Nawet potwory czasem potrzebują wakacji. Od kiedy Mavis
zaczęła pracować w hotelu swojego ojca, Drakuli, nie może się pozbyć wrażenia,
że przez nadmiar obowiązków, jej rodzina oddala się od siebie. A przecież dla
słynnych wampirów rodzina jest najważniejsza! Dlatego ku zgrozie Drakuli,
dziewczyna organizuje dla wszystkich potworów wakacje-niespodziankę, czyli rejs
ekskluzywnym statkiem. Choć Drak nigdy nie powiedziałby tego córce, jest
zdegustowany miejscem, które śmiało może konkurować z jego potwornym hotelem (a
przecież nic nie może z nim konkurować!). Jego rozgoryczenie trwa jednak tylko
chwilę, a konkretnie do momentu, kiedy krzyżuje spojrzenie z piękną kapitan
statku, dla której jego martwe serce od razu zabiło szybciej. Czy to zing? Ale jak
to? Przecież prawdziwy zing zdarza się tylko raz!
Zanim zaczniemy muszę Was przygotować psychicznie na to, co
dostaniecie w trakcie seansu. Wyobraźcie sobie trolla z krwi i kości… a teraz
wymarzcie z pamięci ten obraz. Zapomnijcie, wyrzućcie lub przechrzcijcie tego
obrzydliwego potwora, bo inaczej w trakcie seansu coś będzie Wam bardzo nie
pasowało. W tej historii trolle nie są brzydkie, śmierdzące i głupie (choć o
tym ostatnim punkcie możemy jeszcze podyskutować). Są za to kolorowe niczym
tęcza, zabawne, szczęśliwe, pełne radości życia. Obrzydliwie, mdło, paskudnie
szczęśliwe. Oprócz jednego- Mruka. To troll z przeszłością, na tyle smutną, że
pozbawiła go koloru, celu i radości życia. To taki trollowy wyrzutek
społeczeństwa, który w dodatku wyrzucił się z niego sam nie mogąc znieść śmiechu,
cogodzinnego przytulania, brokatu i rzygania tęczą. Ale okazuje się, że właśnie
dzięki swojemu ponuremu usposobieniu jest jedynym rozsądnym kandydatem do misji
ratunkowej.
Wśród starych plemion wartość dawnych legend jest
niezmierzona, a płynąca z nich nauka może stać się drogowskazem również dla
przyszłych pokoleń. Vaiana od zawsze kochała legendy opowiadane przez jej lekko
szaloną babcię, kochała również ocean, który z niewiadomych przyczyn pokochał
również ją, dając niesamowity prezent, który po latach stanie się ogromnym
brzemieniem, ale i jedyną szansą wyspy na ocalenie. Dawne legendy bowiem nie
kłamią, a straszliwa klątwa rozprzestrzenia się po lagunie i dosięga również
domu Vaiany. Jest tylko jedna szansa na ratunek. Dziewczyna musi wypłynąć poza
lagunę, odnaleźć półboga Maui i nakłonić go by posprzątał bałagan, którego jest
sprawcą. W teorii bułka z masłem, problem w tym, że Vaiana trzymana jest pod kloszem przez
swojego ojca wodza, nie ma najmniejszego pojęcia o żeglowaniu, a poszukiwany
półbóg okazuje się zaskakująco nieskłonny do współpracy.
Każdy z Was ma na pewno swoje
ulubione świąteczne filmy, których nie trzeba przypominać, dlatego dziś
chciałabym porozmawiać o najlepszych świątecznych bajkach, bo nie jest
tajemnicą, że bajki uwielbiam. Oto kilka bajek, bez których nie wyobrażam sobie
Świąt!
reż. Byron Howard, Rich Moore | 108 min. |19.02.2016 r.
Zwierzogród (Zootopia)
Opis:
Zwierzogrodu nie można pomylić z żadnym innym miastem. Jest to jedyna w
swoim rodzaju współczesna metropolia zamieszkiwana wyłącznie przez zwierzęta. W
Zwierzogrodzie nie jest ważne, jakim stworzeniem jesteś - czy to największym z
lwów, czy może malutką ryjówką. Możesz tam zostać kimkolwiek chcesz. Ale nie
wszystkie marzenia spełniają się od razu...Gdy do miasta przybywa ambitna
policjantka Judy Hops, szybko przekonuje się, że jako pierwszy królik
zatrudniony w miejscowej policji, nie będzie wcale miała łatwego życia.
