Wyd. Akurat | Org. Projest Hail Mary | 512 str. | 49,90 zł | Data wydania: 05.05.2021 r.
Wyprawa do odległej galaktyki
Losy całego świata
spoczywają w rękach Raylanda Grace'a, ale on... nie ma o tym pojęcia! W skutek
amnezji wywołanej śpiączką nie może sobie przypomnieć nawet własnego imienia, a
co dopiero tego, że jest członkiem samobójczej misji do innego układu
słonecznego, która ma na celu ratowanie Ziemi przed zagładą. Pozostali
członkowie załogi nie przeżyli podróży, dlatego Grace sam musi przypomnieć
sobie kim jest i co robi w kosmosie, a także odkryć jak ocalić Ziemię. Bułka z
masłem. Tylko czy da się wykonać taką misję w pojedynkę? A może Rayland wcale
nie będzie w kosmosie sam...
Gdzieś na południu,
niedaleko Lasu Płomykówek, w małej chatce na polanie mieszka przeklęta
dziewczyna. Tajemnicza moc dosłowne ścięła ją z nóg i od dziesięciu lat, nie
pozwoliła zrobić choćby jednego kroku. Wendy spędza czas na haftowaniu
mrocznych wzorów i czytaniu o odległych krainach, których sama nigdy nie
zobaczy. I wtedy w jej oknie pojawia się tajemniczy przystojny młodzieniec,
który oznajmia, że ma lek, który sprawi, że będzie mogła znowu chodzić. Jedynym
kruczkiem w umowie, jest objęcie posady menedżerki w restauracji Modropióra
Wilga, znajdującej się na odległej północy. Choć to czyste szaleństwo, Wendy
zgadza się przyjąć ofertę, ale czy nie od szaleństwa zaczynają się największe
przygody i najlepsze opowieści? Szybko okaże się jednak, że intencje przystojnego
Victora nie były tak krystalicznie jak zapewniał, a na Wendy czeka nie tylko
wielka moc, ale też ogromne niebezpieczeństwo. Czy chwytając dłoń nieznajomego,
podjęła dobrą decyzję? Jaki seret skrywa tytułowe bóstwo ptaków?
Wyd. We Need Ya | Org. Zenith |Seria Androma Tom I | 624 str. | 39,90 zł | Data wydania: 05.06.2019 r.
Dawno, dawno temu w odległej galaktyce
Mirabel…
Cała Galaktyka Mirabel drży w obawie przed Andromą Racellą,
znaną również jako Krwawa Baronowa. To kosmiczna piratka, która za odpowiednią
sumę zabije każdego i podejmie się nawet najbardziej niebezpiecznego zadania. Choć
Androma ma na sumieniu wiele istnień nie jest zupełnie pozbawiona serca. Dla niewielkiej
załogi swojego kosmicznego okrętu, jest gotowa na każde poświęcenie. Kocha swoje
towarzyszki jak własną rodzinę, a ich bezpieczeństwo jest dla niej
najważniejsze. Choć Krwawa Baronowa jest nieuchwytna i sieje postrach, daje się
złapać w pułapkę swojego największego wroga. Ten jednak zamiast ją zabić, zleca
jej niemożliwą do wykonania misję. By ochronić swoją załogę, Andi zgadza się
wypełnić zlecenie o wiele niebezpieczniejsze niż wszystkie dotychczasowe. Jakby
tego było mało ma działać ramię w ramię z byłym kochankiem, który złamał jej
serce. Jednak bohaterowie nie wiedzą jeszcze, że są tylko pionkami w
galaktycznej grze o władzę, a ich misja wywoła lawinę konsekwencji, którą
odczuje cała Mirabel.
Wyd. Driada | org. Spektrum. Leoniderne Tom I | 544 str. | 34,99 zł | Premiera: 29.11.2017 r.
Tajemnicze sny, ukryte moce i
burza leonidów
Czasem koszmary bywają bardzo rzeczywiste. Ale co, jeśli
nagle zaczynają przenikać do rzeczywistości? Nastoletniej Emi zaczynają śnić
się niepokojące rzeczy. W jednym z jej koszmarów pojawia tajemniczy chłopak o
niesamowicie turkusowych oczach, którego szkicuje tuż po przebudzeniu. Jak to
możliwe, że następnego dnia Emi spotyka go w szkole? I dlaczego w momencie gdy
chłopak ze snu i jego siostra bliźniaczka pojawią się w świecie Emi, nagle
zaczynają się dziać całkowicie niepojęte rzeczy?
Wyd. Feeria Young | Org. Alight, Tom 2 | 488 str. | 39,90 zł | Premiera: 14.06.2017 r.
Robinsonowie nieznanego lądu
Od momentu kiedy M. Savage otworzyła oczy i odkryła, że jest
uwięziona w trumnie nie opuszcza jej strach i ciągłe poczucie zagrożenia. Choć ona
i reszta urodzinowych dzieci, są ŻYWI zaledwie od kilku dni, przeżyli więcej mrożących
krew w żyłach przygód, niż my wszyscy
razem wzięci. Po krwawej bitwie, poznaniu okrutnej prawdy o Starszych i
brawurowej ucieczce, nadchodzi czas na nowe wyzwanie- Omeyocan- planetę, która
ma stać się ich nowym, a zarazem pierwszym prawdziwym domem.
