Pokazywanie postów oznaczonych etykietą animacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą animacja. Pokaż wszystkie posty

29 października 2018

„Hotel Transylwania 3” [recenzja animacji]



Grunt to pozytywne wibracje

Nawet potwory czasem potrzebują wakacji. Od kiedy Mavis zaczęła pracować w hotelu swojego ojca, Drakuli, nie może się pozbyć wrażenia, że przez nadmiar obowiązków, jej rodzina oddala się od siebie. A przecież dla słynnych wampirów rodzina jest najważniejsza! Dlatego ku zgrozie Drakuli, dziewczyna organizuje dla wszystkich potworów wakacje-niespodziankę, czyli rejs ekskluzywnym statkiem. Choć Drak nigdy nie powiedziałby tego córce, jest zdegustowany miejscem, które śmiało może konkurować z jego potwornym hotelem (a przecież nic nie może z nim konkurować!). Jego rozgoryczenie trwa jednak tylko chwilę, a konkretnie do momentu, kiedy krzyżuje spojrzenie z piękną kapitan statku, dla której jego martwe serce od razu zabiło szybciej. Czy to zing? Ale jak to? Przecież prawdziwy zing zdarza się tylko raz!


25 lutego 2017

Tęczowe szaleństwo czyli „Trolle” [recenzja animacji]


Can’t stop the feeling!
Czyli o tym, że szczęście masz w sobie

Zanim zaczniemy muszę Was przygotować psychicznie na to, co dostaniecie w trakcie seansu. Wyobraźcie sobie trolla z krwi i kości… a teraz wymarzcie z pamięci ten obraz. Zapomnijcie, wyrzućcie lub przechrzcijcie tego obrzydliwego potwora, bo inaczej w trakcie seansu coś będzie Wam bardzo nie pasowało. W tej historii trolle nie są brzydkie, śmierdzące i głupie (choć o tym ostatnim punkcie możemy jeszcze podyskutować). Są za to kolorowe niczym tęcza, zabawne, szczęśliwe, pełne radości życia. Obrzydliwie, mdło, paskudnie szczęśliwe. Oprócz jednego- Mruka. To troll z przeszłością, na tyle smutną, że pozbawiła go koloru, celu i radości życia. To taki trollowy wyrzutek społeczeństwa, który w dodatku wyrzucił się z niego sam nie mogąc znieść śmiechu, cogodzinnego przytulania, brokatu i rzygania tęczą. Ale okazuje się, że właśnie dzięki swojemu ponuremu usposobieniu jest jedynym rozsądnym kandydatem do misji ratunkowej.

16 lutego 2017

(Nie)księżniczka i półbóg na misji ratunkowej. Vaiana: Skarb oceanu [recenzja animacji]


 Czas odnaleźć swoje „ja”

Wśród starych plemion wartość dawnych legend jest niezmierzona, a płynąca z nich nauka może stać się drogowskazem również dla przyszłych pokoleń. Vaiana od zawsze kochała legendy opowiadane przez jej lekko szaloną babcię, kochała również ocean, który z niewiadomych przyczyn pokochał również ją, dając niesamowity prezent, który po latach stanie się ogromnym brzemieniem, ale i jedyną szansą wyspy na ocalenie. Dawne legendy bowiem nie kłamią, a straszliwa klątwa rozprzestrzenia się po lagunie i dosięga również domu Vaiany. Jest tylko jedna szansa na ratunek. Dziewczyna musi wypłynąć poza lagunę, odnaleźć półboga Maui i nakłonić go by posprzątał bałagan, którego jest sprawcą. W teorii bułka z masłem, problem w tym,  że Vaiana trzymana jest pod kloszem przez swojego ojca wodza, nie ma najmniejszego pojęcia o żeglowaniu, a poszukiwany półbóg okazuje się zaskakująco nieskłonny do współpracy.

20 grudnia 2016

#5 Najpiękniejszych świątecznych animacji



Każdy z Was ma na pewno swoje ulubione świąteczne filmy, których nie trzeba przypominać, dlatego dziś chciałabym porozmawiać o najlepszych świątecznych bajkach, bo nie jest tajemnicą, że bajki uwielbiam. Oto kilka bajek, bez których nie wyobrażam sobie Świąt!

