciekawość o dalsze losy bohaterów dosłownie
zżerała moją czytelniczą duszę, trawiły mnie także pewne obawy. Bo czy to w
ogóle możliwe, by powtórzyć jeszcze raz tamte uczucia? Przywołać niesamowity
klimat ulotnych wspomnień? Wydawało mi się, że nie, ale od bardzo dawna nie
byłam w tak wielkim błędzie.
„I nie wiem, czemu
dzwonię, słuchawka jest głucha.
I nie wiem, czemu śpiewam,
skoro nikt nie słucha”
piosenka str.103
Pierwszy tom był w całości opowieścią Mii. To razem z nią
przeżywaliśmy tragedię, która zniszczyła jej życie. Z nią śmialiśmy się i płakaliśmy
przeżywając na przemian piękne wspomnienia i bolesną teraźniejszość. Drugi tom
uświadomił mi jednak, że skupieni na Mii przegapiliśmy coś bardzo istotnego. Bo
nie tylko ona przeżyła tragedię i nie tylko ona musi nosić jej brzemię. Siedząc
przy szpitalnym łóżku, obok nieprzytomnej Mii, jej chłopak, Adam, złożył
dziewczynie pewną obietnicę. „Pozwolę ci odejść. Jeśli zostaniesz”. Teraz, trzy
lata od tragicznego wypadku, wciąż pamięta ją doskonale. Bo musiał dotrzymać
słowa.
„Więc to do tego
doszło? T y m się stałem? Chodzącą sprzecznością? Jestem otoczony ludźmi a
czuję się samotny. Twierdzę, że usycham z tęsknoty za odrobiną normalności, ale
teraz kiedy ją mam, jakbym nie wiedział, co z nią począć. Nie potrafię już być
normalnym człowiekiem.”
Str. 41
Dziewczyna zostaje. Ale nie z nim. Zupełnie niespodziewanie
losy tych dwojga zwyczajnie się rozchodzą. Kariera zespołu Adama, Shooting Star,
nabiera bardzo szybkiego tempa, a Mia staje się jedną z najbardziej
obiecujących młodych wiolonczelistek. Jednak los postanawia dać im jeszcze
jedną szansę. Czy przypadkowe spotkanie, pozwoli im odnaleźć siebie na nowo? A
może starych ran nie powinno się rozdrapywać, zwłaszcza, że jeszcze nie zdążyły
na dobre się zabliźnić?
„Odpuścić. Wszyscy mówią
o tym, jakby to była najprostsza rzecz
na świecie. Odegnij palce jeden po drugim, aż dłoń się otworzy. Ale moja dłoń
jest zaciśnięta w pięść od trzech lat; ścierpła w tym uścisku. Cały tak
zastygłem. I niedługo stężeję do końca.”
Str. 212
Tym razem to Adam jest narratorem całej historii, co było
dla mnie pierwszym, bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Kolejnym była atmosfera
książki. Wydawać by się mogło, że to pierwszy tom powinien być bardziej dramatyczny.
No wiecie, wypadek, tragedia, dramatyczne decyzje. Ale jednak dzięki
wspomnieniom Mii, była to naprawdę pokrzepiająca i pełna ciepła historia. To
właśnie drugi tom okazał się tym bardziej mrocznym i przepełnionym smutkiem. I
znów pierwsze skrzypce grają tu wspomnienia, bo te należące do Adama nie są ani
ciepłe ani pokrzepiające. Wypełnia je ból, krzyk i cierpienie. Płynnie
przechodzimy więc do kolejnego, bardzo pozytywnego zaskoczenia. Obawiałam się,
że autorce nie uda się po raz kolejny napisać tak przejmującej i wciągającej
opowieści bazującej na retrospekcjach. A jednak byłam w błędzie, pojawiają się
one w dużej ilości i sprawiają, że forma książki pozostaje niezmienna. Mimo to
nie potrafię porównać tych dwóch tomów bo dzieli je prawdziwa przepaść. Są
kompletnie inne, a zarazem noszą w sobie wiele podobieństw. Najważniejsze jest
jednak to, że autorce się udało. Naprawdę jej się udało, stworzyć coś wyjątkowego,
co zapamiętam na bardzo długo.
„Gapię się w dół na wodę. Minutę temu była
spokojna i gładka jak szkło, teraz otwiera się, kotłuje, wiruje wściekle. Wir grozi,
że pochłonie mnie całego. Utonę w nim i nikogo,
n i k o g o nie będzie
przy mnie w mroku.”
Str. 212
O CZYM?„Wróć,
jeśli pamiętasz”, to przepiękna opowieść o utraconej miłości i drugiej
szansie. O życiu, które nas zmienia i o rzeczach, które nie zmieniają się w nas
nigdy. Nie potrafię znaleźć odpowiednich słów, by opisać to, jakie książka
wywarła na mnie wrażenie. Myślę, że jest ono porównywalne z tym, co czułam, oglądając
ekranizację, a to samo w sobie jest ogromnym komplementem. Moje oczekiwania
względem tej pozycji były ogromne, a dostałam nawet więcej. Po cichu liczę, że
i ten tom doczeka się wydania filmowego, a nawet troszkę się tego obawiam, bo byłoby
to istne apogeum emocji. Jeśli ktoś ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości,
książkę z całego serca POLECAM i straszne zazdroszczę, że wciąż macie jej
lekturę przed sobą. Jedynym pocieszeniem dla mnie jest fakt, że w przygotowaniu
są już dwie kolejne książki autorki, do których dorwę się z niekłamaną
rozkoszą!
