"Miłość bez końca" opowiada historię Jade i Davida, których romans staje się tym bardziej intensywny, im bardziej rodzice dziewczyny próbują ich rozdzielić. Po ukończeniu szkoły średniej żyjąca pod kloszem Jade zaczyna odczuwać fascynację Davidem. Młodzi zakochują się w sobie. Spędzając ze sobą niezapomniane lato, młodzi kochankowie wbrew wszelkiej logice pozwalają, aby wszechogarniająca namiętność stała się fundamentem ich wspólnej przyszłości.
Straszliwa
burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark
Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark
odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez
wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez
łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i
sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawyratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal
natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody
i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o
przetrwanie, w której równie ważną rolę co naukowa wiedza, zdolności techniczne
i pomysłowość odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania
dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…
"Le Petit Prince"/ reż. Mark Osborne/ 108 min./ 2015 r.
Opis:
Mała Dziewczynka zaprzyjaźnia się z ekscentrycznym staruszkiem z
sąsiedztwa, który przedstawia się jako Pilot. Nowy znajomy opowiada jej o
niezwykłym świecie, gdzie wszystko jest możliwe. Świecie, do którego dawno temu
zaprosił go przyjaciel – Mały Książę. Tak zaczyna się magiczna i pełna przygód
podróż Dziewczynki do krainy jej własnej wyobraźni i do bajkowego uniwersum
Małego Księcia.
Babi jest spokojną
uczennicą, Hache, jest gwałtowny i porywczy. Jednak między nimi rodzi się niekonwencjonalna
miłość opatrzona walką większą niż się spodziewali. Historia miłości
współczesnych Romeo i Julii na podstawie powieści Federico Moccia.
Zwiastun:
Nie wiem jak to
możliwe, ale film nie ma żadnego sensownego zwiastuna…
Recenzja:
Nic już nie będzie takie samo…
Ostatnio mam w zwyczaju od razu po przeczytaniu książki
zabierać się za jej ekranizację. Identycznie stało się w przypadku „Trzech metrów nad niebem”. Książka
dostała ode mnie 7/10 i choć nie jest to zła ocena, pod pewnymi względami
powieść mnie rozczarowała. Moje zarzuty dotyczyły jednak przede wszystkim stylu
i tłumaczenia, czego w filmie na szczęście nie dało się w żaden sposób odczuć.
Mój apetyt na produkcję wzmogły dodatkowo
bardzo pochlebne opinie znajomych, graniczące wręcz z ubóstwianiem. Teraz po
obejrzeniu dokładnie wiem co, a raczej kto tak zachwycił moje znajome.
Zacznijmy może jednak jak zwykle od fabuły. Zaznaczę od
razu, że nie różni się ona znacznie od tej książkowej, co bardzo mnie cieszy,
bo nie ma nic gorszego od przeinaczania podstawowych faktów. Już na wstępie
poznajemy dwie bardzo różne osoby. Spokojną i poukładaną Babi i buntowniczego
Hache (czyt. Acze). Nie łączy ich w zasadzie nic, ale już wkrótce wszystko się
zmieni. Począwszy od wzajemnej niechęci, poprzez nienawiść i złość, między tą
dwójką urodzi się wyjątkowa miłość. Babi i Hache przeżyją wiele niezapomnianych
chwil, ale też wielkich dramatów. Czy ich miłość okaże się silniejsza od
przeciwności losu?
Osoby, które znają książkę już teraz widzą podstawową różnicę.
Chodzi oczywiście o imię głównego bohatera. W książce nazywał się Step
(wcześniej Stefano). Tu z kolei przechrzczono go na Hache (wcześniej Hugo).