15 marca 2016

Dlaczego warto zwiedzić Zwierzogród?

reż. Byron Howard, Rich Moore | 108 min. | 19.02.2016 r.
Zwierzogród (Zootopia)

Opis:
Zwierzogrodu nie można pomylić z żadnym innym miastem. Jest to jedyna w swoim rodzaju współczesna metropolia zamieszkiwana wyłącznie przez zwierzęta. W Zwierzogrodzie nie jest ważne, jakim stworzeniem jesteś - czy to największym z lwów, czy może malutką ryjówką. Możesz tam zostać kimkolwiek chcesz. Ale nie wszystkie marzenia spełniają się od razu...Gdy do miasta przybywa ambitna policjantka Judy Hops, szybko przekonuje się, że jako pierwszy królik zatrudniony w miejscowej policji, nie będzie wcale miała łatwego życia. Robi więc wszystko, by udowodnić swoją wartość (i zdobyć upragniony awans). Na jej drodze pojawia się jednak gadatliwy i chytry lis, Nick Bajer. Chcąc wykazać się za wszelką cenę, Judy przyjmuje sprawę, w której musi rozwiązać pewną kryminalną zagadkę. Jej partnerem w śledztwie zostaje nie kto inny jak wygadany i szczwany Nick...

15 października 2015

Na ekranie: „Hotel Transylwania 2”


reż. Genndy Tartakovsky/ 89 min./ 09.10.2015 r.

Opis:
Zarząd Hotelu Transylwania zmienił nieco regulamin i teraz pośród upiorów mogą w nim mieszkać także ludzie. No, ci nieco bardziej odważni ludzie. Ale Drac nie wszystko widzi w różowych (czy może raczej czarnych) barwach, obawia się bowiem, że jego półczłowieczy-półwampirzy wnuk nie przejawia symptomów wampira… Zamierza więc, łącząc siły z Frankiem, Murrayem i Griffinem, poddać go wampirzemu treningowi. To jednak nie wszystko. Hotel zapragnął odwiedzić Vlad, bardzo, bardzo, bardzo stary (i staroświecki) ojciec Draca. Sytuacja komplikuje się, gdy Vlad dowiaduje się, że jego wnuk nie jest wampirem czystej krwi, a Hotel Transylwania mogą odwiedzać ludzie…

19 sierpnia 2015

Na ekranie: „Mały książę” reż. Mark Osborne

"Le Petit Prince"/ reż. Mark Osborne/ 108 min./ 2015 r.

Opis:

Mała Dziewczynka zaprzyjaźnia się z ekscentrycznym staruszkiem z sąsiedztwa, który przedstawia się jako Pilot. Nowy znajomy opowiada jej o niezwykłym świecie, gdzie wszystko jest możliwe. Świecie, do którego dawno temu zaprosił go przyjaciel – Mały Książę. Tak zaczyna się magiczna i pełna przygód podróż Dziewczynki do krainy jej własnej wyobraźni i do bajkowego uniwersum Małego Księcia.

21 lipca 2015

Minionki- animacja

Ilumination Entertaiment/ 90 min./ 2015 r.


Opis:
Film zabierze nas w przeszłość, dzięki czemu poznamy historię Minionków - od zarania dziejów do czasu, gdy w ich życiu pojawił się Gru. Minionki zawsze potrzebowały złego przywódcy, służyły już T. Rexowi, Czyngis-chanowi, Napoleonowi, a nawet hrabiemu Drakuli, tyle tylko, że… wszystkich ich przypadkowo zgładziły. Teraz, kiedy nie mają komu służyć, są pogrążone w rozpaczy. Minionki Kevin, Bob i Stuart desperacko poszukując zła, przemierzają cały świat. Po drodze detronizująkrólową Elżbietę II i wplątują się w najdziwniejsze przygody. Na Florydzie, podczas tajemnej konwencji złoczyńców poznają Scarlett Overkill (w wersji oryginalnej głosu użyczyła jej Sandra Bullock), pierwszy w historii tak czarny kobiecy charakter. W niej cała nadzieja.
(Filmweb)

29 stycznia 2015

„Wielka szóstka” (animacja)


Opis:
Pełna humoru opowieść o niezwykłej przyjaźni pomiędzy młodym geniuszem Hiro a jego robotem o wielkiej posturze i wielkim sercu, Baymaxem. Wypadek podczas pokazów robotyki staje się początkiem serii wydarzeń zagrażających bezpieczeństwu całego miasta San Fransokyo. Pragnąc odkryć źródło zagrożenia i aby zapobiec zbliżającej się katastrofie, Hiro  wraz z przyjaciółmi - nieustaraszoną ryzykantką, neurotycznym miłośnikiem porządku, genialną chemiczką, zwariowanym fanem komiksów oraz nieco nadopiekuńczym Baymaxem - tworzy Wielką Szóstkę ultranowoczesnych bohaterów. Czy nowoczesne technologie i  przyjaźń wystarczą, by pokonać tajemniczego przeciwnika?