Gdy okazuje się, że nasz czas na Ziemi dobiega końca, zespół
odkrywców wyrusza na najważniejszą misję w dziejach ludzkości. Badacze
podróżują poza granice naszej galaktyki, aby przekonać się, czy rasa ludzka ma
szansę przetrwać wśród gwiazd.
Zwiastun:
Recenzja:
Melancholia,
grawitacja
i pięciowymiarowa rzeczywistość
„Interstellar” od początku przejmował mnie pewnym
niepokojem. Bite trzy godziny i niezbyt emocjonujący zwiastun z dramatyczną
muzyką. Do tego science fiction, które wciąż nie do końca rozumiem i nie
potrafię pokochać. A jednak po raz kolejny bardzo się pomyliłam w ocenie i
wiem, że nie powinnam jej wystawiać przed seansem. A teraz sama nie wiem czy
będę w stanie oddać niezwykłość tego filmu, tak byście i Wy się do niego
przekonali.
Oscar Wilde powiedział, że „wszyscy jesteśmy w rynsztoku, ale niektórzy z nas patrzą w gwiazdy”.
I choć wiem, że nie te słowa są mottem filmu, to idealnie odzwierciedlają to,
co się w nim dzieje. Świat nieubłaganie zmierza ku zagładzie. Brak deszczu,
burze pyłu i choroby niszczące plony. W obliczu potęgi natury technika jest się
bezradna i bezużyteczna. Priorytetem staje się wyżywienie głodującej ludności,
dlatego wszelkie środki lokowane są w rolnictwo. Powoli cała nasza cywilizacja
zaczyna zanikać. Nie ma już nowoczesnych sprzętów medycznych, nieliczne
uniwersytety niechętnie rekrutują studentów. Zamknięto nawet NASA, a loty
kosmiczne uznano za bzdurę i propagandę.
W tym pogrążonym w chaosie świecie, na pewnej farmie mieszka
jednak człowiek, który nie zgadza się z bezmyślnym zatracaniem wszelkich
osiągnięć ludzkości. Były pilot i inżynier, pracujący niegdyś dla NASA, dzięki
grawitacyjnej anomalii w pokoju córki, odkrywa, że nie wszystko jest jeszcze
stracone. Wkrótce pozna ludzi, którzy wciąż wierzą, że gdzieś wśród gwiazd
czeka na nas ratunek. Ryzykując wszystko wyruszają na wyprawę do nowej
galaktyki, w nadziei na ocalenie ludzkości.
„Patrząc w niebo, rozmyślaliśmy o naszym miejscu wśród
gwiazd.
Teraz patrzymy pod stopy i martwimy się o miejsce na ziemi.”
Zatrzymajmy się może na chwilę przy tym, co tak bardzo mnie
przerażało zanim weszłam na kinową salę. Czas. Film trwa niespełna trzy godziny,
co wydawało mi się istną katastrofą, a stało się wybawieniem dla obrazu. Nie da
się ukryć, że to naprawdę długo i jeśli pójdziecie do kina nastawieni na intergalaktyczną
przygodę rodem ze „Strażników Galaktyki” z pewnością niemiłosiernie się
wynudzicie. „Interstellar” reprezentuje bowiem zupełnie inny poziom i choć
przynależy do tego samego gatunku czyli science fiction, ma bardziej
psychologiczny wydźwięk i próżno tu szukać ekscytujących i pełnych napięcia
scen akcji. Dominuje tu napięcie zupełnie innego rodzaju. Widz skupia się na
niezwykłej, przekraczającej horyzonty wyobrażeń tajemnicy wszechświata,
wszystko inne zostaje zepchnięte w kąt, a czas okazuje się kluczowy dla
zrozumienia całości.
Film nie obfituje w akcję, brakuje też jednoznacznej
rozrywki. Seans polega głównie na myśleniu i emocjach. Jest w nim mnóstwo
spokoju, ale też napięcia o to, jak dalej potoczy się misja. Sam czas, o którym
wcześniej wspomniałam, jest tu pojęciem względnym. Znane nam prawa fizyki
przestają obowiązywać, a zastępują je nowe, które często trudno pojąć, ale nie
sposób się nimi nie zafascynować. Ciekawostką jest fakt, że „Interstellar” nie
opiera się wyłącznie na wyobraźni scenarzysty. Film oparty jest na teorii
naukowej opracowanej przez fizyka z Caltech Kipa Thorne'a, co tylko dodaje mu
wiarygodności, a co za tym idzie niezwykłości.
Obok niespodzianek, które kryje wszechświat, a także
zagrożeń, z którymi boryka się nasza planeta, film ukazuje także inne, bardziej
przyziemne problemy. Jest to opowieść o samotnym rodzicielstwie, o trudnych
relacjach między pokoleniami i o tym jak ciężko jest wytłumaczyć dziecku swoje
decyzje i motywy działania. Jest to także historia o ogromnym poświęceniu i próbie
uratowania tych, których kochamy najbardziej. Przede wszystkim ważna jest tu
jednak miłość, która wskazuje drogę nawet wśród odległych galaktyk.
Początkowo nie do końca podobało mi się to, jak film został
zrealizowany. Brakowało mi tu czegoś bardziej widowiskowego, jakiejś szerszej
perspektywy. Dostajemy bowiem masę zbliżeń i długich scen, w których wydawać by
się mogło, że nie dzieje się praktycznie nic. Do tego bark tu dbałości o
detale, a na ekranie pojawia się często to samo kiepskie ujęcie kadłuba statku.