Podobną modyfikację przeszła przyjaciółka Babi czyli Pallina, która w filmie zmieniła
się w Katinę, choć tu akurat zmiana zupełnie mi nie przeszkadza, bo imię
Pallina zwyczajnie mi nie leżało. Zmiany wynikają zapewne z pewnego podstawowego
faktu. Ekranizacja którą omawiam jest wersją hiszpańską, a książka jest dziełem
włoskim. Tak się składa, że filmowa wersja włoska również powstała, jednak zdecydowanie
jej nie polecam, a wręcz odradzam, bo zniszczy Wam całe cudowne wyobrażenie tej historii. Kontrast
między dwiema wersjami jest spory, począwszy od aktorów, którzy w wersji
włoskiej zupełnie do mnie nie przemówili, a na rozwiązaniach technologicznych
skończywszy. Omawiana wersja została nagrana w roku 2010 a poprzednia, włoska w
2004 więc różnicę dokładnie widać.
Choć to oczywiste, że nawet najlepszy film nie odda
wszystkiego, co działo się w książce, bo czas skutecznie go ogranicza, jestem
bardzo zadowolona z rozwiązań fabularnych w tej produkcji. Twórcy wybrali z
książki wszystkie najciekawsze i najbardziej istotne sceny i z ogromną precyzją
przenieśli je na ekran, tak, że były równie cudowne, co w mojej wyobraźni. Udało
się też ogarnąć cały chaos związany z zakończeniem, które w książce było
niesamowicie poplątane i chwała za to producentom, bo z najsłabszego elementu
książki, zrobili najlepszy element filmu. Odrobinę zabrakło mi tu jednak
wyjaśnień odnośnie przeszłości Hache. W książce było ich więcej, przez co
minimalnie lepiej można zrozumieć i zaakceptować zachowanie bohatera.
Nie umiem za bardzo oceniać gry aktorskiej. Jeśli ktoś nie
jest sztywny jak kij od szczotki (ehem, Theo James…), i nie zachowuje się jak
zbzikowani bohaterowie „Trudnych spraw”, to w moim odczuciu gra dobrze. Tak też
odnoszę się do aktorów tej produkcji. Może odrobinę przeszkadzał mi język
hiszpański, kojarzący się ze znienawidzonymi telenowelami, w których nie można
nadążyć za tym, co aktor mówi. Najjaśniej lśni tu z pewnością Mario Casas
(Hache) (tak, to on był przyczyną zachwytu moich koleżanek), który świetnie
pasuje do roli niegrzecznego chłopca. Zasadniczo ciężko skupić się na jego grze
aktorskiej, skoro w niemal każdej scenie pokazuje się bez koszulki i pręży wyćwiczone
mięśnie (czy tylko mi zaleciało odrobinę „Księżycem w nowiu” i Jacobem?). Z
kolei Maria Valverde, naprawdę dobrze przeniosła na ekran wszystkie emocje i
humory Babi, której charakterek dał aktorce spore pole do popisu. Jako
ciekawostkę dodam, że Maria i Mario (śmieszna zbieżność imion, prawda?) również
w życiu prywatnym zostali parą.
Miłym zaskoczeniem okazała się też trójka innych bohaterów,
niemniej ważnych dla całej fabuły. Mam na myśli Danielę- Nerea Camacho (siostrę Babi),
Katinę- Marina Salas (przyjaciółkę) i Polla- Alvaro Cervantes (kumpla Hache). W książce, choć autor
poświęcił im sporo miejsca, działali mi raczej na nerwy i nie wzbudzili
zbytniej sympatii. Zupełnie inaczej sprawa wygląda w filmie, gdzie byli najbardziej
zakręconymi i pozytywnymi bohaterami, bez których chwilami byłoby zwyczajnie nudno,
mimo iż pierwszych skrzypiec nie grają.
Co sądzę o „Trzech
metrach nad niebem”? Film okazał się kwintesencją książki wyciągając z niej
to, co najlepsze. Zdarza się to bardzo rzadko, ale tym razem film spodobał mi
się bardziej. Był piękny, romantyczny i odpowiednio dramatyczny. Piękne zdjęcia
i wakacyjny klimat Hiszpanii dodają koloru całości. Choć film nie dorównuje
niektórym znanym mi młodzieżowym dramatom, to i tak będę go bardzo dobrze
wspominać i po przeczytaniu drugiego tomu na pewno obejrzę też „Tylko ciebie chcę”.