Zwiastun:


Recenzja:

Balonowy chłopak w stroju Marvela,
czyli
Disney zabiera się za komiksy!

„Wielka szóstka” to animowana komedia wytwórni Walt Disney Pictrues, odpowiedzialnej między innymi za hit „Kraina lodu”. Jednak próżno szukać tu porównań, bo tym razem, inspiracją nie były klasyczne baśnie a komiks Marvela o tym samym tytule. Po praz pierwszy Disney zdecydował się na adaptację komiksu i choć ja osobiście za komiksami nie przepadam i ich nie czytuję, to bajką powstałą na podstawie tego konkretnego, jestem zachwycona.

Zacznijmy od miejsca akcji, bo jest to prawdziwa uczta dla oka. Cała historia rozgrywa się w San Fransokyo, fikcyjnym mieście będącym połączeniem Tokio i San Francisko. Mamy tu więc zarówno most Golden Gate i  urocze maleńkie domki, jak i monumentalne wieżowce i kwitnące wiśnie. Futurystyczna sceneria staje się jednak tylko tłem dla niecodziennych zdarzeń…



Głównym bohaterem animacji jest czternastoletni Hiro Hamada. Poznajemy go w dosyć niecodziennych okolicznościach, kiedy to bierze udział w nielegalnych walkach robotów. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że to niewinny dzieciak zafascynowany czymś, o czym nie ma pojęcia, szybko przekonuje zarówno widza jak i swoich przeciwników, że to nieprawda. Hiro mimo młodego wieku jest prawdziwym geniuszem. Właśnie kończy liceum i mimo początkowej niechęci pragnie także dostać się na uniwersytet, by studiować robotykę. Już na początku widz zostaje wprost zasypany skomplikowaną terminologią i niezrozumiałymi eksperymentami. Jest to jednak na tyle nieistotne, że bez problemu można zrozumieć, co się dzieje, ale z tego, co udało mi się zaobserwować na sali kinowej, młodsze dzieciaki po prostu się wyłączały i nudziły.

Prawdziwa zabawa zaczyna się tak naprawdę od pewnej spektakularnej eksplozji, kiedy to wystawa robotyki idzie z dymem, a razem z nią, projekt Hiro. Dla chłopaka sprawa staje się podwójnie osobista. Razem z pewnym sympatycznym robotem Baymaxem i czwórką znajomych z uniwersytetu, Hiro tworzy wielką szóstkę bohaterów, którzy wykorzystując swoje genialne (choć wcale nie magiczne) zdolności, chcą odkryć, co tak naprawdę wydarzyło się  podczas pokazu. Po drodze będą musieli zmierzyć się jednak z tajemniczym mężczyzną w masce, który bynajmniej nie ma przyjaznych zamiarów.


Uff… Tyle musicie wiedzieć zanim przejdę do bohatera, który jest kluczowy w całej historii. Nie. Nie jest nim Hiro. Chodzi mi tu oczywiście o okrutnie pominiętego dotychczas Baymaxa, który jest najfajniejszym balonowym robotem jakiego kiedykolwiek poznałam! Tak naprawdę, cała historia byłaby mi najzwyczajniej obojętna (no, prawie) gdyby ten balonowy chłopak nie pojawił się i nie wstrząsnął całą produkcją. Oczywiście wstrząsnął ze śmiechu, bo to ten sympatyczny robocik jest jego głównym źródłem. Baymax został stworzony jako opiekun medyczny, ma więc na twardym dysku ogromne pokłady empatii, cierpliwości i troski o innych. Jak tu zrobić z niego superbohatera? Jedno jest pewne: nie obejdzie się bez napadów śmiechu!