Jednak o to właśnie chodzi w tym filmie. Nie oglądamy bajkowych kosmicznych
obrazków, twórcy nie zaspokajają całkowicie naszej ciekawości dotyczącej
równoległych galaktyk. Widzimy jednak z bardzo bliska wszystkie emocje
bohaterów, bo to oni są tutaj najważniejsi. Nie jest ich wielu, nie wykonują
niezwykłych akrobacji, to co się tutaj liczy, to sekret wszechświata i ludzie,
którzy go odkrywają. Reszta jest zaledwie tłem, na które szczerze mówiąc nie bardzo
zwraca się uwagę.
Kluczem do filmu stają się więc aktorzy, a spotkałam się z
bardzo krytycznymi opiniami, które się do nich odnoszą. Matthew McConaughey
grający głównego bohatera Coopera, został przez niektórych dosłownie zrównany z
ziemią. Uznali bowiem, że aktor występujący w komediach romantycznych z zasady
nie nadaje się do tak poważnej roli. Naprawdę nie wiem, jak po obejrzeniu filmu
można tak nadal myśleć. Matthew był najjaśniejszym punktem w całym filmie.
Podczas gdy wokół niego nie działo się kompletnie nic godnego uwagi i tak
potrafił samym sobą wypełnić całą przestrzeń i zapewnić widzowi niesamowite
emocje. Wszystkie elementy, dzięki którym w oczach wielu kobiet został jednym z
najlepszych aktorów, zostały skrupulatnie ukryte pod kombinezonem kosmonauty.
Jedyne czym dysponował to mocno ograniczone gesty mimika i głos, a mimo to nie
tylko dał radę, ale też w moich oczach zagrał najlepszą rolę swojego życia.
Anne Hathaway, choć jest niesamowitą aktorką, wypadła więc
przy nim nieco blado i już nie tak niezapomnianie. Mimo to jednak też mnie do
siebie przekonała i udowodniła, że potrafi zagrać każdą rolę. Nie tylko
księżniczki, złej czarownicy czy zakochanej nastolatki, ale też dużo
poważniejsze, takie jak doktor Brand.
Twórcy filmu kupili mnie już w pierwszej sekundzie jego
trwania pokazując półki wypchane po brzegi książkami. Potem jednak, kiedy
okazało się, że owe półki odrywają fundamentalną rolę w całym filmie, kupili
mnie już całkowicie. Nie mogę powiedzieć, że polecam ten film wszystkim. Choć
jest niesamowicie fascynujący, jest też przede wszystkim dosyć skomplikowany i
trudny. Wymaga od widza bezgranicznego skupienia i wyciszenia. Jest to
propozycja dla osób wytrwałych i psychicznie dojrzałych, a także dla tych,
którzy szukają czegoś więcej niż bezsensownej ganianiny i ciągłych eksplozji.
Mimo że film jest dosyć wymagający, jest też chyba najbardziej przemyślanym,
pełnym i kompletnym dziełem z jakim miałam ostatnio do czynienia. Strasznie
dziwię się wszystkim, którzy zdecydowali opuścić kino w połowie seansu, bo
nawet nie dali sobie szansy odkrycia jego niezwykłości. Fabuła zatacza pełne
koło i udowadnia, że nic nie jest przypadkowe, a stwierdzenie, że wszystko
dostało zapisane w gwiazdach nabiera zupełnie nowego znaczenia. Pozostawia
widza oszołomionego i pełnego sprzecznych myśli, ale też niezaprzeczalnie z
poszerzonymi horyzontami. To film, o którym można naprawdę dużo dyskutować i
odkrywać go wciąż na nowo. Wiem, że nie na wszystkich zrobi on takie wrażenie
jak na mnie, ale naprawdę Wam tego życzę. Tymczasem zabieram się za obejrzenie „Grawitacji”,
do której „Interstellar” jest porównywany. Zobaczymy,
co z tego wyniknie, tym bardziej, że moje oczekiwania stokrotnie się
zwiększyły.
Pierwszy tom serii potrafi naprawdę wysoko postawić poprzeczkę
swojemu następcy. Kiedy jesteśmy zachwyceni wstępem do serii, automatycznie
nasze wymagania przyjmują stokrotnie większe rozmiary. Niestety w większości
przypadków nadzieje okazują się płonne i bezceremonialnie gasną, zduszone
nagłym rozczarowaniem. Jednak w przypadku kontynuacji „Więźnia labiryntu”, od początku miałam przeczucie, że będzie to
coś wciskającego w fotel. W najmniejszym stopniu się nie pomyliłam. A teraz
trawi mnie prawdziwa obawa, czy pan Dashner zdoła mnie jeszcze kiedyś aż tak
zachwycić.
Kiedy Thomasowi i jego przyjaciołom udało się znaleźć
wyjście z mrocznego i niebezpiecznego Labiryntu, myśleli, że to, co najgorsze
już za nimi. Nie mogli się jednak bardziej pomylić. Najgorsze wciąż przed nimi.