Robi więc wszystko, by udowodnić swoją wartość (i zdobyć upragniony awans). Na
jej drodze pojawia się jednak gadatliwy i chytry lis, Nick Bajer. Chcąc wykazać
się za wszelką cenę, Judy przyjmuje sprawę, w której musi rozwiązać pewną
kryminalną zagadkę. Jej partnerem w śledztwie zostaje nie kto inny jak wygadany i szczwany Nick...
Zarząd Hotelu
Transylwania zmienił nieco regulamin i teraz pośród upiorów mogą w nim mieszkać
także ludzie. No, ci nieco bardziej odważni ludzie. Ale Drac nie wszystko widzi
w różowych (czy może raczej czarnych) barwach, obawia się bowiem, że jego
półczłowieczy-półwampirzy wnuk nie przejawia symptomów wampira… Zamierza więc,
łącząc siły z Frankiem, Murrayem i Griffinem, poddać go wampirzemu treningowi.
To jednak nie wszystko. Hotel zapragnął odwiedzić Vlad, bardzo, bardzo,bardzo stary (i staroświecki) ojciec Draca. Sytuacja komplikuje
się, gdy Vlad dowiaduje się, że jego wnuk nie jest wampirem czystej krwi, a
Hotel Transylwania mogą odwiedzać ludzie…
"Le Petit Prince"/ reż. Mark Osborne/ 108 min./ 2015 r.
Opis:
Mała Dziewczynka zaprzyjaźnia się z ekscentrycznym staruszkiem z
sąsiedztwa, który przedstawia się jako Pilot. Nowy znajomy opowiada jej o
niezwykłym świecie, gdzie wszystko jest możliwe. Świecie, do którego dawno temu
zaprosił go przyjaciel – Mały Książę. Tak zaczyna się magiczna i pełna przygód
podróż Dziewczynki do krainy jej własnej wyobraźni i do bajkowego uniwersum
Małego Księcia.
Film
zabierze nas w przeszłość, dzięki czemu poznamy historię Minionków - od zarania
dziejów do czasu, gdy w ich życiu pojawił się Gru. Minionki zawsze potrzebowały
złego przywódcy, służyły już T. Rexowi, Czyngis-chanowi, Napoleonowi, a nawet
hrabiemu Drakuli, tyle tylko, że… wszystkich ich przypadkowo zgładziły. Teraz,
kiedy nie mają komu służyć, są pogrążone w rozpaczy. Minionki Kevin, Bob i
Stuart desperacko poszukując zła, przemierzają cały świat. Po drodze detronizująkrólową Elżbietę II
i wplątują się w najdziwniejsze przygody. Na Florydzie, podczas tajemnej
konwencji złoczyńców poznają Scarlett Overkill (w wersji oryginalnej głosu
użyczyła jej Sandra Bullock), pierwszy w historii tak czarny kobiecy charakter.
W niej cała nadzieja.
Pełna humoru opowieść o niezwykłej
przyjaźni pomiędzy młodym geniuszem Hiro a jego robotem o wielkiej posturze i
wielkim sercu, Baymaxem. Wypadek podczas pokazów robotyki staje się początkiem
serii wydarzeń zagrażających bezpieczeństwu całego miasta San Fransokyo.
Pragnąc odkryć źródło zagrożenia i aby zapobiec zbliżającej się katastrofie,
Hiro wraz z przyjaciółmi- nieustaraszoną ryzykantką, neurotycznym miłośnikiem porządku,
genialną chemiczką, zwariowanym fanem komiksów oraz nieco nadopiekuńczym
Baymaxem - tworzy Wielką Szóstkę ultranowoczesnych bohaterów. Czy nowoczesne
technologie i przyjaźń wystarczą, by pokonać tajemniczego przeciwnika?