Nastoletni Thomas
(Dylan O'Brien) budzi się w ciemnej windzie, nie pamiętając niczego poza
własnym imieniem. Trafia do tajemniczej Strefy: obszaru zamieszkanego przez
kilkudziesięciu innych chłopców, którzy dostali się tam w identyczny sposób.
Ogromny mur otaczający teren rozchyla się każdego ranka, otwierając przejście
do labiryntu. Najstarsi mieszkańcy usiłują znaleźć wyjście od dwóch lat. Nowa
nadzieja pojawia się wraz z dziewczyną, Teresą (Kaya Scodelario), która trafia
do Strefy w śpiączce, ściskając w dłoni tajemniczą notatkę.
Często zdarza się, że idąc do kina na ekranizację jednej z
moich ukochanych książek, czuję lekki niepokój. Nie da się ukryć, że mam swoje
powody. Takie na przykład „Miasto kości”, choć ciekawe i ogólnie całkiem nieźle
zrealizowane, nie dorasta książce (obłędnej, zaznaczmy) nawet do pięt. Mając
jednak w pamięci recenzję Sherry, która oceniła „Więźnia Labiryntu” na 10000/10
szłam do kina dosłownie w podskokach, wiedząc doskonale, że o rozczarowaniu nie
może być mowy.
FABUŁA
Cała akcja rozpoczyna się od dosyć gwałtownego zrywu, bo
widz zostaje natychmiast wepchnięty w wir wydarzeń. Ku mojej wielkiej radości-
dokładnie tak samo jak w książce. Główny bohater, Thomas, budzi się sam w
ciemnej windzie, pędzącej z zawrotną szybkością ku nieznanemu chłopakowi
celowi. Gdy właz windy zostaje otwarty, oczom zdezorientowanego Thomasa ukazuje
się grupka chłopców, znajdujących się w dziwnym miejscu, otoczonym wysokim
murem. W tym momencie przeciętny widz (oczywiście nie znający książki) wie
mniej więcej tyle, co Thomas, czyli kompletnie nic, tak się bowiem składa, że
chłopak nie pamięta niczego ze swojej przeszłości, ani nie ma pojęcia jak
trafił w to dziwne miejsce. Z czasem jednak,
razem z głównym bohaterem, widz zaczyna odkrywać coraz więcej szczegółów,
poznawać Strefę jej reguły i niezwykłych mieszkańców, oraz tajemniczy i pełen
niebezpieczeństw Labirynt, z którego Streferzy od kilku lat próbują znaleźć
wyjście. Jednak wraz z przybyciem Thomasa coś się zmienia, a pierwsza dziewczyna,
która pojawia się w strefie zwiastuje koniec świata, którzy Streferzy tak
dobrze znali.
ŚWIAT
Absolutnie największym plusem filmu, który wywyższa go nawet
nad książką, jest fenomenalne przedstawienie Labiryntu. W książce zabrakło mi
odrobinę akcji, związanej z tym miejscem, co było dużym zaskoczeniem, bo w
końcu było ono najistotniejsze w całej opowieści. Tu jednak nie ma miejsca na
rozczarowania. Twórcy filmu zadbali o to, by zapewnić widzowi odpowiednią ilość
rozrywek i mrocznego klimatu, w tym ponurym miejscu. Sama Strefa, w której
chłopcy wybudowali osadę, również wypadła naprawdę korzystnie i wiarygodnie. Jedyne,
co rozczarowało mnie w tej kwestii, to bardzo pobieżne potraktowanie języka
Streferów. Nie wiem, czy nie jest to przypadkiem wina tłumaczenia, jednak w
książce oryginalne słownictwo było tak podkreślane i ważne, że nie raz sama
łapałam się na tym, że zaczynam go używać. W filmie niestety mi tego zabrakło,
ale domyślam się, że scenarzysta nie mógł przesadzić z natłokiem dziwnych
sformułowań, by dla widza wszystko okazało się zrozumiałe.