Nadchodzi nowy i zupełnie nieprzewidywalny etap Prób, w porównaniu z którym Labirynt
był zaledwie namiastką. Po dramatycznej ucieczce z siedziby DRESZCZU, Streferzy
trafiają w pozornie bezpieczne miejsce, lecz nie jest im dane długo cieszyć się
tym uczuciem. Przed nimi kolejne zadanie, tym razem już ostatnie. W ciągu
zaledwie dwóch tygodni muszą przemierzyć pustynię w poszukiwaniu Bezpiecznej
Przystani. Jednak DRESZCZ już zadba o to, by nie nudzili się pod drodze.
„Po co w ogóle próbujesz zadawać pytania? Nic
tu się nigdy nie trzymało kupy i pewnie nigdy nie będzie.”
O ile w poprzedniej części, zarówno bohaterów, jak i
czytelnika, ograniczały ciasne ściany Labiryntu i nieprzenikniony mrok
wymazanych wspomnień, tak „Próby ognia” znacznie poszerzają horyzonty. Przede wszystkim
diametralnie zmienia się otoczenie, w jakim przebywają bohaterowie. Porzucamy
klaustrofobiczny, rządzący się swoimi prawami Labirynt, na rzecz spalonych
słońcem pustkowi, gdzie bohaterowie będą musieli walczyć nie tylko z
okrucieństwem natury, ale też własnymi słabościami. Powracające stopniowo
wspomnienia poszerzą też znacznie nasze pole postrzegania pewnych kwestii.
Razem z bohaterami zaczniemy odkrywać coraz więcej szczegółów na temat DRESZCZU
i sensu Prób, jednak każde wspomnienie zrodzi masę pytań, na które odpowiedź
uzyskamy dopiero w finałowym tomie tej opowieści.
"Jedyne, co wam powiem, to że czasem to, co widzicie nie jest prawdziwe, a czasem prawdziwe jest to czego nie widzicie.”
A skoro już jesteśmy przy rozszerzeniach wszelkiej maści-
nie tylko przestrzeń zwiększy swą powierzchnię, ale również grono bohaterów
powiększy się o kilka nowych i niezwykle barwnych osobistości. Narobią one naprawdę
sporo zamieszania w pełnym i tak już chaosu życiu Streferów. Pojawią się nowe
przyjaźnie, nowe wyzwania, ale też nowe zagrożenia i tajemnice. Jednak to, co
cieszy mnie najbardziej, to poszerzenie wiadomości czytelników o Pożodze i jej
destrukcyjnych skutkach, a także o tajemniczej chorobie trawiącej ludzkość. Jak
dla mnie jest to najistotniejsze w dystopijnych opowieściach i serce mi krwawi
za każdym razem, kiedy bzdurne i nieistotne wątki przesłaniają to, co
najważniejsze, czyli sam wygląd i opis świata, w który zostaliśmy wciągnięci.
Na szczęście James Dashner nie zbagatelizował tej istotnej kwestii i nadał
swojej powieści więcej wiarygodności i wielowymiarowości.
” - Może umrzeć.
- Gorzej. Może to przeżyć.”
Zarówno pierwszy, jak i drugi tom nastawiony jest na pędzącą
akcję, jednak tym razem znalazło się też więcej miejsca dla emocji. Dzieje się
tak nie tylko dlatego, że poznaliśmy już bohaterów i czujemy się do nich
bardziej przywiązani, głównym powodem jest znacznie zacieśnienie więzi między
samymi bohaterami, którzy wiedzą, że są dla siebie nawzajem jedyną bezpieczną
przystanią, i że muszą się o siebie troszczyć, bo nie wiadomo, co przyniesie ze
sobą kolejny dzień. Najwięcej w moich oczach zyskał Thomas, który dosłownie
skradł moje serce. Nie mogę Wam zdradzić, co w związku z nim zrobiło na mnie aż
tak wielkie wrażenie, ale jeśli znacie Patkę możecie być pewni, że ma to
związek z pewną kobietą…
O CZYM?Podsumowując, „Próby ognia” to doskonałe rozwinięcie serii, która nie rozczarowuje
nawet na chwilę. Pełna akcji i emocji, wciskająca w fotel lektura, która
potrafi nawet momentami nieźle przestraszyć. Choć autor naprawdę sporo
namieszał i narobił niezłego bałaganu, udało mu się brawurowo zakończyć wszystkie
wątki. Jedyne, czego nie umiem mu wybaczyć to zakończenie, po którym
najchętniej od razu rzuciłabym się na finałowy tom, którego jak na złość
jeszcze nie zdążyłam kupić. Serdecznie polecam!
Mia Hall to nieśmiała, niezwykle
utalentowana dziewczyna, która stoi przed najtrudniejszym życiowym wyborem.
Jeśli zdecyduje się opuścić dom by podążać za muzycznymi marzeniami, straci
miłość swojego życia. Wszystko zmienia się w wyniku pewnego wydarzenia, a Mia
zawieszona przez jeden dzień między życiem a śmiercią musi zdecydować, po
której stronie zostanie.
Zwiastun:
Recenzja:
Najtrudniejszy
wybór
„Zostań, jeśli kochasz”
jest kolejną ekranizacją, która przenosi na wielki ekran niesamowitą powieść.
Ponieważ jak już zapewne wiecie, „Jeśli zostanę”- Gayle Forman,darzę ogromnym sentymentem, dlatego nikogo nie
zdziwi fakt, że musiałam, po prostu musiałam jak najszybciej zobaczyć tą
historię w filmowej wersji. Zawsze trochę się obawiam ekranizacji moich
ulubionych książek, bo mam w stosunku do nich naprawdę duże wymagania. Tym
razem, jednak naprawdę nie było czego się bać, bo seans okazał się obłędny.