„Wielka szóstka”
to animowana komedia wytwórni Walt Disney Pictrues, odpowiedzialnej między
innymi za hit „Kraina lodu”. Jednak
próżno szukać tu porównań, bo tym razem, inspiracją nie były klasyczne baśnie a
komiks Marvela o tym samym tytule. Po praz pierwszy Disney zdecydował się na
adaptację komiksu i choć ja osobiście za komiksami nie przepadam i ich nie
czytuję, to bajką powstałą na podstawie tego konkretnego, jestem zachwycona.
Zacznijmy od miejsca akcji, bo jest to prawdziwa uczta dla
oka. Cała historia rozgrywa się w San Fransokyo, fikcyjnym mieście będącym
połączeniem Tokio i San Francisko. Mamy tu więc zarówno most Golden Gate i urocze maleńkie domki, jak i monumentalne
wieżowce i kwitnące wiśnie. Futurystyczna sceneria staje się jednak tylko tłem
dla niecodziennych zdarzeń…
Głównym bohaterem animacji jest czternastoletni Hiro Hamada.
Poznajemy go w dosyć niecodziennych okolicznościach, kiedy to bierze udział w
nielegalnych walkach robotów. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że to
niewinny dzieciak zafascynowany czymś, o czym nie ma pojęcia, szybko przekonuje
zarówno widza jak i swoich przeciwników, że to nieprawda. Hiro mimo młodego
wieku jest prawdziwym geniuszem. Właśnie kończy liceum i mimo początkowej
niechęci pragnie także dostać się na uniwersytet, by studiować robotykę. Już na
początku widz zostaje wprost zasypany skomplikowaną terminologią i
niezrozumiałymi eksperymentami. Jest to jednak na tyle nieistotne, że bez
problemu można zrozumieć, co się dzieje, ale z tego, co udało mi się
zaobserwować na sali kinowej, młodsze dzieciaki po prostu się wyłączały i
nudziły.
Prawdziwa zabawa zaczyna się tak naprawdę od pewnej
spektakularnej eksplozji, kiedy to wystawa robotyki idzie z dymem, a razem z
nią, projekt Hiro. Dla chłopaka sprawa staje się podwójnie osobista. Razem z
pewnym sympatycznym robotem Baymaxem i czwórką znajomych z uniwersytetu, Hiro
tworzy wielką szóstkę bohaterów, którzy wykorzystując swoje genialne (choć
wcale nie magiczne) zdolności, chcą odkryć, co tak naprawdę wydarzyło się podczas pokazu. Po drodze będą musieli zmierzyć
się jednak z tajemniczym mężczyzną w masce, który bynajmniej nie ma przyjaznych
zamiarów.
Uff… Tyle musicie wiedzieć zanim przejdę do bohatera, który
jest kluczowy w całej historii. Nie. Nie jest nim Hiro. Chodzi mi tu oczywiście
o okrutnie pominiętego dotychczas Baymaxa, który jest najfajniejszym balonowym robotem
jakiego kiedykolwiek poznałam! Tak naprawdę, cała historia byłaby mi
najzwyczajniej obojętna (no, prawie) gdyby ten balonowy chłopak nie pojawił się
i nie wstrząsnął całą produkcją. Oczywiście wstrząsnął ze śmiechu, bo to ten sympatyczny
robocik jest jego głównym źródłem. Baymax został stworzony jako opiekun medyczny,
ma więc na twardym dysku ogromne pokłady empatii, cierpliwości i troski o
innych. Jak tu zrobić z niego superbohatera? Jedno jest pewne: nie obejdzie się
bez napadów śmiechu!
W wielu opiniach spotkałam się z porównaniami „Wielkiej szóstki” do „Jak wytresować smoka”. Cóż, jeśli
naprawdę się uprzeć, można by postawić Baymaxa przy Szczerbatku, ale ja nie
widzę takiej potrzeby. Bajki mają to do siebie, że w mniejszym lub większym
stopniu, mniej lub bardziej świadomie, zgapiają coś od poprzedników. Myślę
jednak, że grupa docelowa będzie miała analizy w głębokim poważaniu, a ja choć
już do niej nie należę, mam w tym przypadku identyczne zdanie. Liczy się zabawa
i morał.