W wielu opiniach spotkałam się z porównaniami „Wielkiej szóstki” do „Jak wytresować smoka”. Cóż, jeśli naprawdę się uprzeć, można by postawić Baymaxa przy Szczerbatku, ale ja nie widzę takiej potrzeby. Bajki mają to do siebie, że w mniejszym lub większym stopniu, mniej lub bardziej świadomie, zgapiają coś od poprzedników. Myślę jednak, że grupa docelowa będzie miała analizy w głębokim poważaniu, a ja choć już do niej nie należę, mam w tym przypadku identyczne zdanie. Liczy się zabawa i morał.



Właśnie, morał. Jak w każdej bajce jest i tu. „Wielka szóstka” jest opowieścią o przyjaźni, lojalności i przeżywaniu tragedii, ale także o zemście, wybaczaniu i poświęceniu dla innych. Znajdą się tu momenty smutne, ale też takie kiedy płakać będziemy jedynie ze śmiechu. Dużym plusem są bohaterowie, nie tylko przyjaźni dla oka i sympatyczni w odbiorze, ale też barwni, ciekawi, inteligentni i mimo, że kreowani na bohaterów, wcale nie przekolorowani. Jeśli chodzi o dubbing, był całkiem w porządku, choć spośród rozhisteryzowanych głosów,  wybijał się szczególnie spokojny ton Zbigniewa Zamachowskiego, który od czasów kultowego „Shreka” jest obok Jerzego Shtura, moim absolutnym faworytem jeśli chodzi o podkładanie głosu w animacjach.

Czy polecam? Z całą odpowiedzialnością. „Wielka szóstka” to idealna rozrywka dla całej rodziny. Mam nadzieję, że to nie ostatnie podejście Disneya do komiksów Marvela, bo jestem zaintrygowana na tyle, że z przyjemnością obejrzę jeszcze  coś podobnego.

Ocena:

8/10

27 kwietnia 2014

„Pan Peabody i Sherman”


Opis:
Pan Peabody to najmądrzejszy pies na świecie, naukowiec-geniusz, który wynalazł wehikuł czasu, laureat nagrody Nobla i doradca głów państw. Gdy jego podopieczny, chłopiec o imieniu Sherman wyrusza w podróż wehikułem czasu, najsłynniejsze wydarzenia z historii wymykają się spod kontroli, a efektem jest wielka katastrofa i równie wielka dawka humoru. Niezwykły pies i jego pan muszą załatać dziurę w czasie, zanim nasz świat zmieni się raz na zawsze.

Zwiastun:

Recenzja:
„Każdy pies powinien mieć chłopca!”

Nadszedł w życiu Patki ten wiekopomny dzień, kiedy musiała opuścić szkolne mury na zawsze. I choć przez ostatnie trzy lata marzyła o tym każdego dnia, nie wiedzieć czemu w jej absurdalnym serduszku zagościł smutek. A ponieważ Patka nie zna lepszego sposobu na depresję niż kupa śmiechu, postanowiła uskutecznić swój plan i wybrała się do kina na komedię. Animowaną- a jakże! Padło na animację „Pan Peabody i Sherman”. Czy udało mu się przywrócić Patkę do stanu błogiego szczęścia?



Na początek skupmy się jednak na fabule. A dzieje się w niej i to sporo! Twórcy bajki postawili na modny ostatnio temat jakim są podróże w czasie. Kto z Was ich nie kocha? No właśnie. Wystarczy przypomnieć sobie „Trylogię czasu”, „Zaklętych w czasie”, czy co tam z tej tematyki znacie. Temat jest tak szalenie intrygujący, że zaczarował niemal każdego. A dzięki Panu Peabody, pokochacie go jeszcze bardziej. Kim jest Pan Peabody? Cóż, to… pies. Ale nie byle jaki! To istny geniusz, a przy tym biznesmen, szef kuchni, medalista olimpijski, laureat nagrody nobla. Jego największym odkryciem jest jednak wehikuł czasu, którym wraz ze swoim adoptowanym synem Shermanem przemierza wieki i udziela niesamowitych lekcji historii. Choć przeszłość jest pełna niebezpieczeństw, o czym nie raz się przekonamy, okazuje się, że to w teraźniejszości kryje się największe zagrożenie. Opieka społeczna chce bowiem odebrać Shermana jego niezwykłemu opiekunowi. Czy Pan Peabody zdoła udowodnić, że jest dobrym ojcem, podczas gdy cały wszechświat dosłownie wali mu się na głowę?