Podobno przed śmiercią całe życie nagle przewija nam się
przed oczami, niczym przyspieszony film. A gdyby ktoś pozwolił nam zdecydować,
o tym czy zostać, czy odejść z tego świata? Mia (Chloë Grace Moretz)miała
wszystko czego można pragnąć, cudowną rodzinę, kochającego chłopaka Adama (Jamie Blackley) i ogromny muzyczny talent. Lecz niespodziewanie, tragiczny wypadek
odebrał jej wszystko. Trwając przez jeden dzień w stanie dziwnego zawieszenia
między życiem a śmiercią, wspominając dotychczasowe życie dziewczyna musi
odkryć w sobie siłę, by podjąć najtrudniejszą decyzję: zostać i żyć dalej, czy
poddać się i odejść.
Zacznijmy może od tego jak film ma się do książki, bo
zapewne dla fanów powieści będzie to bardzo istotne. Jeśli obawiacie się luźnej
interpretacji, nieścisłości czy przeinaczeń, możecie odetchnąć z ulgą. Film
niemal w 100% odwzorowuje książkę, nie odbiega od niej treścią ani przesłaniem.
Niektóre elementy zostały (naprawdę nieznacznie) zmienione, ale moim zdaniem
wyszło to produkcji na dobre, bo dodaje nieco dramatyzmu a za razem dynamizmu. Książka
jest naprawdę cudowna, ale nie miałam pewności, jak odbiorę tak spokojną i
melancholijną opowieść w filmowej wersji, bo przyzwyczaiłam się, że do kina
chodzę na bardziej… wybuchowe produkcje. Jak widać czasem warto jednak zmienić
repertuar, bo wrażenie jakie film na mnie wywarł, przerosło znacznie moje
oczekiwania.
W filmie teraźniejszość jest znacznie mniej rozwinięta niż
przeszłość i wszyscy, którzy nie znają książki, muszą być na to przygotowani.
Film ma charakter wspomnieniowy, roi się w nim od retrospekcji, które
niekoniecznie układają się w chronologiczną całość. Mia jest nie tylko główną
bohaterką, ale też narratorką i opowiada nam całą swoją historię. Dlatego w
jednej chwili jesteśmy w szpitalu i widzimy tragiczne skutki wypadku, by w
następnej chwili przenieść się do jakiegoś wspomnienia dziewczyny, potem do
kolejnego. Tak właśnie wygląda film i warto o tym wiedzieć, bo nie wszystkim
pasuje taki niechronologiczny tok narracji. Znam osoby, które nie mogą się
odnaleźć tym, co się dzieje i poskładać faktów w jedną całość. Jednak myślę, że
w przypadku tego konkretnie filmu, nie powinno raczej być takich problemów.
Może nie wszystko jest jasne od początku, ale w przeciwieństwie do niektórych
ekranizacji, ta powinna być w pełni zrozumiała dla wszystkich, niezależnie od
znajomości pierwowzoru.
Teraz szepnę może słówko o aktorach, którzy wydali mi się
absolutnie nie do zastąpienia. Na pierwszy ogień rzućmy Mię, czyli Chloë Grace Moretz. Ta młodziutka i niezwykle utalentowana dziewczyna miała naprawdę trudną
rolę do odegrania. Potrzeba naprawdę wiele zaangażowania, by wiarygodnie
zaprezentować wszystkie emocje towarzyszące historii, tym bardziej, że są to emocje
bardzo różne. Udało jej się to jednak świetnie. Widząc rozpacz jej bohaterki,
widz wprost nie może powstrzymać wzruszenia, jej wspomnienia z przeszłości
nadają historii ciepła, a gra na wiolonczeli przyprawia o dreszcze. Widząc jej
występy nie mogłam się oprzeć wrażeniu, ze patrzę na profesjonalistkę, tym
większe było moje zdziwienie, że Chloë zaledwie przez pięć miesięcy uczyła się
grać na tym instrumencie.
Niemniejsze wrażenie zrobił na mnie Adam czyli Jamie Blackley. Szczerze mówiąc kompletnie w niego nie wierzyłam. Po prostu uważałam,
że żaden aktor nie będzie tak doskonały jak książkowy Adam. Kompletnie się
jednak myliłam. Jamie dokonał czegoś wprost niemożliwego w moich oczach i
zagrał swoją postać znacznie lepiej niż została ona przedstawiona w książce. Zagrał
słodkiego, czułego i kochającego chłopaka i stworzył z Chloe naprawdę zgrany
duet. Do tego spisał się wprost koncertowo, jako muzyk w rockowej kapeli.
Bardzo istotną rolę w filmie odgrywa muzyka, która jest
wprost wszechobecna. Z jednej strony mamy muzykę klasyczną, którą reprezentuje
Mia, a z drugiej rocka uwielbianego przez wszystkich jej bliskich. Jest to
opowieść nie tylko o tragedii i żałobie, ale też właśnie o muzyce, o tym jaki
może mieć wpływ na życie i na to jak kształtuje człowieka. Dzięki cudownej
ścieżce dźwiękowej, na widza czeka też dodatkowa porcja emocji, których w
filmie i tak nie brakuje.