AKTORZY
Kolejnym bardzo istotnym plusem, są świetnie dobrani
aktorzy, którzy idealnie wpasowali się w moje wyobrażenie o bohaterach.
Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się kapitalny Dylan O’Brien, który dosłownie
urodził się by zagrać Thomasa. Nie tylko w stu procentach odwzorował książkową
postać, ale nadał jej głębię, którą udało się stworzyć autorowi powieści
dopiero w tomie drugim. Drugi z kolei bohater, który skradł moje serce, to
oczywiście Chuck- Blake Cooper. I znów powtórzę w zasadzie to samo, nie widzę w
tej roli absolutnie nikogo innego jak Blake’a. Nie tylko świetnie grał, ale
dostarczył też widzom wielu powodów do uśmiechu i wzruszeń. Świetnie dopasowani
zostali też Alby (Aml Ameen) i Newt (Thomas Brodie-Sangster). Jednak w głównej
mierze, film zdominował Will Poulter- Gally. Choć kompletnie nie tak
wyobrażałam sobie tego bohatera, w zasadzie nie miałam nic przeciwko Willowi,
bo naprawdę wiele wniósł w kreację swojego bohatera. Książkowego Gally’ego można
było w zasadzie tylko nienawidzić, z kolei ten filmowy miał więcej niż jedną
twarz, był bardziej wielowymiarowy i ostatecznie budził całą gamę sprzecznych
uczuć. Nie mogę też nie wspomnieć o Minho (Ki Hong Lee), który był jednym z
moich książkowych ulubieńców (obok Newta i Chucka). Początkowo byłam bardzo
zadowolona z wyboru aktora, bo wizualnie okazał się trafiony w stu procentach.
Problem zaczął się jednak kiedy wysunięto go bardziej na pierwszy plan, bo
okazało się, że nie ma w nim ani jednej cechy, za którą tak uwielbiałam książkowego
Minho.
Niektórzy zastanawiają się pewnie, czemu pominęłam Kayę Scodelario i graną przez nią Teresę. Tu sprawa nie jest tak prosta i muszę
poświęcić jej cały osobny akapit. Nie mam bynajmniej zastrzeżeń do samej Kayi,
która naprawdę robiła, co wiej mocy, by odegrać swoją postać jak najlepiej. Nie
mogę jednak wybaczyć twórcom filmu, którzy tak brutalnie podcięli jej skrzydła.
Teresa, oczywiście zaraz po Thomasie, była najważniejszą i najbardziej istotną
dla rozwoju fabuły postacią. Dlatego kompletnie nie mogę pojąć jak można było
tak spłycić jej wątek. Pomijając karteczkę, którą trzymała w dłoni, kiedy
przybyła do Strefy, nie wniosła zbyt wiele do fabuły filmu, a w książce było dokładnie
odwrotnie. Co więcej, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, w filmie kompletnie
zapomniano o bardzo istotnym wątku telepatii. Nie mam pojęcia jak twórcy filmu
mają zamiar wybrnąć z tego w drugiej części, ale dla mnie był to bardzo duży
błąd z ich strony.
PODSUMOWUJĄC
Twórcy „Więźnia Labiryntu” popełnili kilka niewybaczalnych błędów
nie do końca wykorzystali potencjał książki. Trzeba jednak wziąć też pod uwagę,
że naprawdę dobrze wykreowali świat przedstawiony, a nawet udało im się mnie
kilkakrotnie nastraszyć. Ostatecznie film oceniam jak najbardziej na plus i
bardzo go polecam, choć książki nie udało mu się przebić i pozostawił mnie z
lekkim uczuciem niedosytu, dokładnie tak jak „Dawca Pamięci”. Stanowi jednak
doskonałe uzupełnienie powieści i uważam, że każdy jej fan powinien poznać
także tą wersję. A jeśli fanami jeszcze nie jesteście, natychmiast sięgajcie po
książki, bo czas najwyższy zmienić ten stan rzeczy!
