Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Więzień Labiryntu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Więzień Labiryntu. Pokaż wszystkie posty

8 października 2014

„Więzień Labiryntu” (film)



Opis:
Nastoletni Thomas (Dylan O'Brien) budzi się w ciemnej windzie, nie pamiętając niczego poza własnym imieniem. Trafia do tajemniczej Strefy: obszaru zamieszkanego przez kilkudziesięciu innych chłopców, którzy dostali się tam w identyczny sposób. Ogromny mur otaczający teren rozchyla się każdego ranka, otwierając przejście do labiryntu. Najstarsi mieszkańcy usiłują znaleźć wyjście od dwóch lat. Nowa nadzieja pojawia się wraz z dziewczyną, Teresą (Kaya Scodelario), która trafia do Strefy w śpiączce, ściskając w dłoni tajemniczą notatkę.

Zwiastun:


Recenzja:
W labiryncie niepamięci

Często zdarza się, że idąc do kina na ekranizację jednej z moich ukochanych książek, czuję lekki niepokój. Nie da się ukryć, że mam swoje powody. Takie na przykład „Miasto kości”, choć ciekawe i ogólnie całkiem nieźle zrealizowane, nie dorasta książce (obłędnej, zaznaczmy) nawet do pięt. Mając jednak w pamięci recenzję Sherry, która oceniła „Więźnia Labiryntu” na 10000/10 szłam do kina dosłownie w podskokach, wiedząc doskonale, że o rozczarowaniu nie może być mowy.




FABUŁA
Cała akcja rozpoczyna się od dosyć gwałtownego zrywu, bo widz zostaje natychmiast wepchnięty w wir wydarzeń. Ku mojej wielkiej radości- dokładnie tak samo jak w książce. Główny bohater, Thomas, budzi się sam w ciemnej windzie, pędzącej z zawrotną szybkością ku nieznanemu chłopakowi celowi. Gdy właz windy zostaje otwarty, oczom zdezorientowanego Thomasa ukazuje się grupka chłopców, znajdujących się w dziwnym miejscu, otoczonym wysokim murem. W tym momencie przeciętny widz (oczywiście nie znający książki) wie mniej więcej tyle, co Thomas, czyli kompletnie nic, tak się bowiem składa, że chłopak nie pamięta niczego ze swojej przeszłości, ani nie ma pojęcia jak trafił w to dziwne miejsce.  Z czasem jednak, razem z głównym bohaterem, widz zaczyna odkrywać coraz więcej szczegółów, poznawać Strefę jej reguły i niezwykłych mieszkańców, oraz tajemniczy i pełen niebezpieczeństw Labirynt, z którego Streferzy od kilku lat próbują znaleźć wyjście. Jednak wraz z przybyciem Thomasa coś się zmienia, a pierwsza dziewczyna, która pojawia się w strefie zwiastuje koniec świata, którzy Streferzy tak dobrze znali.



ŚWIAT
Absolutnie największym plusem filmu, który wywyższa go nawet nad książką, jest fenomenalne przedstawienie Labiryntu. W książce zabrakło mi odrobinę akcji, związanej z tym miejscem, co było dużym zaskoczeniem, bo w końcu było ono najistotniejsze w całej opowieści. Tu jednak nie ma miejsca na rozczarowania. Twórcy filmu zadbali o to, by zapewnić widzowi odpowiednią ilość rozrywek i mrocznego klimatu, w tym ponurym miejscu. Sama Strefa, w której chłopcy wybudowali osadę, również wypadła naprawdę korzystnie i wiarygodnie. Jedyne, co rozczarowało mnie w tej kwestii, to bardzo pobieżne potraktowanie języka Streferów. Nie wiem, czy nie jest to przypadkiem wina tłumaczenia, jednak w książce oryginalne słownictwo było tak podkreślane i ważne, że nie raz sama łapałam się na tym, że zaczynam go używać. W filmie niestety mi tego zabrakło, ale domyślam się, że scenarzysta nie mógł przesadzić z natłokiem dziwnych sformułowań, by dla widza wszystko okazało się zrozumiałe.






