Opis:
Nastoletni Thomas
(Dylan O'Brien) budzi się w ciemnej windzie, nie pamiętając niczego poza
własnym imieniem. Trafia do tajemniczej Strefy: obszaru zamieszkanego przez
kilkudziesięciu innych chłopców, którzy dostali się tam w identyczny sposób.
Ogromny mur otaczający teren rozchyla się każdego ranka, otwierając przejście
do labiryntu. Najstarsi mieszkańcy usiłują znaleźć wyjście od dwóch lat. Nowa
nadzieja pojawia się wraz z dziewczyną, Teresą (Kaya Scodelario), która trafia
do Strefy w śpiączce, ściskając w dłoni tajemniczą notatkę.
Zwiastun:
Recenzja:
W labiryncie niepamięci
Często zdarza się, że idąc do kina na ekranizację jednej z
moich ukochanych książek, czuję lekki niepokój. Nie da się ukryć, że mam swoje
powody. Takie na przykład „Miasto kości”, choć ciekawe i ogólnie całkiem nieźle
zrealizowane, nie dorasta książce (obłędnej, zaznaczmy) nawet do pięt. Mając
jednak w pamięci recenzję Sherry, która oceniła „Więźnia Labiryntu” na 10000/10
szłam do kina dosłownie w podskokach, wiedząc doskonale, że o rozczarowaniu nie
może być mowy.
FABUŁA
Cała akcja rozpoczyna się od dosyć gwałtownego zrywu, bo
widz zostaje natychmiast wepchnięty w wir wydarzeń. Ku mojej wielkiej radości-
dokładnie tak samo jak w książce. Główny bohater, Thomas, budzi się sam w
ciemnej windzie, pędzącej z zawrotną szybkością ku nieznanemu chłopakowi
celowi. Gdy właz windy zostaje otwarty, oczom zdezorientowanego Thomasa ukazuje
się grupka chłopców, znajdujących się w dziwnym miejscu, otoczonym wysokim
murem. W tym momencie przeciętny widz (oczywiście nie znający książki) wie
mniej więcej tyle, co Thomas, czyli kompletnie nic, tak się bowiem składa, że
chłopak nie pamięta niczego ze swojej przeszłości, ani nie ma pojęcia jak
trafił w to dziwne miejsce. Z czasem jednak,
razem z głównym bohaterem, widz zaczyna odkrywać coraz więcej szczegółów,
poznawać Strefę jej reguły i niezwykłych mieszkańców, oraz tajemniczy i pełen
niebezpieczeństw Labirynt, z którego Streferzy od kilku lat próbują znaleźć
wyjście. Jednak wraz z przybyciem Thomasa coś się zmienia, a pierwsza dziewczyna,
która pojawia się w strefie zwiastuje koniec świata, którzy Streferzy tak
dobrze znali.
ŚWIAT
Absolutnie największym plusem filmu, który wywyższa go nawet
nad książką, jest fenomenalne przedstawienie Labiryntu. W książce zabrakło mi
odrobinę akcji, związanej z tym miejscem, co było dużym zaskoczeniem, bo w
końcu było ono najistotniejsze w całej opowieści. Tu jednak nie ma miejsca na
rozczarowania. Twórcy filmu zadbali o to, by zapewnić widzowi odpowiednią ilość
rozrywek i mrocznego klimatu, w tym ponurym miejscu. Sama Strefa, w której
chłopcy wybudowali osadę, również wypadła naprawdę korzystnie i wiarygodnie. Jedyne,
co rozczarowało mnie w tej kwestii, to bardzo pobieżne potraktowanie języka
Streferów. Nie wiem, czy nie jest to przypadkiem wina tłumaczenia, jednak w
książce oryginalne słownictwo było tak podkreślane i ważne, że nie raz sama
łapałam się na tym, że zaczynam go używać. W filmie niestety mi tego zabrakło,
ale domyślam się, że scenarzysta nie mógł przesadzić z natłokiem dziwnych
sformułowań, by dla widza wszystko okazało się zrozumiałe.
AKTORZY
Kolejnym bardzo istotnym plusem, są świetnie dobrani
aktorzy, którzy idealnie wpasowali się w moje wyobrażenie o bohaterach.
Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się kapitalny Dylan O’Brien, który dosłownie
urodził się by zagrać Thomasa. Nie tylko w stu procentach odwzorował książkową
postać, ale nadał jej głębię, którą udało się stworzyć autorowi powieści
dopiero w tomie drugim. Drugi z kolei bohater, który skradł moje serce, to
oczywiście Chuck- Blake Cooper. I znów powtórzę w zasadzie to samo, nie widzę w
tej roli absolutnie nikogo innego jak Blake’a. Nie tylko świetnie grał, ale
dostarczył też widzom wielu powodów do uśmiechu i wzruszeń. Świetnie dopasowani
zostali też Alby (Aml Ameen) i Newt (Thomas Brodie-Sangster). Jednak w głównej
mierze, film zdominował Will Poulter- Gally. Choć kompletnie nie tak
wyobrażałam sobie tego bohatera, w zasadzie nie miałam nic przeciwko Willowi,
bo naprawdę wiele wniósł w kreację swojego bohatera. Książkowego Gally’ego można
było w zasadzie tylko nienawidzić, z kolei ten filmowy miał więcej niż jedną
twarz, był bardziej wielowymiarowy i ostatecznie budził całą gamę sprzecznych
uczuć. Nie mogę też nie wspomnieć o Minho (Ki Hong Lee), który był jednym z
moich książkowych ulubieńców (obok Newta i Chucka). Początkowo byłam bardzo
zadowolona z wyboru aktora, bo wizualnie okazał się trafiony w stu procentach.
Problem zaczął się jednak kiedy wysunięto go bardziej na pierwszy plan, bo
okazało się, że nie ma w nim ani jednej cechy, za którą tak uwielbiałam książkowego
Minho.
Niektórzy zastanawiają się pewnie, czemu pominęłam Kayę Scodelario i graną przez nią Teresę. Tu sprawa nie jest tak prosta i muszę
poświęcić jej cały osobny akapit. Nie mam bynajmniej zastrzeżeń do samej Kayi,
która naprawdę robiła, co wiej mocy, by odegrać swoją postać jak najlepiej. Nie
mogę jednak wybaczyć twórcom filmu, którzy tak brutalnie podcięli jej skrzydła.
Teresa, oczywiście zaraz po Thomasie, była najważniejszą i najbardziej istotną
dla rozwoju fabuły postacią. Dlatego kompletnie nie mogę pojąć jak można było
tak spłycić jej wątek. Pomijając karteczkę, którą trzymała w dłoni, kiedy
przybyła do Strefy, nie wniosła zbyt wiele do fabuły filmu, a w książce było dokładnie
odwrotnie. Co więcej, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, w filmie kompletnie
zapomniano o bardzo istotnym wątku telepatii. Nie mam pojęcia jak twórcy filmu
mają zamiar wybrnąć z tego w drugiej części, ale dla mnie był to bardzo duży
błąd z ich strony.
PODSUMOWUJĄC
Twórcy „Więźnia Labiryntu” popełnili kilka niewybaczalnych błędów
nie do końca wykorzystali potencjał książki. Trzeba jednak wziąć też pod uwagę,
że naprawdę dobrze wykreowali świat przedstawiony, a nawet udało im się mnie
kilkakrotnie nastraszyć. Ostatecznie film oceniam jak najbardziej na plus i
bardzo go polecam, choć książki nie udało mu się przebić i pozostawił mnie z
lekkim uczuciem niedosytu, dokładnie tak jak „Dawca Pamięci”. Stanowi jednak
doskonałe uzupełnienie powieści i uważam, że każdy jej fan powinien poznać
także tą wersję. A jeśli fanami jeszcze nie jesteście, natychmiast sięgajcie po
książki, bo czas najwyższy zmienić ten stan rzeczy!
Ocena:
8/10
A już za
nieco ponad rok będziemy mogli podziwiać owoc pracy nad częścią drugą.
Zapowiada się jeszcze bardziej ekscytująco, bo tak się składa, że druga część
jest jeszcze lepsza!
„Próby ognia”
Premiera:
18
września 2015r.

