Ocena:
8/10
A już za
nieco ponad rok będziemy mogli podziwiać owoc pracy nad częścią drugą.
Zapowiada się jeszcze bardziej ekscytująco, bo tak się składa, że druga część
jest jeszcze lepsza!
Mia Hall to nieśmiała, niezwykle
utalentowana dziewczyna, która stoi przed najtrudniejszym życiowym wyborem.
Jeśli zdecyduje się opuścić dom by podążać za muzycznymi marzeniami, straci
miłość swojego życia. Wszystko zmienia się w wyniku pewnego wydarzenia, a Mia
zawieszona przez jeden dzień między życiem a śmiercią musi zdecydować, po
której stronie zostanie.
Zwiastun:
Recenzja:
Najtrudniejszy
wybór
„Zostań, jeśli kochasz”
jest kolejną ekranizacją, która przenosi na wielki ekran niesamowitą powieść.
Ponieważ jak już zapewne wiecie, „Jeśli zostanę”- Gayle Forman,darzę ogromnym sentymentem, dlatego nikogo nie
zdziwi fakt, że musiałam, po prostu musiałam jak najszybciej zobaczyć tą
historię w filmowej wersji. Zawsze trochę się obawiam ekranizacji moich
ulubionych książek, bo mam w stosunku do nich naprawdę duże wymagania. Tym
razem, jednak naprawdę nie było czego się bać, bo seans okazał się obłędny.
Podobno przed śmiercią całe życie nagle przewija nam się
przed oczami, niczym przyspieszony film. A gdyby ktoś pozwolił nam zdecydować,
o tym czy zostać, czy odejść z tego świata? Mia (Chloë Grace Moretz)miała
wszystko czego można pragnąć, cudowną rodzinę, kochającego chłopaka Adama (Jamie Blackley) i ogromny muzyczny talent. Lecz niespodziewanie, tragiczny wypadek
odebrał jej wszystko. Trwając przez jeden dzień w stanie dziwnego zawieszenia
między życiem a śmiercią, wspominając dotychczasowe życie dziewczyna musi
odkryć w sobie siłę, by podjąć najtrudniejszą decyzję: zostać i żyć dalej, czy
poddać się i odejść.
Zacznijmy może od tego jak film ma się do książki, bo
zapewne dla fanów powieści będzie to bardzo istotne. Jeśli obawiacie się luźnej
interpretacji, nieścisłości czy przeinaczeń, możecie odetchnąć z ulgą. Film
niemal w 100% odwzorowuje książkę, nie odbiega od niej treścią ani przesłaniem.
Niektóre elementy zostały (naprawdę nieznacznie) zmienione, ale moim zdaniem
wyszło to produkcji na dobre, bo dodaje nieco dramatyzmu a za razem dynamizmu. Książka
jest naprawdę cudowna, ale nie miałam pewności, jak odbiorę tak spokojną i
melancholijną opowieść w filmowej wersji, bo przyzwyczaiłam się, że do kina
chodzę na bardziej… wybuchowe produkcje. Jak widać czasem warto jednak zmienić
repertuar, bo wrażenie jakie film na mnie wywarł, przerosło znacznie moje
oczekiwania.
W filmie teraźniejszość jest znacznie mniej rozwinięta niż
przeszłość i wszyscy, którzy nie znają książki, muszą być na to przygotowani.
Film ma charakter wspomnieniowy, roi się w nim od retrospekcji, które
niekoniecznie układają się w chronologiczną całość. Mia jest nie tylko główną
bohaterką, ale też narratorką i opowiada nam całą swoją historię. Dlatego w
jednej chwili jesteśmy w szpitalu i widzimy tragiczne skutki wypadku, by w
następnej chwili przenieść się do jakiegoś wspomnienia dziewczyny, potem do
kolejnego. Tak właśnie wygląda film i warto o tym wiedzieć, bo nie wszystkim
pasuje taki niechronologiczny tok narracji. Znam osoby, które nie mogą się
odnaleźć tym, co się dzieje i poskładać faktów w jedną całość. Jednak myślę, że
w przypadku tego konkretnie filmu, nie powinno raczej być takich problemów.