Właśnie, morał. Jak w każdej bajce jest i tu. „Wielka szóstka” jest opowieścią o
przyjaźni, lojalności i przeżywaniu tragedii, ale także o zemście, wybaczaniu i
poświęceniu dla innych. Znajdą się tu momenty smutne, ale też takie kiedy
płakać będziemy jedynie ze śmiechu. Dużym plusem są bohaterowie, nie tylko
przyjaźni dla oka i sympatyczni w odbiorze, ale też barwni, ciekawi, inteligentni
i mimo, że kreowani na bohaterów, wcale nie przekolorowani. Jeśli chodzi o
dubbing, był całkiem w porządku, choć spośród rozhisteryzowanych głosów, wybijał się szczególnie spokojny ton
Zbigniewa Zamachowskiego, który od czasów kultowego „Shreka” jest obok Jerzego Shtura, moim absolutnym faworytem jeśli
chodzi o podkładanie głosu w animacjach.
Czy polecam? Z całą odpowiedzialnością. „Wielka szóstka” to idealna rozrywka dla całej rodziny. Mam
nadzieję, że to nie ostatnie podejście Disneya do komiksów Marvela, bo jestem
zaintrygowana na tyle, że z przyjemnością obejrzę jeszcze coś podobnego.
Pan Peabody to
najmądrzejszy pies na świecie, naukowiec-geniusz, który wynalazł wehikuł czasu,
laureat nagrody Nobla i doradca głów państw. Gdy jego podopieczny, chłopiec o
imieniu Sherman wyrusza w podróż wehikułem czasu, najsłynniejsze wydarzenia z
historii wymykają się spod kontroli, a efektem jest wielka katastrofa i równie
wielka dawka humoru. Niezwykły pies i jego pan muszą załatać dziurę w czasie,
zanim nasz świat zmieni się raz na zawsze.
Zwiastun:
Recenzja:
„Każdy pies powinien mieć chłopca!”
Nadszedł w życiu Patki ten wiekopomny dzień, kiedy musiała
opuścić szkolne mury na zawsze. I choć przez ostatnie trzy lata marzyła o tym
każdego dnia, nie wiedzieć czemu w jej absurdalnym serduszku zagościł smutek. A
ponieważ Patka nie zna lepszego sposobu na depresję niż kupa śmiechu,
postanowiła uskutecznić swój plan i wybrała się do kina na komedię. Animowaną-
a jakże! Padło na animację „Pan Peabody
i Sherman”. Czy udało mu się przywrócić Patkę do stanu błogiego szczęścia?
Na początek skupmy się jednak na fabule. A dzieje się w niej
i to sporo! Twórcy bajki postawili na modny ostatnio temat jakim są podróże w czasie.
Kto z Was ich nie kocha? No właśnie. Wystarczy przypomnieć sobie „Trylogię czasu”, „Zaklętych w
czasie”, czy co tam z tej tematyki znacie. Temat jest tak szalenie
intrygujący, że zaczarował niemal każdego. A dzięki Panu Peabody, pokochacie go
jeszcze bardziej. Kim jest Pan Peabody? Cóż, to… pies. Ale nie byle jaki! To
istny geniusz, a przy tym biznesmen, szef kuchni, medalista olimpijski, laureat
nagrody nobla. Jego największym odkryciem jest jednak wehikuł czasu, którym
wraz ze swoim adoptowanym synem Shermanem przemierza wieki i udziela
niesamowitych lekcji historii. Choć przeszłość jest pełna niebezpieczeństw, o
czym nie raz się przekonamy, okazuje się, że to w teraźniejszości kryje się
największe zagrożenie. Opieka społeczna chce bowiem odebrać Shermana jego
niezwykłemu opiekunowi. Czy Pan Peabody zdoła udowodnić, że jest dobrym ojcem,
podczas gdy cały wszechświat dosłownie wali mu się na głowę?
Bajka, jak to generalnie bajki mają w zwyczaju, porusza
pewne problemy i podkreśla wartości. Tym razem padło na temat adopcji. Nie jest
to taka zupełna nowość, ponieważ wcześniej była obecna chociażby w animacji „Jak
ukraść księżyc”. Myślę, że tu jednak temat został wykorzystany lepiej.