Bajka, jak to generalnie bajki mają w zwyczaju, porusza pewne problemy i podkreśla wartości. Tym razem padło na temat adopcji. Nie jest to taka zupełna nowość, ponieważ wcześniej była obecna chociażby w animacji „Jak ukraść księżyc”. Myślę, że tu jednak temat został wykorzystany lepiej. Twórcy wielokrotnie podkreślają, że adopcyjny rodzic, kocha tak samo mocno jak biologiczny i zrobi dla swojego dziecka wszystko. Ponadto pomaga dzieciom zrozumieć istotę adopcji i uczy tolerancji wobec adoptowanych dzieci. Zostało to przekazane bardzo wyraziście i przejrzyście i myślę, że żaden maluch nie powinien mieć problemu ze zrozumieniem przesłania.



Inaczej ma się sprawa z humorem, na który tak liczyłam. Widać, że twórcy postawili sobie za cel stworzenie produkcji odpowiedniej dla całej rodziny, która mogła by konkurować z takimi bajkami jak „Shrek”, „Madagaskar” czy „Epoka lodowcowa”. I choć wyszło im naprawdę fajnie, to przyznam szczerze, że mogło być lepiej. Niektóre żarty są bowiem zbyt trudne do zrozumienia dla dzieci, a zbyt mało zabawne dla dorosłych. Na sali częściej było słychać cichy chichot niż salwy śmiechu, a szkoda, bo potencjał był duży. Myślę, że nie jest to dobra bajka dla bardzo małych dzieci, bo które dziecko zrozumie, że oto spotykamy się z Jerzym Waszyngtonem, przyszłym Faraonem, czy że za chwilę wybuchnie wojna trojańska? Dlatego uważam, że bajka lepiej nada się dla dzieci z podstawówki, które będą wiedziały już mniej więcej, o co chodzi, a może nauczą się nawet czegoś ciekawego.



Podsumowując: „Pan Peabody i Sherman” to sympatyczna animacja, na której wbrew moim narzekaniom  naprawdę można się pośmiać i dać zaczarować magią przeszłych wieków. Były momenty wzruszeń, chwila refleksji i morał na koniec. Choć mogło być jeszcze odrobinę lepiej, bawiłam się naprawdę dobrze i w ostatecznym rozrachunku polecam.

Ocena:
7/10



16 grudnia 2013

"Kraina lodu"- Walt Disney Pictures


Opis:

Księżniczka Elza urodziła się z pewnym wyjątkowym darem: potrafi władać mrozem. Tak jej się przynajmniej wydaje, bo pewnego dnia podczas zabawy moc wymyka się spod kontroli i krzywdzi jej młodszą siostrę Annę. Dziewczynkę udaje się uratować, jednak z jej wspomnień zostają usunięte wszystkie wspomnienia o magii. Od tej pory Elza musi żyć w odosobnieniu, by nauczyć się kontrolować swój dar. Nie jest to jednak łatwe. Kiedy podczas koronacji w napadzie złości jej magia ponownie wymyka się spod kontroli, tajemnica zostaje ujawniona a królowa ucieka w góry. Jej magia zdążyła jednak zamrozić całe królestwo, którego jedyną szansą na ocalenie jest odnalezienie królowej i cofnięcie czaru. Anna wyrusza na poszukiwanie siostry. Odnajdzie jednak o wiele więcej…

You Tube się buntuje i nie chce dodać innego zwiastuna...

Opinie były różne… Nie mogłam przejść jednak obojętnie obok faktu, że za „Krainę lodu” odpowiedzialni są twórcy „Zaplątanych”, których uwielbiam. Zdecydowałam sama sprawdzić, co i jak i wybrałam się do kina by samodzielnie wydać osąd. Już teraz mogę powiedzieć, że wcale nie będzie surowy.