AKTORZY
Kolejnym bardzo istotnym plusem, są świetnie dobrani aktorzy, którzy idealnie wpasowali się w moje wyobrażenie o bohaterach. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się kapitalny Dylan O’Brien, który dosłownie urodził się by zagrać Thomasa. Nie tylko w stu procentach odwzorował książkową postać, ale nadał jej głębię, którą udało się stworzyć autorowi powieści dopiero w tomie drugim. Drugi z kolei bohater, który skradł moje serce, to oczywiście Chuck- Blake Cooper. I znów powtórzę w zasadzie to samo, nie widzę w tej roli absolutnie nikogo innego jak Blake’a. Nie tylko świetnie grał, ale dostarczył też widzom wielu powodów do uśmiechu i wzruszeń. Świetnie dopasowani zostali też Alby (Aml Ameen) i Newt (Thomas Brodie-Sangster). Jednak w głównej mierze, film zdominował Will Poulter- Gally. Choć kompletnie nie tak wyobrażałam sobie tego bohatera, w zasadzie nie miałam nic przeciwko Willowi, bo naprawdę wiele wniósł w kreację swojego bohatera. Książkowego Gally’ego można było w zasadzie tylko nienawidzić, z kolei ten filmowy miał więcej niż jedną twarz, był bardziej wielowymiarowy i ostatecznie budził całą gamę sprzecznych uczuć. Nie mogę też nie wspomnieć o Minho (Ki Hong Lee), który był jednym z moich książkowych ulubieńców (obok Newta i Chucka). Początkowo byłam bardzo zadowolona z wyboru aktora, bo wizualnie okazał się trafiony w stu procentach. Problem zaczął się jednak kiedy wysunięto go bardziej na pierwszy plan, bo okazało się, że nie ma w nim ani jednej cechy, za którą tak uwielbiałam książkowego Minho.



Niektórzy zastanawiają się pewnie, czemu pominęłam Kayę Scodelario i graną przez nią Teresę. Tu sprawa nie jest tak prosta i muszę poświęcić jej cały osobny akapit. Nie mam bynajmniej zastrzeżeń do samej Kayi, która naprawdę robiła, co wiej mocy, by odegrać swoją postać jak najlepiej. Nie mogę jednak wybaczyć twórcom filmu, którzy tak brutalnie podcięli jej skrzydła. Teresa, oczywiście zaraz po Thomasie, była najważniejszą i najbardziej istotną dla rozwoju fabuły postacią. Dlatego kompletnie nie mogę pojąć jak można było tak spłycić jej wątek. Pomijając karteczkę, którą trzymała w dłoni, kiedy przybyła do Strefy, nie wniosła zbyt wiele do fabuły filmu, a w książce było dokładnie odwrotnie. Co więcej, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, w filmie kompletnie zapomniano o bardzo istotnym wątku telepatii. Nie mam pojęcia jak twórcy filmu mają zamiar wybrnąć z tego w drugiej części, ale dla mnie był to bardzo duży błąd z ich strony.



PODSUMOWUJĄC
Twórcy „Więźnia Labiryntu” popełnili kilka niewybaczalnych błędów nie do końca wykorzystali potencjał książki. Trzeba jednak wziąć też pod uwagę, że naprawdę dobrze wykreowali świat przedstawiony, a nawet udało im się mnie kilkakrotnie nastraszyć. Ostatecznie film oceniam jak najbardziej na plus i bardzo go polecam, choć książki nie udało mu się przebić i pozostawił mnie z lekkim uczuciem niedosytu, dokładnie tak jak „Dawca Pamięci”. Stanowi jednak doskonałe uzupełnienie powieści i uważam, że każdy jej fan powinien poznać także tą wersję. A jeśli fanami jeszcze nie jesteście, natychmiast sięgajcie po książki, bo czas najwyższy zmienić ten stan rzeczy!

Ocena:

8/10


A już za nieco ponad rok będziemy mogli podziwiać owoc pracy nad częścią drugą. Zapowiada się jeszcze bardziej ekscytująco, bo tak się składa, że druga część jest jeszcze lepsza!

„Próby ognia”
Premiera:
18 września 2015r. 


12 września 2014

„Więzień Labiryntu”- James Dashner

Papierowy Księżyc/ 421 str./ 34,90 zł/ 2011 r.


 „Nic już nie będzie takie jak kiedyś”

Labirynt, to jedno z najbardziej fascynujących, ale też budzących grozę miejsc, jakie można sobie wyobrazić. Nie od dziś jest inspiracją, wszyscy chyba pamiętamy „Labirynt Fauna”, czy jedno z zadań w czwartej części „Harry’ego Pottera”. Również James Dashner, autor „Więźnia Labiryntu”, dał się zainspirować temu miejscu. Nic dziwnego, w końcu to ogromna zagadka, setki korytarzy pełnych tajemnic i ogromne pole dla wyobraźni. Zasadniczo mimo tych tajemnic, labirynt jest tylko łamigłówką, w której trzeba znaleźć drogę do wyjścia. Jednak czy zawsze to wyjście istnieje?

„Powstał, rozpoczynając nowe życie, otoczony przeszywającą ciemnością i stęchłym zakurzonym powietrzem.”