Twórcy wielokrotnie podkreślają, że adopcyjny rodzic, kocha tak samo mocno jak
biologiczny i zrobi dla swojego dziecka wszystko. Ponadto pomaga dzieciom
zrozumieć istotę adopcji i uczy tolerancji wobec adoptowanych dzieci. Zostało
to przekazane bardzo wyraziście i przejrzyście i myślę, że żaden maluch nie
powinien mieć problemu ze zrozumieniem przesłania.
Inaczej ma się sprawa z humorem, na który tak liczyłam. Widać,
że twórcy postawili sobie za cel stworzenie produkcji odpowiedniej dla całej
rodziny, która mogła by konkurować z takimi bajkami jak „Shrek”, „Madagaskar” czy „Epoka
lodowcowa”. I choć wyszło im naprawdę fajnie, to przyznam szczerze, że
mogło być lepiej. Niektóre żarty są bowiem zbyt trudne do zrozumienia dla
dzieci, a zbyt mało zabawne dla dorosłych. Na sali częściej było słychać cichy
chichot niż salwy śmiechu, a szkoda, bo potencjał był duży. Myślę, że nie jest
to dobra bajka dla bardzo małych dzieci, bo które dziecko zrozumie, że oto
spotykamy się z Jerzym Waszyngtonem, przyszłym Faraonem, czy że za chwilę
wybuchnie wojna trojańska? Dlatego uważam, że bajka lepiej nada się dla dzieci
z podstawówki, które będą wiedziały już mniej więcej, o co chodzi, a może nauczą
się nawet czegoś ciekawego.
Podsumowując: „Pan
Peabody i Sherman” to sympatyczna animacja, na której wbrew moim narzekaniom
naprawdę można się pośmiać i dać
zaczarować magią przeszłych wieków. Były momenty wzruszeń, chwila refleksji i
morał na koniec. Choć mogło być jeszcze odrobinę lepiej, bawiłam się naprawdę
dobrze i w ostatecznym rozrachunku polecam.
Księżniczka
Elza urodziła się z pewnym wyjątkowym darem: potrafi władać mrozem. Tak jej się przynajmniej wydaje, bo pewnego dnia
podczas zabawy moc wymyka się spod kontroli i krzywdzi jej młodszą siostrę Annę. Dziewczynkę udaje się uratować, jednak z jej wspomnień zostają usunięte wszystkie wspomnienia o magii. Od tej
pory Elza musi żyć w
odosobnieniu, by nauczyć się kontrolować swój dar. Nie jest to jednak łatwe. Kiedy
podczas koronacji w napadzie złości jej
magia ponownie wymyka się spod kontroli, tajemnica zostaje
ujawniona a królowa ucieka w góry. Jej magia zdążyła jednak zamrozić całe
królestwo, którego jedyną szansą na
ocalenie jest odnalezienie królowej i cofnięcie czaru.
Anna wyrusza na poszukiwanie siostry. Odnajdzie jednak o wiele więcej…
You Tube się buntuje i nie chce dodać innego zwiastuna...
Opinie były różne… Nie mogłam przejść jednak obojętnie obok
faktu, że za „Krainę lodu”odpowiedzialni
są twórcy„Zaplątanych”,
których uwielbiam. Zdecydowałam sama sprawdzić, co i jak i
wybrałam się do kina by samodzielnie wydać osąd. Już teraz mogę powiedzieć,
że wcale nie będzie surowy.
Na początku może trochę pomarudzę. NIENAWIDZĘ, kiedy w
bajkach postacie śpiewają! Dosłownie tego nie cierpię i nie cierpiałam już
jako dziecko. Te sceny, kiedy akcja nagle przestaje się dziać, bo bohater musi
nagle pobiegać po łące i odśpiewać jakieś trele wnerwia mnie niezmiennie od lat.
Niestety śpiewania było tu dużo… Za dużo moim skromnym zdaniem. I nie były
to piosenki pokroju „Zing song”(Link dla tych co jeszcze nie słyszeli) z „HoteluTransylwania”. O nie, to były typowe piosenki a’la musical,
w dodatku to stereotypowe bieganie po łące też się przytrafiło… I choć były
ładne i ogólnie cacy to w sumie podobała mi się tylko jedna, śpiewana przez trolle,
bo była zwyczajnie śmieszna. Dużo lepiej byłoby w moim odczuciu zastąpić to
całe śpiewanie paroma zgrabnie złożonymi, śmiesznymi zdaniami. No cóż, bajka
była jednak skierowana do maluchów (których była pełna sala) i nie narzekały,
wręcz przeciwnie, więc nie dla wszystkich śpiewanie będzie minusem.