Może nie wszystko jest jasne od początku, ale w przeciwieństwie do niektórych
ekranizacji, ta powinna być w pełni zrozumiała dla wszystkich, niezależnie od
znajomości pierwowzoru.
Teraz szepnę może słówko o aktorach, którzy wydali mi się
absolutnie nie do zastąpienia. Na pierwszy ogień rzućmy Mię, czyli Chloë Grace Moretz. Ta młodziutka i niezwykle utalentowana dziewczyna miała naprawdę trudną
rolę do odegrania. Potrzeba naprawdę wiele zaangażowania, by wiarygodnie
zaprezentować wszystkie emocje towarzyszące historii, tym bardziej, że są to emocje
bardzo różne. Udało jej się to jednak świetnie. Widząc rozpacz jej bohaterki,
widz wprost nie może powstrzymać wzruszenia, jej wspomnienia z przeszłości
nadają historii ciepła, a gra na wiolonczeli przyprawia o dreszcze. Widząc jej
występy nie mogłam się oprzeć wrażeniu, ze patrzę na profesjonalistkę, tym
większe było moje zdziwienie, że Chloë zaledwie przez pięć miesięcy uczyła się
grać na tym instrumencie.
Niemniejsze wrażenie zrobił na mnie Adam czyli Jamie Blackley. Szczerze mówiąc kompletnie w niego nie wierzyłam. Po prostu uważałam,
że żaden aktor nie będzie tak doskonały jak książkowy Adam. Kompletnie się
jednak myliłam. Jamie dokonał czegoś wprost niemożliwego w moich oczach i
zagrał swoją postać znacznie lepiej niż została ona przedstawiona w książce. Zagrał
słodkiego, czułego i kochającego chłopaka i stworzył z Chloe naprawdę zgrany
duet. Do tego spisał się wprost koncertowo, jako muzyk w rockowej kapeli.
Bardzo istotną rolę w filmie odgrywa muzyka, która jest
wprost wszechobecna. Z jednej strony mamy muzykę klasyczną, którą reprezentuje
Mia, a z drugiej rocka uwielbianego przez wszystkich jej bliskich. Jest to
opowieść nie tylko o tragedii i żałobie, ale też właśnie o muzyce, o tym jaki
może mieć wpływ na życie i na to jak kształtuje człowieka. Dzięki cudownej
ścieżce dźwiękowej, na widza czeka też dodatkowa porcja emocji, których w
filmie i tak nie brakuje.
No właśnie. Emocje. Zostawiłam je sobie na koniec, ponieważ
jak dla mnie to zdecydowanie najmocniejsza strona filmu. Wszystko mnie tu
zachwyciło: historia, aktorzy, muzyka, ale emocje jakie towarzyszą tej historii
po prostu powaliły mnie na kolana. O ile książka wywoływała momentami lekkie
wzruszenie, tak podczas oglądania filmu łzy są wręcz nieuniknione. Nie cierpię płakać
przy innych, dlatego dzielnie wstrzymywałam wybuch niepohamowanego płaczu, ale
w pewnym momencie po prostu nie dało się wstrzymać w sobie tak silnych emocji.
Co więcej, nawet po wyjściu z kina nie mogłam przestać myśleć o tej historii, utożsamiać
się z nią i uwolnić się od wzruszenia. I właśnie dlatego uważam, że pod pewnym względem
film przebił książkę. Po prostu rozbił mnie na kawałki.
Pytanie, czy polecam Wam film, jest więc pozbawione sensu.