Na początku może trochę pomarudzę. NIENAWIDZĘ, kiedy w bajkach postacie śpiewają! Dosłownie tego nie cierpię i nie cierpiałam już jako dziecko. Te sceny, kiedy akcja nagle przestaje się dziać, bo bohater musi nagle pobiegać po łące i odśpiewać jakieś trele wnerwia mnie niezmiennie od lat. Niestety śpiewania było tu dużo… Za dużo moim skromnym zdaniem. I nie były to piosenki pokroju „Zing song”(Link dla tych co jeszcze nie słyszeli) z „HoteluTransylwania”. O nie, to były typowe piosenki a’la musical, w dodatku to stereotypowe bieganie po łące też się przytrafiło… I choć były ładne i ogólnie cacy to w sumie podobała mi się tylko jedna, śpiewana przez trolle, bo była zwyczajnie śmieszna. Dużo lepiej byłoby w moim odczuciu zastąpić to całe śpiewanie paroma zgrabnie złożonymi, śmiesznymi zdaniami. No cóż, bajka była jednak skierowana do maluchów (których była pełna sala) i nie narzekały, wręcz przeciwnie, więc nie dla wszystkich śpiewanie będzie minusem.



To, co zachwyca widza już od pierwszej minuty, to wspaniałe efekty 3D. Czytałam o tym w kilku recenzjach, więc sama mogę tylko przyklasnąć słowom, że płatki śniegu były fantastyczne, wręcz hipnotyczne. Dzieciaki w kinie miały ubaw usiłując je złapać, a ja wciąż nie mogłam nadziwić się zachowaniu rodziców, którzy kazali im siadać i grzecznie oglądać. Chyba o to chodzi w 3D żeby maluchom trochę uatrakcyjnić seans. Poprawcie mnie, jeśli się mylę. Szkoda tylko, że na śnieżynkach efekty 3D się skończyły… Może było tam coś jeszcze, ale było tak słabe, że tego nie pamiętam. Więc z plusa bardzo płynnie przeszliśmy na minus. A szkoda.


Co do fabuły, jest dosyć typowa. Mamy magiczną moc, która wymyka się spod kontroli, dwie siostry, które straciły dobry kontakt, mały trójkąt miłosny, (niejednego) przystojniaka, który (oczywiście) odegra bardzo ważną rolę w życiu bohaterki i miłość, która naprawi całe zło. Sprawdzony schemat bajki i w sumie nie ma, co udziwniać, bo i po co skoro wszystkim się on podoba. Co ciekawe, choć w królestwie dzieją się dziwne i złe rzeczy, to jako takiego czarnego charakteru nie ma. Może inaczej, jest ale dosyć późno dowiadujemy się który z bohaterów jest „nie ten tego” jak to się mówi ;)



A teraz najważniejsze: skala śmieszności. Wbrew pozorom podchodzę do tej kwestii śmiertelnie poważnie, bo nawet najpiękniejszą bajkę ocenię na zero bezwzględne, jeśli nie wytworzy na mojej mordce uśmiechu. Przyznam, że po dość drętwym początku, pełnym wycia do księżyca, byłam, bardzo sceptycznie nastawiona. Aż tu nagle bohaterka dorosła i okazało się, że jest absolutnie przekomiczna! Anna, bałwan Olaf, renifer Sven, to najśmieszniejsze postacie. No i niezapomniana scena w sklepie… Ale to zobaczcie już sami! Pękniecie ze śmiechu. W mojej Absurdalnej skali śmieszności oceniam wysoko, bo aż na 8/10! Jak na mnie to niemal 10 ;)



Nadszedł czas podsumowania. Choć dzieckiem nie jestem już od dawna, to do bajek mam niezmienną słabość. Tej też nie potrafiłam odmówić, po fenomenalnym zwiastunie, który totalnie mnie powalił. I choć sceny ze zwiastuna próżno w filmie szukać, to i reszta historii okazała się bardzo zabawna i przyjazna w odbiorze. Przyjazna to chyba najlepsze określenie tej historii. Wszystko jest tam strasznie ładne i milutkie: piękny, bajkowy świat, niezwykła magia, uroczy bohaterowie i zabawne sytuacje. Mi się podobało, i choć polecałabym bakę raczej dla maluchów, to i starsi znajdą w niej coś, a może nawet trochę więcej niż „coś” dla siebie. Polecam.