To, co zachwyca widza już od pierwszej minuty, to
wspaniałe efekty 3D. Czytałam o tym w kilku recenzjach, więc sama mogę
tylko przyklasnąć słowom, że płatki śniegu były fantastyczne, wręcz hipnotyczne.
Dzieciaki w kinie miały ubaw usiłując je złapać, a ja wciąż nie mogłam nadziwić
się zachowaniu rodziców, którzy kazali im siadać i grzecznie oglądać. Chyba o
to chodzi w 3D żeby maluchom trochę uatrakcyjnić seans. Poprawcie mnie, jeśli się
mylę. Szkoda tylko, że na śnieżynkach efekty 3D się skończyły… Może było
tam coś jeszcze, ale było tak słabe, że tego nie pamiętam. Więc z plusa bardzo
płynnie przeszliśmy na minus. A szkoda.
Co do fabuły, jest dosyć typowa. Mamy magiczną moc, która wymyka
się spod kontroli, dwie siostry, które straciły dobry kontakt, mały trójkąt
miłosny, (niejednego) przystojniaka, który (oczywiście) odegra bardzo ważną
rolę w życiu bohaterki i miłość, która naprawi całe zło. Sprawdzony schemat
bajki i w sumie nie ma, co udziwniać, bo i po co skoro wszystkim się on podoba.
Co ciekawe, choć w królestwie dzieją się dziwne i złe rzeczy, to jako
takiego czarnego charakteru nie ma. Może inaczej, jest ale dosyć późno
dowiadujemy się który z bohaterów jest „nie ten tego” jak to się mówi ;)
A teraz najważniejsze: skala śmieszności. Wbrew pozorom
podchodzę do tej kwestii śmiertelnie poważnie, bo nawet najpiękniejszą bajkę
ocenię na zero bezwzględne, jeśli nie wytworzy na mojej mordce uśmiechu.
Przyznam, że po dość drętwym początku, pełnym wycia do księżyca, byłam, bardzo
sceptycznie nastawiona. Aż tu nagle bohaterka dorosła i okazało się, że jest
absolutnie przekomiczna! Anna, bałwan Olaf, renifer Sven, to najśmieszniejsze
postacie. No i niezapomniana scena w sklepie… Ale to zobaczcie już sami! Pękniecie
ze śmiechu. W mojej Absurdalnej
skali śmieszności oceniam wysoko, bo aż na 8/10! Jak na mnie to
niemal 10 ;)
Nadszedł czas podsumowania. Choć dzieckiem nie jestem już od
dawna, to do bajek mam niezmienną słabość. Tej też nie potrafiłam odmówić,
po fenomenalnym zwiastunie, który totalnie mnie powalił. I choć sceny ze zwiastuna
próżno w filmie szukać, to i reszta historii okazała się bardzo zabawna i
przyjazna w odbiorze. Przyjazna to chyba najlepsze określenie tej historii.
Wszystko jest tam strasznie ładne i milutkie: piękny, bajkowy świat, niezwykła
magia, uroczy bohaterowie i zabawne sytuacje. Mi się podobało, i choć
polecałabym bakę raczej dla maluchów, to i starsi znajdą w niej coś, a może
nawet trochę więcej niż „coś” dla siebie. Polecam.
Ocena:
8/10
Zrobiło się trochę filmowo, ale obiecuję, że już wkrótce powrócą recenzje książek. Może z drobną przerwą na "Grę Endera" ale tego z kolei obiecać nie mogę :P
Czasy kiedy
wszelkiej maści potwory straszyły i zabijały ludzi dawno już minął. A może
nigdy go nie było… Teraz to ludzie stanowią prawdziwe zagrożenie. Hrabia Dracula,
chcąc uchronić swoją jedyną córkę Mavis, buduje dla niej ogromny zamek, z dala
od cywilizacji. W Hotelu Transylwania- bo tak nazywa się ta twierdza,
schronienie może znaleźć każdy nawet najmniejszy potwór. Teraz zbliża się jednak
ważne wydarzenie. 118 urodziny Mavis, kiedy to młoda wampirzyca wkroczy w dorosłość.