Twierdzę wręcz, że MUSICIE go zobaczyć. To przepiękna opowieść o miłości, godzeniu
się ze stratą i trudnych wyborach. Choć historia dostarcza masy wzruszeń, ma
też w sobie coś ciepłego, co wywołuje chwilami błogi uśmiech. Mogłabym tak
pisać i pisać bez końca, ale myślę, że napisałam już wystarczająco wiele by Was
przekonać. Wiem, że nie jest to film, który poruszy wszystkich tak samo, a
nawet niektórym może się chwilami wydawać nudnawy, ale jest to produkcja,
której trzeba dać szansę. Jeśli więc
czujecie, że to historia dla Was i nie macie serca z kamienia, serdecznie
zapraszam do kin. Ja tym czasem czekam na wersję DVD, bo z przyjemnością
obejrzę ten film ponownie i z pewnością nie będę już ukrywała wzruszenia.
Film oparty jest na
bestsellerowej powieści Lois Lowry z 1993 roku. Opowiada historię chłopca o
imieniu Jonas, który żyje w fikcyjnym świecie bez wad. Społeczeństwo jest
szczęśliwe, a pojęcia wojny, bólu, wyboru, smutku i innych uczuć nie są mu
znane. Każdy ma przypisaną rolę i żyje według ściśle określonych zadań. W wieku
12 lat Jonas otrzymuje swoją rolę - ma zostać "Odbiorcą wspomnień".
Rozpoczyna szkolenie pod okiem byłego "Odbiorcy", starszego
człowieka, który będzie przekazywał chłopcu swoją wiedzę (tytułowy "Dawca
Pamięci"). Tym sposobem Jonas doznaje nowych uczuć i wkracza w prawdziwy
świat, gdzie nie wszystko jest tak wspaniałe. Zdaje sobie sprawę, że
społeczność, w której żyje to jedno wielkie oszustwo i w obliczu tej prawdy
musi podjąć decyzje, które zmienią jego los na zawsze.
Zwiastun:
Recenzja:
Wbrew zasadom
Jako fanka gatunku widząc zapowiedź „Dawcy Pamięci”
wiedziałam, że muszę ten film zobaczyć. Jednak ponieważ wiedziałam też, że
powstał on na podstawie powieści, sięgnęłam po nią gdy tylko się ukazała.
Wiedziałam więc czego mniej więcej mogę się spodziewać, jednak byłam pewna, że
film tylko w niewielkim stopniu będzie odwzorowywał powieść, która choć
naprawdę bardzo dobra, na film zbytnio się nie nadaje. Czekało mnie więc spore
zaskoczenie i muszę przyznać, że wierność książce nie zawsze wychodzi ekranizacji
na dobre.
Jeżeli czytaliście moją recenzję książkowego pierwowzoru,
wiecie już, o czym jest ta historia. Dla pozostałych króciutkie przypomnienie,
bo fabuła książkowa i filmowa prawie wcale się nie różnią. Bohaterem jest dwunastoletni
Jonas (choć 25-letni Brenton Thwaites wcale na dwunastolatka nie wygląda… Na
dwudziestopięciolatka z resztą też), żyjący w utopijnym świecie przyszłości,
gdzie nie ma bólu, chorób, głodu, ale nie ma też wolnej woli, a wszyscy
podporządkowują się decyzjom starszyzny. Jonas wraz ze swoimi przyjaciółmi
Fioną (Odeya Rush) i Asherem (Cameron Monaghan), oraz innymi dwunastolatkami ma
przejść ceremonię nadania zawodów, jako jedyny nie ma jednak pojęcia, co go
czeka, bo sam nawet nie wie jaki zawód chciałby wykonywać. Nieoczekiwanie
otrzymuje jednak najbardziej zaszczytne, ale wiążące się z ogromną
odpowiedzialnością i bólem stanowisko Odbiorcy Wspomnień a jego mentorem staje
się Dawca (Jeff Bridges). Poznając kolejne wspomnienia z przeszłości, które
ludzkości odebrano, chłopak zaczyna się zastanawiać czy świat, w którym żyje jest
naprawdę tak doskonały jak myślą nieświadomi mieszkańcy.