Tak właśnie rozpoczyna się opowieść nastoletniego Thomasa. Dlaczego „nowe życie”? Cóż, o tym „starym” nie opowie wam zbyt wiele. Tak się bowiem składa, że właśnie obudził się w pędzącej ku górze windzie, nie mając kompletnie pojęcia kim jest, ani co się właściwie dzieje. Jedyne, co mu pozostało to imię i setki pytań kłębiących się w głowie. Niestety od tej pory pytań będzie już jedynie więcej. Gdy winda w końcu się zatrzymuje, oczom Thomasa ukazuje się niezwykły widok. Grupa nastoletnich chłopców wita go w miejscu zwanym Strefą, dookoła której wznosi się mroczny Labirynt. Rozwiązanie wydaje się proste- znaleźć wyjście i uciekać. Jednak w Strefie nic nie jest proste. Każdej nocy Labirynt zamyka się a jego ściany zmieniają położenie. Jakby tego było mało, korytarzy Labiryntu strzegą dziwne i śmiertelnie niebezpieczne istoty. Choć Streferzy każdego dnia szukają wyjścia, nie maję tak naprawdę żadnego punktu zaczepienia. Żaden z nich nie pamięta bowiem niczego ze swojej przeszłości. Czasu jest jednak coraz mniej. Gdy następnego dnia po Thomasie, do Strefy przybywa pierwsza dziewczyna, przynosząc ze sobą niepokojącą wiadomość, wszyscy wiedzą, że nic już nie będzie takie jak kiedyś.

„Ocean emocji zalewał jego umysł i serce. Zdezorientowanie. Ciekawość. Panika. Strach. Jednak przede wszystkim ogarniało go ponure uczucie rozpaczy, jak gdyby świat, który znał, przestał istnieć, został wymazany z jego pamięci i zastąpiony obrzydliwym substytutem. Pragnął uciec jak najdalej od tych ludzi i tego miejsca.”

Co mogę powiedzieć Wam o Strefie? Nie jest to zdecydowanie miejsce, do którego wybralibyście się na wakacje. Pozornie tętni tam życie, panuje ład i spokój. Każdy Strefer ma jasno określone obowiązki, które wykonuje każdego dnia. Są też zasady, których nikt nie może łamać, i kary, których każdy wolałby uniknąć. Streferzy mają własny, unikalny język, którym się posługują (a nawet oryginalne przekleństwa, które w sprytny sposób zastępują te powszechnie znane) i tworzą coś na kształt małego państwa. Na pierwszy rzut oka wszystko jest więc całkiem normalne, oczywiście dopóki nie przekroczysz progu Labiryntu, gdzie zasady przestają obowiązywać.  Każdego dnia chłopcy ryzykując życie szukają wyjścia, którego zdaje się nie być, pragnąc wrócić do domu, którego nie pamiętają. Co okaże się kluczem do zagadki?

Obok miejsca akcji, bardzo ważnym aspektem są ludzie, którzy w tym miejscu żyją. Choć każdemu z nich autor odebrał pamięć i wspomnienia, nie znaczy to, że wymazał ich unikalne charaktery. Choć poznajemy tylko wybranych spośród wielu mieszkańców Strefy, to tyle wystarczy by docenić bogactwo i różnorodność postaci. Można znaleźć masę przymiotników do określenia każdego z nich. Jednych z miejsca można pokochać, a innych błyskawicznie znienawidzić. Są też tacy, których ciężko rozgryźć, ale zdecydowanie każdy przykuwa uwagę. Postaci są więc kolejną bardzo mocną stroną książki, ale co ważne- nie jedyną.

„Powracające do niego wspomnienia były bardzo mgliste. A do świata spowitego mgłą światło nie dociera.”

Najważniejszym aspektem jest bowiem doskonale skonstruowana fabuła, w której skrzy się od akcji, tajemnic i niebezpieczeństw. Choć powieść jest dosyć gruba, autor doskonale rozplanował akcję, tak by nawet przez chwilę nie stała w miejscu, ani nie nużyła czytelnika. Jest to jedna z tych książek, które nie tylko się czyta, ale przeżywa razem z bohaterami, przez co chwilami miałam wrażenie, jakbym dosłownie biegła w maratonie. Autor doskonale opisał uczucia, jednak ponad wszystko przebija się napięcie i adrenalina. Poziom powieści jest naprawdę wysoki i trochę się obawiałam, czy pan Dashner nie wziął odrobinę za dużo na swoje barki i czy da radę skonstruować zadowalające zakończenie. Spisał się jednak doskonale, pozostawiając czytelnika zaniepokojonego i spragnionego kontynuacji, która mam nadzieje, dorówna swojej poprzedniczce.

O CZYM?   Więzień Labiryntu” to niezwykła dystopijna opowieść o poszukiwaniu wyjścia wśród setek ślepych zaułków, oraz o ludzkich słabościach, sile, odwadze, przyjaźni i granicach wytrzymałości. Mimo sporej ilości stron, powieść czyta się szybko, lekko i bez zgrzytów, a wręcz nie da się ukryć rozczarowania, jak błyskawicznie się ona kończy. Jest to kolejny bestseller, który właśnie wkracza do naszych kin i mam nadzieję, że ekranizacja dorówna tak klimatem jak i treścią papierowemu pierwowzorowi, który serdecznie wam polecam i mam nadzieję, że dacie się skusić jeszcze przed wizytą w kinie.

Ocena:
10/10

W serii:
>Więzień Labiryntu<
Próby ognia
Lek na śmierć


Film w kinach już 19 września



Zobacz też:

.