Dziewczyna jednak za wszelką cenę pragnie wyrwać się z zamknięcia i wreszcie
poznać świat. Tatuś nie może do tego dopuścić. Sprawy skomplikują się jednak
jeszcze bardziej, gdy w hotelu niespodziewanie zjawi się człowiek, który wkrótce
przewróci cały potworny świat do góry nogami.
Zaintrygowani? Zobaczcie jak to wszystko
prezentuje się w trailerze:
To naukowo udowodnione, że bajki jak nic innego poprawiają człowiekowi humor. Idąc za
tą złotą myślą postanowiłam obejrzeć w końcu „Hotel
Transylwania”stworzony przez
Sony Pictures Animation, którzy urzekli mnie między innymi „Sezonem
na misia”.
Bajka pełnymi garściami czerpie
inspirację z klasycznych opowieści grozy i tworzy znakomity klimat. W
Hotelu spotkamy się ze znanymi potworami wszelkiej maści i poznamy ich bliżej.
Zdecydowanym plusem produkcji jest też
znakomita grafika, pełna kolorów, detali i dopracowanych szczegółów.
Polska wersja językowa jest absolutnie bez zastrzeżeń. Tomasz Borkowski jako Drakula spisał się świetnie,
podobnie Mavis- Agnieszka Mrozińska oraz genialny Paweł Ciołkosz w roli Jonathana
(człowieka, który dostał się do hotelu). W oryginalnej wersji możemy usłyszeć
min. Adama Sandlera oraz Selenę Gomez. Ciekawe jak oni sobie poradzili.
Nie ma tu niestety zapadających w pamięć piosenek, jak „Im a
beliver” czy „All star”- Smash Mouth z kultowego już „Shreka”, są za to świetne kawałki śpiewane przez postacie
z bajki. Kiedy śpiewali wprost pękałam ze śmiechu. Niestety były to
nieliczne momenty, gdyż bajka do
szczególnie zabawnych nie należy. Ogląda się ją bardzo przyjemnie, z uśmiechem
na ustach, ale widziałam już lepsze. Wierzcie mi jestem prawdziwą koneserką! J
Bajka idealnie nadaje się zarówno dla dużych jak i małych.
Maluchy (te starsze też :P )będą się dobrze bawić a rodzice dostaną pewną radę,
bo tym razem morał skierowany jest do nich. Dzieci nie można zamykać w złotej
klatce i wiecznie chronić przed światem. Trzeba pozwolić im dorosnąć i spełniać
marzenia.
Każdy z nas jest w pewnym stopniu dzieckiem. Jedni mniej,
inni bardziej. Jedni dosłownie, drudzy w przenośni. Każdy jednak kiedyś był
dzieckiem, a tak się składa, że dzieciństwo kojarzy mi się w głównej mierze z
bajkami. Mówią, że z wszystkiego prędzej czy później się wyrasta, ale to
zamiłowanie do animacji pozostało we mnie równie silne jak wtedy, kiedy byłam
dzieckiem. Od bajek nigdy nie stronię. Wręcz przeciwnie. Dlatego kiedy na
ekrany wszedł preqel do kochanej przeze mnie w dzieciństwie animacji „Potwory i
spółka”, czym prędzej pobiegłam do kina. Jak było? O tym za chwilę.
Każdy kiedyś był dzieckiem. Myślicie, że Potwory, które
straszyły was w dzieciństwie zawsze były takie same? Wcale nie! One też kiedyś
były dziećmi a potem nastolatkami. I zanim zostały pełnoetatowymi Straszakami,
musiały chodzić do szkoły.
Od kiedy w
dzieciństwie, na szkolnej wycieczce Mike Wazowski zobaczył jak funkcjonuje
Fabryka strachu, doskonale wiedział, ze odkrył swoje przeznaczenie. Chciał tak
jak profesjonalni Straszacy, co noc otwierać drzwi do dziecięcych pokoi by
straszyć maluchy i pozyskiwać w ten sposób energię niezbędną w świecie
Potworów. Właśnie w tym celu wyrusza do Uniwersytetu Potwornego. Co więcej,
Mike ma plan. Chce zawojować cały potworny świat i stać się najstraszniejszym z
Potworów. Chce być najlepszym z najlepszych. Dlatego zapisuje się na
Straszologię i zapałem bierze się do pracy, nie straszny mu żaden test, ani
przerażająca mina. Wie, że jest świetny. Przed nim jednak najtrudniejszy test.