No właśnie. Emocje. Zostawiłam je sobie na koniec, ponieważ
jak dla mnie to zdecydowanie najmocniejsza strona filmu. Wszystko mnie tu
zachwyciło: historia, aktorzy, muzyka, ale emocje jakie towarzyszą tej historii
po prostu powaliły mnie na kolana. O ile książka wywoływała momentami lekkie
wzruszenie, tak podczas oglądania filmu łzy są wręcz nieuniknione. Nie cierpię płakać
przy innych, dlatego dzielnie wstrzymywałam wybuch niepohamowanego płaczu, ale
w pewnym momencie po prostu nie dało się wstrzymać w sobie tak silnych emocji.
Co więcej, nawet po wyjściu z kina nie mogłam przestać myśleć o tej historii, utożsamiać
się z nią i uwolnić się od wzruszenia. I właśnie dlatego uważam, że pod pewnym względem
film przebił książkę. Po prostu rozbił mnie na kawałki.
Pytanie, czy polecam Wam film, jest więc pozbawione sensu.
Twierdzę wręcz, że MUSICIE go zobaczyć. To przepiękna opowieść o miłości, godzeniu
się ze stratą i trudnych wyborach. Choć historia dostarcza masy wzruszeń, ma
też w sobie coś ciepłego, co wywołuje chwilami błogi uśmiech. Mogłabym tak
pisać i pisać bez końca, ale myślę, że napisałam już wystarczająco wiele by Was
przekonać. Wiem, że nie jest to film, który poruszy wszystkich tak samo, a
nawet niektórym może się chwilami wydawać nudnawy, ale jest to produkcja,
której trzeba dać szansę. Jeśli więc
czujecie, że to historia dla Was i nie macie serca z kamienia, serdecznie
zapraszam do kin. Ja tym czasem czekam na wersję DVD, bo z przyjemnością
obejrzę ten film ponownie i z pewnością nie będę już ukrywała wzruszenia.
Labirynt, to jedno z najbardziej fascynujących, ale też
budzących grozę miejsc, jakie można sobie wyobrazić. Nie od dziś jest
inspiracją, wszyscy chyba pamiętamy „Labirynt
Fauna”, czy jedno z zadań w czwartej części „Harry’ego Pottera”. Również James Dashner, autor „Więźnia Labiryntu”, dał się zainspirować
temu miejscu. Nic dziwnego, w końcu to ogromna zagadka, setki korytarzy pełnych
tajemnic i ogromne pole dla wyobraźni. Zasadniczo mimo tych tajemnic, labirynt
jest tylko łamigłówką, w której trzeba znaleźć drogę do wyjścia. Jednak czy
zawsze to wyjście istnieje?
„Powstał, rozpoczynając nowe życie, otoczony przeszywającą
ciemnością i stęchłym zakurzonym powietrzem.”
Tak właśnie rozpoczyna się opowieść nastoletniego Thomasa.
Dlaczego „nowe życie”? Cóż, o tym „starym” nie opowie wam zbyt wiele. Tak się
bowiem składa, że właśnie obudził się w pędzącej ku górze windzie, nie mając
kompletnie pojęcia kim jest, ani co się właściwie dzieje. Jedyne, co mu
pozostało to imię i setki pytań kłębiących się w głowie. Niestety od tej pory
pytań będzie już jedynie więcej. Gdy winda w końcu się zatrzymuje, oczom
Thomasa ukazuje się niezwykły widok. Grupa nastoletnich chłopców wita go w
miejscu zwanym Strefą, dookoła której wznosi się mroczny Labirynt. Rozwiązanie
wydaje się proste- znaleźć wyjście i uciekać. Jednak w Strefie nic nie jest
proste. Każdej nocy Labirynt zamyka się a jego ściany zmieniają położenie.
Jakby tego było mało, korytarzy Labiryntu strzegą dziwne i śmiertelnie niebezpieczne
istoty. Choć Streferzy każdego dnia szukają wyjścia, nie maję tak naprawdę
żadnego punktu zaczepienia. Żaden z nich nie pamięta bowiem niczego ze swojej
przeszłości. Czasu jest jednak coraz mniej. Gdy następnego dnia po Thomasie, do
Strefy przybywa pierwsza dziewczyna, przynosząc ze sobą niepokojącą wiadomość, wszyscy
wiedzą, że nic już nie będzie takie jak kiedyś.
„Ocean emocji zalewał jego umysł i serce. Zdezorientowanie. Ciekawość.
Panika. Strach. Jednak przede wszystkim ogarniało go ponure uczucie rozpaczy,
jak gdyby świat, który znał, przestał istnieć, został wymazany z jego pamięci i
zastąpiony obrzydliwym substytutem. Pragnął uciec jak najdalej od tych ludzi i
tego miejsca.”
Co mogę powiedzieć Wam o Strefie? Nie jest to zdecydowanie
miejsce, do którego wybralibyście się na wakacje. Pozornie tętni tam życie,
panuje ład i spokój. Każdy Strefer ma jasno określone obowiązki, które wykonuje
każdego dnia. Są też zasady, których nikt nie może łamać, i kary, których każdy
wolałby uniknąć. Streferzy mają własny, unikalny język, którym się posługują (a
nawet oryginalne przekleństwa, które w sprytny sposób zastępują te powszechnie
znane) i tworzą coś na kształt małego państwa. Na pierwszy rzut oka wszystko
jest więc całkiem normalne, oczywiście dopóki nie przekroczysz progu Labiryntu,
gdzie zasady przestają obowiązywać. Każdego
dnia chłopcy ryzykując życie szukają wyjścia, którego zdaje się nie być,
pragnąc wrócić do domu, którego nie pamiętają. Co okaże się kluczem do zagadki?