Ocena:

8/10


Zrobiło się trochę filmowo, ale obiecuję, że już wkrótce powrócą recenzje książek. Może z drobną przerwą na "Grę Endera" ale tego z kolei obiecać nie mogę :P

7 grudnia 2013

„Hotel Transylwania”- Sony Pictures Animation


Nie taki Dracula straszny…
Opis:
Czasy kiedy wszelkiej maści potwory straszyły i zabijały ludzi dawno już minął. A może nigdy go nie było… Teraz to ludzie stanowią prawdziwe zagrożenie. Hrabia Dracula, chcąc uchronić swoją jedyną córkę Mavis, buduje dla niej ogromny zamek, z dala od cywilizacji. W Hotelu Transylwania- bo tak nazywa się ta twierdza, schronienie może znaleźć każdy nawet najmniejszy potwór. Teraz zbliża się jednak ważne wydarzenie. 118 urodziny Mavis, kiedy to młoda wampirzyca wkroczy w dorosłość. Dziewczyna jednak za wszelką cenę pragnie wyrwać się z zamknięcia i wreszcie poznać świat. Tatuś nie może do tego dopuścić. Sprawy skomplikują się jednak jeszcze bardziej, gdy w hotelu niespodziewanie zjawi się człowiek, który wkrótce przewróci cały potworny świat do góry nogami.


Zaintrygowani? Zobaczcie jak to wszystko prezentuje się w trailerze:


To naukowo udowodnione, że bajki jak nic innego poprawiają człowiekowi humor. Idąc za tą złotą myślą postanowiłam obejrzeć w końcu „Hotel Transylwania” stworzony przez Sony Pictures Animation, którzy urzekli mnie między innymi „Sezonem na misia”.



Bajka pełnymi garściami czerpie inspirację z klasycznych opowieści grozy i tworzy znakomity klimat. W Hotelu spotkamy się ze znanymi potworami wszelkiej maści i poznamy ich bliżej. Zdecydowanym plusem produkcji jest też znakomita grafika, pełna kolorów, detali i dopracowanych szczegółów.
Polska wersja językowa jest absolutnie bez zastrzeżeń.  Tomasz Borkowski jako Drakula spisał się świetnie, podobnie Mavis- Agnieszka Mrozińska oraz genialny Paweł Ciołkosz w roli Jonathana (człowieka, który dostał się do hotelu). W oryginalnej wersji możemy usłyszeć min. Adama Sandlera oraz Selenę Gomez. Ciekawe jak oni sobie poradzili.




Nie ma tu niestety zapadających w pamięć piosenek, jak „Im a beliver” czy „All star”- Smash Mouth z kultowego już „Shreka”, są za to świetne kawałki śpiewane przez postacie z bajki. Kiedy śpiewali wprost pękałam ze śmiechu. Niestety były to nieliczne momenty, gdyż bajka do szczególnie zabawnych nie należy. Ogląda się ją bardzo przyjemnie, z uśmiechem na ustach, ale widziałam już lepsze. Wierzcie mi jestem prawdziwą koneserką! J




Bajka idealnie nadaje się zarówno dla dużych jak i małych. Maluchy (te starsze też :P )będą się dobrze bawić a rodzice dostaną pewną radę, bo tym razem morał skierowany jest do nich. Dzieci nie można zamykać w złotej klatce i wiecznie chronić przed światem. Trzeba pozwolić im dorosnąć i spełniać marzenia.

Całą bajkę można obejrzeć
Pod tym linkiem


Ocena:
7/10

16 lipca 2013

„Uniwersytet potworny”


Każdy z nas jest w pewnym stopniu dzieckiem. Jedni mniej, inni bardziej. Jedni dosłownie, drudzy w przenośni. Każdy jednak kiedyś był dzieckiem, a tak się składa, że dzieciństwo kojarzy mi się w głównej mierze z bajkami. Mówią, że z wszystkiego prędzej czy później się wyrasta, ale to zamiłowanie do animacji pozostało we mnie równie silne jak wtedy, kiedy byłam dzieckiem. Od bajek nigdy nie stronię. Wręcz przeciwnie. Dlatego kiedy na ekrany wszedł preqel do kochanej przeze mnie w dzieciństwie animacji „Potwory i spółka”, czym prędzej pobiegłam do kina. Jak było? O tym za chwilę.

Każdy kiedyś był dzieckiem. Myślicie, że Potwory, które straszyły was w dzieciństwie zawsze były takie same? Wcale nie! One też kiedyś były dziećmi a potem nastolatkami. I zanim zostały pełnoetatowymi Straszakami, musiały chodzić do szkoły.