Bo, czy mały zielony potworek z cyklopim okiem, przypominający wyglądem piłkę
plażową, mimo całej swojej wiedzy może być naprawdę straszny?
Przewrotny los stawia przed Mikiem kolejne wyzwanie. Poznaje
on bowiem Jamesa P. Sullivana, zwanego też Sulley, wielkiego, niebieskiego,
zarozumiałego i cóż… niezaprzeczalnie strasznego. Sulley ma za nic naukę,
uważa, że jego znane nazwisko, idealny wygląd i wrodzona potworność są same w
sobie przepustką do kariery a Uniwersytet to tylko formalność i to w dodatku
przyjemna, bo pełna imprez i dobrej zabawy. Nietrudno się domyślić, że Mike i
Sulley nie przypadną sobie do gustu. Jednak ich konflikt pociągnie za sobą
pewne bardzo nieprzyjemne konsekwencje. By ocalić swój honor i miejsce na
Straszologii, będą oni musieli wystąpić w Straszatonie- turnieju, który ma
wyłonić najstraszniejsze Potwory. Problem pierwszy: muszą zwyciężyć. Problem
drugi: razem… Nie będzie łatwo, nie obędzie się bez złośliwości i zabawnych
sytuacji. A co z tego wszystkiego wyniknie musicie odkryć już sami.
„Potwory i spółkę” jak już wspominałam, w dzieciństwie
bardzo lubiłam. Widząc znajome potwory wprost nie mogłam powstrzymać uśmiechu,
który niestety gasł podczas oglądania. Animacja jest świetna- pełno tu kolorów,
detali, naprawdę wiele działo się na ekranie, czasem nawet nie wszystko udawało
mi się „uchwycić”. Zabrakło mi jednak tego „czegoś”.
Ogólnie bajkę ogląda się całkiem miło i przyjemnie. Co
prawda okulary do 3D trochę mnie uwierały a i efekty zbytnio mnie nie
zachwyciły, ale jestem w stanie to przeboleć. Jednak jako osoba, która wprost
uwielbia się śmiać nie mogłam znieść faktu, że scenarzyści tak bardzo chcieli
być śmieszni, ze aż… nie byli. Co tu dużo mówić. Było zwyczajnie drętwo.
Owszem, bajka miała swoje lepsze momenty, raz czy dwa nawet szczerzyłam się jak
głupia, ale oczekiwałam znacznie, znacznie więcej zabawy!
Jak każda bajka, tak i ta miała „ukryty” niezbyt głęboko
morał. Wydaje mi się wręcz, że producenci postawili go ponad wszystko inne na
piedestale tak by był doskonale widoczny. Historia zawarta w „Uniwersytecie
potwornym” pokazuje jak ważna jest prawdziwa przyjaźń, uczy nie oceniać ludzi
po pozorach, a także daje lekcję szacunku i tolerancji.
Podsumowując: bajka wypada dosyć blado na tle poprzedniej
części (choć może nie powinnam się wypowiadać, bo „Potwory i spółkę” oglądałam
ładnych parę lat temu jako mała dziewczynka)
prawdopodobnie dlatego, że miałam względem niej dosyć duże wymagania. Zaczęło
się całkiem całkiem a potem całkiem się schrzaniło… Nie wiem też czy zabieranie
maluchów na tą bajkę będzie dobrym rozwiązaniem. Mniej więcej sześcioletni
chłopiec, który siedział obok mnie tak podsumował ten film (zaznaczmy: 20 minut
przed końcem): „Mamo, ja chcę już do domu…” Cóż… to chyba mówi wszystko ;)
Teraz będzie P.S ;)
Podobają Wam się
recenzje filmów/bajek? Chciałabym poznać Wasze zdanie. Jeśli tak, dajcie znać.
Postaram się wrzucać takie częściej. Jeśli nie, też dajcie znać J Nie będę Was męczyć.