Obok miejsca akcji, bardzo ważnym aspektem są ludzie, którzy
w tym miejscu żyją. Choć każdemu z nich autor odebrał pamięć i wspomnienia, nie
znaczy to, że wymazał ich unikalne charaktery. Choć poznajemy tylko wybranych spośród
wielu mieszkańców Strefy, to tyle wystarczy by docenić bogactwo i różnorodność postaci.
Można znaleźć masę przymiotników do określenia każdego z nich. Jednych z
miejsca można pokochać, a innych błyskawicznie znienawidzić. Są też tacy,
których ciężko rozgryźć, ale zdecydowanie każdy przykuwa uwagę. Postaci są więc
kolejną bardzo mocną stroną książki, ale co ważne- nie jedyną.
„Powracające do niego wspomnienia były bardzo mgliste. A do świata
spowitego mgłą światło nie dociera.”
Najważniejszym aspektem jest bowiem doskonale skonstruowana
fabuła, w której skrzy się od akcji, tajemnic i niebezpieczeństw. Choć powieść
jest dosyć gruba, autor doskonale rozplanował akcję, tak by nawet przez chwilę
nie stała w miejscu, ani nie nużyła czytelnika. Jest to jedna z tych książek,
które nie tylko się czyta, ale przeżywa razem z bohaterami, przez co chwilami
miałam wrażenie, jakbym dosłownie biegła w maratonie. Autor doskonale opisał
uczucia, jednak ponad wszystko przebija się napięcie i adrenalina. Poziom
powieści jest naprawdę wysoki i trochę się obawiałam, czy pan Dashner nie wziął
odrobinę za dużo na swoje barki i czy da radę skonstruować zadowalające
zakończenie. Spisał się jednak doskonale, pozostawiając czytelnika
zaniepokojonego i spragnionego kontynuacji, która mam nadzieje, dorówna swojej
poprzedniczce.
O CZYM?„Więzień
Labiryntu” to niezwykła dystopijna opowieść o poszukiwaniu wyjścia wśród
setek ślepych zaułków, oraz o ludzkich słabościach, sile, odwadze, przyjaźni i
granicach wytrzymałości. Mimo sporej ilości stron, powieść czyta się szybko,
lekko i bez zgrzytów, a wręcz nie da się ukryć rozczarowania, jak błyskawicznie
się ona kończy. Jest to kolejny bestseller, który właśnie wkracza do naszych
kin i mam nadzieję, że ekranizacja dorówna tak klimatem jak i treścią
papierowemu pierwowzorowi, który serdecznie wam polecam i mam nadzieję, że
dacie się skusić jeszcze przed wizytą w kinie.
Całe nasze życie składa się z nieustannych wyborów. I choć
zawsze chcemy podejmować te właściwe, nie zawsze nam się to udaje. Czasem jeden
niewłaściwy wybór, jedna decyzja może całkowicie zmienić czyjeś życie.
Zniszczyć je, lub ocalić. Problem w tym, że nigdy do końca nie wiemy, dokąd
zaprowadzą nas nasze wybory i czy mimo dobrych intencji okażą się trafne.
Zawsze jednak trzeba się liczyć z tym, że nadejdzie moment, kiedy trzeba będzie
zmierzyć się z konsekwencjami.
„W tej sytuacji żaden wybór nie jest dobry. Czasem możesz
wybierać spośród samych złych opcji. Musisz zdecydować, która z nich jest
najmniej zła.”
Życia Sky wcale nie można nazwać zwyczajnym. W wieku pięciu
lat została adoptowana przez Karen- wegankę, która nienawidzi zdobyczy
techniki. Sky nigdy nie miała więc komórki czy laptopa, a telewizję ogląda
jedynie ukradkiem u swojej sąsiadki, a zarazem najlepszej przyjaciółki. Mimo,
że dziewczyna wkrótce kończy osiemnaście lat nie chodziła też nigdy do szkoły,
ponieważ matka uczyła ją w domu. Uparta dziewczyna chce jednak w końcu
urozmaicić nieco swoje poukładane i spokojne życie i zapisuje się do ostatniej
klasy liceum. Pomysł wydaje się genialny w swej prostocie, jednak kiedy
niespodziewanie okazuje się, że Six- jedyna przyjaciółka Sky wyjeżdża na
wymianę zagraniczną, dziewczyna musi sama zmierzyć się z brutalnym światem
ogólniaka i dość niewygodną opinią jaką zostawiła w spadku jej przyjaciółka.
Jakby tego było mało do spokojnego życia Sky wkracza Holder- przystojny, ale
też nieobliczalny i tajemniczy chłopak, który wywróci życie dziewczyny do góry
nogami. Wraz z Holderem wracają bowiem dawno wymazane wspomnienia a skryta
prawda wypływa na powierzchnię. Nagle misternie budowany świat Sky rozsypuje
się jak domek z kart i wszystko, w co wierzyła staje pod znakiem zapytania.
„Wszystkie niepowodzenia to tak naprawdę sprawdziany, które
zmuszają nas do wyboru pomiędzy rezygnacją a podniesieniem się z ziemi,
otrzepaniem się z kurzu i stawieniem czoła sytuacji. Chce to zrobić. Być może
życie poturbuje mnie jeszcze kilka razy, ale na pewno nie mam zamiaru
rezygnować.”