 Od kiedy w dzieciństwie, na szkolnej wycieczce Mike Wazowski zobaczył jak funkcjonuje Fabryka strachu, doskonale wiedział, ze odkrył swoje przeznaczenie. Chciał tak jak profesjonalni Straszacy, co noc otwierać drzwi do dziecięcych pokoi by straszyć maluchy i pozyskiwać w ten sposób energię niezbędną w świecie Potworów. Właśnie w tym celu wyrusza do Uniwersytetu Potwornego. Co więcej, Mike ma plan. Chce zawojować cały potworny świat i stać się najstraszniejszym z Potworów. Chce być najlepszym z najlepszych. Dlatego zapisuje się na Straszologię i zapałem bierze się do pracy, nie straszny mu żaden test, ani przerażająca mina. Wie, że jest świetny. Przed nim jednak najtrudniejszy test. Bo, czy mały zielony potworek z cyklopim okiem, przypominający wyglądem piłkę plażową, mimo całej swojej wiedzy może być naprawdę straszny?

Przewrotny los stawia przed Mikiem kolejne wyzwanie. Poznaje on bowiem Jamesa P. Sullivana, zwanego też Sulley, wielkiego, niebieskiego, zarozumiałego i cóż… niezaprzeczalnie strasznego. Sulley ma za nic naukę, uważa, że jego znane nazwisko, idealny wygląd i wrodzona potworność są same w sobie przepustką do kariery a Uniwersytet to tylko formalność i to w dodatku przyjemna, bo pełna imprez i dobrej zabawy. Nietrudno się domyślić, że Mike i Sulley nie przypadną sobie do gustu. Jednak ich konflikt pociągnie za sobą pewne bardzo nieprzyjemne konsekwencje. By ocalić swój honor i miejsce na Straszologii, będą oni musieli wystąpić w Straszatonie- turnieju, który ma wyłonić najstraszniejsze Potwory. Problem pierwszy: muszą zwyciężyć. Problem drugi: razem… Nie będzie łatwo, nie obędzie się bez złośliwości i zabawnych sytuacji. A co z tego wszystkiego wyniknie musicie odkryć już sami.

„Potwory i spółkę” jak już wspominałam, w dzieciństwie bardzo lubiłam. Widząc znajome potwory wprost nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który niestety gasł podczas oglądania. Animacja jest świetna- pełno tu kolorów, detali, naprawdę wiele działo się na ekranie, czasem nawet nie wszystko udawało mi się „uchwycić”. Zabrakło mi jednak tego „czegoś”.


Ogólnie bajkę ogląda się całkiem miło i przyjemnie. Co prawda okulary do 3D trochę mnie uwierały a i efekty zbytnio mnie nie zachwyciły, ale jestem w stanie to przeboleć. Jednak jako osoba, która wprost uwielbia się śmiać nie mogłam znieść faktu, że scenarzyści tak bardzo chcieli być śmieszni, ze aż… nie byli. Co tu dużo mówić. Było zwyczajnie drętwo. Owszem, bajka miała swoje lepsze momenty, raz czy dwa nawet szczerzyłam się jak głupia, ale oczekiwałam znacznie, znacznie więcej zabawy!

Jak każda bajka, tak i ta miała „ukryty” niezbyt głęboko morał. Wydaje mi się wręcz, że producenci postawili go ponad wszystko inne na piedestale tak by był doskonale widoczny. Historia zawarta w „Uniwersytecie potwornym” pokazuje jak ważna jest prawdziwa przyjaźń, uczy nie oceniać ludzi po pozorach, a także daje lekcję szacunku i tolerancji.


Podsumowując: bajka wypada dosyć blado na tle poprzedniej części (choć może nie powinnam się wypowiadać, bo „Potwory i spółkę” oglądałam ładnych parę lat temu jako mała dziewczynka)  prawdopodobnie dlatego, że miałam względem niej dosyć duże wymagania. Zaczęło się całkiem całkiem a potem całkiem się schrzaniło… Nie wiem też czy zabieranie maluchów na tą bajkę będzie dobrym rozwiązaniem. Mniej więcej sześcioletni chłopiec, który siedział obok mnie tak podsumował ten film (zaznaczmy: 20 minut przed końcem): „Mamo, ja chcę już do domu…” Cóż… to chyba mówi wszystko ;)

Teraz będzie P.S ;)
Podobają Wam się recenzje filmów/bajek? Chciałabym poznać Wasze zdanie. Jeśli tak, dajcie znać. Postaram się wrzucać takie częściej. Jeśli nie, też dajcie znać J Nie będę Was męczyć.
Pozdrawiam!

Zobacz też:

.