„Dawca Pamięci” jest jedną z najwierniejszych adaptacji, jakie
dane mi było obejrzeć. Zazwyczaj bardzo mnie to cieszy, bo przekręcanie faktów
i istotnych wydarzeń, dla fana książki jest naprawdę irytujące, jednak w tym przypadku
było trochę inaczej. Fabuła książki została dokładnie odwzorowana w filmie i
różni się zaledwie kilkoma detalami. Odwzorowany został też klimat powieści, w
którym nie ma cienia dynamizmu a jedynie melancholia i spokój. Choć książka
bardzo mi się spodobała i chętnie przeczytam ją ponownie, miałam nadzieję, że
twórcy filmu nieco luźniej oprą scenariusz na fabule powieści. Może pisząc to,
jestem zdrajczynią, ale pierwszy raz w życiu chciałam jakichś zmian. Tymczasem
dostałam coś do złudzenia przypominającego książkę, co jest tuż po lekturze
tyle zaletą, co wadą, bo w gruncie rzeczy nie czekało mnie w kinie absolutnie
żadne, najmniejsze nawet zaskoczenie.
Polecam wam więc bardziej książkę niż film, bo choć oba
twory są do siebie bardzo podobne to jednak powieść bardziej mnie poruszyła i
była bardziej refleksyjna. Miałam z tym wszystkim trochę kłopotu, bo mimo
podobieństwa film nie zrobił już na mnie takiego wrażenia. Nie mogę ocenić go
źle, bo historia mi się podobała, ale nie mogę podnieść też oceny w stosunku do
książki, bo to zwyczajnie już nie to samo. W dodatku powolny i kompletnie nie
emocjonujący klimat na dużym ekranie nie sprawdza się najlepiej i fanów
dystopii (nieznających książki), może zwyczajnie rozczarować, a nawet odrobinę
znudzić.
Nie chcę jednak, byście myśleli, że zniechęcam was do tej
historii, bo to kompletnie nie tak. Mimo wszystko film może się spodobać i
zdecydowanie nabiera rumieńców dzięki znakomitej obsadzie aktorskiej.
Największe wrażenie robi Jeff Bridges w roli przytłoczonego brzemieniem
wspomnień mentora. Jest to jedyna postać, którą od początku omija aura
sztuczności wyidealizowanego społeczeństwa, a za to otacza atmosfera tajemnicy
i indywidualności. Niemniejsze wrażenie robi Brenton Thwaites, którego na
ekranie widziałam pierwszy raz, ale bardzo polubiłam i z pewnością zapamiętam
jego nazwisko. Ciekawym zabiegiem było też zwiększenie w filmie roli Fiony i
Ashera. Dostali oni inne niż w książce zawody i mają w całej historii znacznie
większe znaczenie. W przypadku Fiony strasznie mi się to spodobało, został
nawet wprowadzony delikatny wątek romantyczny, którego zabrakło w powieści. Rozczarowała
mnie z kolei przemiana Ashera, który był bardzo zabawną postacią, a w filmie
wykreowano go na zwykłego sztywniaka. Zaskoczył mnie jednak fakt, że na ulotce
promującej film próżno szukać nazwiska Odeyi Rush grającej Fionę, czy Camerona Monaghana grającego Ashera. Z kolei wśród nazwisk na pierwszej stronie pojawia
się Taylor Swift grająca zaledwie maleńki epizodzik. Pewnie nie zwróciłabym na
to uwagi, gdyby nie fakt, że za nią nie przepadam, a wcześniej wymienieni
aktorzy naprawdę zasługują na wyróżnienie.
Zwiastun, choć wprowadza nieco w błąd, zapowiada dobrą w
gruncie rzeczy opowieść o sile emocji, wadze wspomnień i pozwala docenić to,
czego czasem nie dostrzegamy, choć zdecydowanie powinniśmy. W ostatecznym
rozrachunku film polecam i mam nadzieję, że wiedząc, czego się spodziewać,
odbierzecie go lepiej. Bo tak naprawdę opowiada on o życiu i naprawdę ważnych
wartościach, bez których nie jest ono wiele warte.