Pierwsze, na co muszę zwrócić uwagę to wspaniali
bohaterowie, dzięki którym książka stała się niezwykle żywa i realna. Sky to
absolutnie jedna z najlepszych narratorek z jakimi miałam okazję się zetknąć.
Jej humor i optymizm były bardzo zaraźliwe, a odwaga i wewnętrzna siła- godne
pozazdroszczenia. Choć książkę czytałam zaledwie dwa dni, zżyłam się
niesamowicie z tą cudowną dziewczyną i razem z nią przeżywałam każdy uśmiech i
każdą łzę, a tych było naprawdę wiele.
„Cała jestem jednym wielkim wołaniem o dotyk jego ust.”
Holdera nie pokochałam tak bezwarunkowo od razu. Podobnie
jak Sky, miałam spory problem z tym by go rozgryźć, a do tego mam dosyć
ograniczone zaufanie w stosunku do bezczelnych przystojniaków. Jednak mimo, iż
mnie wkurzał, z czasem coraz mocniej zaczęłam się do niego przywiązywać i
podziwiać go, za to jakim jest człowiekiem. Ich wzajemne relacje nie były
proste. Połączyła ich tajemnica, przeszłość i cierpienie. Jednak mimo to
znalazło się tam też miejsce na miłość, bezwarunkowe wsparcie, a także mimo
wszystko nadzieję.
„Żałuję, że nie umiem go rozgryźć. Większość ludzi nie stanowi
dla mnie problemu. Są prości. Holder jest skomplikowany, wręcz pogmatwany.”
W tym miejscu muszę Was poprosić byście od samego początku
bacznie obserwowali każdego z bohaterów. Żadne ich działanie, żadne słowo nie
jest przypadkowe i ma swoje konsekwencje. Collen Hoover bardzo dokładnie
przemyślała powieść zanim zaczęła ją pisać. Podczas lektury niektórych książek
można odnieść wrażenie, że autor w trakcie pisania całkowicie zmienia kurs, bo
wpadł na genialny pomysł, ale nie chce wyrzucać początku. Ale nie tutaj. Gdyby
autorka zaczęła pisać tą opowieść od tyłu wszystko okazało by się prostsze i
bardziej jasne. Autorka postawiła jednak na tą trudniejszą opcję i nie daje
czytelnikowi gotowych rozwiązań. Każe rozwikłać zagadkę z przeszłości, zmierzyć
się z szokiem i niedowierzaniem po odkryciu prawdy. I choć część rzeczy może
wydać się Wam zbędna lub dziwna, to wierzcie mi- żaden drobiazg nie jest
dziełem przypadku.
„Jedną z rzeczy, za które kocham książki, jest to, że dzieli się
w nich ludzkie losy na rozdziały. To niesamowite, ponieważ nie można tego
zrobić w prawdziwym życiu. Nie możesz skończyć rozdziału, potem opuścić wydarzenie,
którego nie chcesz przeżywać, i otworzyć na rozdziale, który lepiej pasuje do
twojego nastroju. Życia nie można podzielić na rozdziały, tylko co najwyżej na
minuty. Wydarzenia z twojego życia są zaklęte w kolejnych minutach. Nie ma tu
pustych kartek ani końców rozdziałów. Niezależnie od tego co się dzieje, życie
toczy się dalej, czy ci się to podoba czy nie, i nigdy nie możesz pozwolić
sobie na to, żeby się zatrzymać i po prostu złapać oddech.”
Choć nie da się ukryć, że jest to romans New Adult, nie
można go absolutnie nazwać typowym. Opis skrzętnie ukrywa to, co w książce
najważniejsze, i bardzo dobrze, jednak musicie wiedzieć, że to coś znacznie
więcej niż kolejny romans dla nastolatek. Jest to pełna bólu opowieść o
starcie, wybaczaniu i gojeniu ran. O krzywdzie, jaką potrafią wyrządzić
najbliżsi nam ludzie, ale też o nadziei, która nigdy nie powinna gasnąć.
Powieść przepełniają skrajne emocje, od śmiechu poprzez złość i nienawiść aż do
słonych łez bezsilności. Nie zabraknie tam jednak też namiętności, ale i
dojrzałej miłości. Książka sponiewierała wszelkie moje myśli i uczucia. Zrobiła
ze mną te wszystkie rzeczy, które fenomenalna lektura powinna zrobić z
czytelnikiem. Bo taka właśnie jest. Fenomenalna.
„Nie jestem już niczym więcej jak naczyniem na łzy, które nie
przestają płynąć.”
O CZYM?„Hopeless” to niesamowicie
poruszająca, pełna emocji opowieść o odzyskiwaniu wymazanych wspomnień i
szukaniu wśród nich swojego własnego „ja” i o miłości, która daje siłę, by
przejść przez najgorsze chwile. Przed rozpoczęciem lektury zastanawiałam się,
czemu tytuł nie został przetłumaczony (pomijając oczywisty fakt, że dosłowne
tłumaczenie, czyli „beznadziejny” jest niezbyt zachęcające). Teraz znam już
jego znaczenie i nie wyobrażam sobie by mógł być inny. Wbrew pozorom (i
tytułowi) historia jest przepełniona nadzieją i rzuca zupełnie nowe światło na
pewne trudne i bolesne tematy. Moim zdaniem każdy powinien poznać historię Sky
i odkryć, że też ma w sobie cząstkę nadziei.