Avalon, to statek kosmiczny, który ma dotrzeć do nowej,
niezamieszkanej jeszcze planety. 5000 śmiałków decyduje się odbyć 120-letnią
podróż, której celem jest kolonizacja nowej ziemi, ale także zupełnie nowy
początek i wielka przygoda. Lot w nieznane bez możliwości powrotu do tego, co
było wymaga nie tylko odwagi, ale i ogromnych pieniędzy, choć dla niektórych
zaczęcie wszystkiego od nowa jest warte każdej ceny.
Każdy bez
wyjątku zastanawia się jak będzie wyglądał nasz świat za kilka, kilkanaście czy
kilkadziesiąt lat. Temat ten stał się na tyle popularny, że stworzył własny
gatunek literacki, a autorzy wręcz prześcigają się w pomysłach. Wiele zostało
już powiedziane w tej kwestii, jednak mi ciągle brakowało czegoś na wskroś naszego,
ukazującego Europę w dystopijnej szacie. Naprzeciw moim wymaganiom wyszła Monika
Błądek, tworząc niepokojącą wizję przyszłości ukazującą nasze rodzime podwórko.
Wyd. Feeria Young | 384 str. | 34,90 zł |02.06.2016 r.
Jeśli nie wiesz kim jesteś,
stwórz siebie na nowo
Sala pełna zamkniętych trumien. W części z nich- wyschnięte
ciałka małych dzieci. W pozostałych budzący się po długim śnie młodzi ludzie,
którzy nie dość, że przerażeni i zdezorientowani, są całkowicie pozbawieni
wspomnień. Są pewni tylko jednego, dziś ich dwunaste urodziny, jednak jedyna
rzecz, której są naprawdę pewni, również poddana jest pod wątpliwość, bo choć
czują się dziećmi, bez wątpienia mają dorosłe ciała. Kim tak naprawdę są? Kto i
dlaczego pogrzebał ich żywcem? Czy mogą komukolwiek zaufać? I jakie
niebezpieczeństwa czyhają za zamkniętymi drzwiami?
Wydawnictwo Akurat | 400 str. | 34,90 zł PREMIERA: 13 kwietnia 2016 r.
Usiądź wygodnie i zapnij pasy.
Rozpoczyna się wyścig…
Czytaliście kiedyś książkę o wyścigach samochodowych? Być
może. Jednak czy czytaliście o wyścigach samochodowych w kosmosie? Z pewnością
nie. Wyobraźcie więc sobie rozpędzone
maszyny i ryk silników, dodajcie do tego międzyplanetarne imperium i nastolatkę
wplątaną w wielką polityczną intrygę. Co może z tego wyniknąć?
Alex, Jenny i Marco przeżyli rzeczy o jakich innym nawet się
nie śniło. Widzieli upadek cywilizacji, odnaleźli się w innym wymiarze, udało
im się przetrwać koniec świata w mistycznym świecie zbudowanym ze wspomnień. W końcu
odrodzili się w nowej cywilizacji, rozpoczynając życie po raz kolejny. Miejsce,
w którym się znaleźli jest bezpieczną ostoją, nieświadomi swoich poprzednich
wcieleń mogliby tam wreszcie przeżyć życie w spokoju i szczęściu. Nie dane im
będzie jednak długo cieszyć się normalnością. Dzięki strzępkom wspomnień Marco
odkrywa, kim tak naprawdę jest on i jego przyjaciele. W innym wszechświecie
znajduje się osoba, która podobnie jak oni, potrafi podróżować między
równoległymi rzeczywistościami. Ta sama osoba
w innym wymiarze uczyniła z Alexa i Jenny króliki doświadczalne i nie zawaha
się przed niczym by zawładnąć całym Multiwersum. Chyba, że ktoś w porę ją
powstrzyma.
Straszliwa
burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark
Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark
odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez
wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez
łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i
sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawyratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal
natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody
i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o
przetrwanie, w której równie ważną rolę co naukowa wiedza, zdolności techniczne
i pomysłowość odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania
dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…
org. "Self/ Less"/ reż. Tarsem Singh/ 116 min./ 2015 r.
Opis:
Wiekowy multimilioner dzięki osiągnięciom współczesnej medycyny przenosi
swoją świadomość do ciała zdrowego, młodego człowieka. Choć operacja przebiega
pomyślnie, mężczyznę zaczynają nawiedzać koszmarne wspomnienia związane z
tajemniczą przeszłością dawcy. Musi odkryć jego tożsamość i dowiedzieć się
dlaczego komuś tak bardzo zależy na jego śmierci.
Gdy okazuje się, że nasz czas na Ziemi dobiega końca, zespół
odkrywców wyrusza na najważniejszą misję w dziejach ludzkości. Badacze
podróżują poza granice naszej galaktyki, aby przekonać się, czy rasa ludzka ma
szansę przetrwać wśród gwiazd.
Zwiastun:
Recenzja:
Melancholia,
grawitacja
i pięciowymiarowa rzeczywistość
„Interstellar” od początku przejmował mnie pewnym
niepokojem. Bite trzy godziny i niezbyt emocjonujący zwiastun z dramatyczną
muzyką. Do tego science fiction, które wciąż nie do końca rozumiem i nie
potrafię pokochać. A jednak po raz kolejny bardzo się pomyliłam w ocenie i
wiem, że nie powinnam jej wystawiać przed seansem. A teraz sama nie wiem czy
będę w stanie oddać niezwykłość tego filmu, tak byście i Wy się do niego
przekonali.
Oscar Wilde powiedział, że „wszyscy jesteśmy w rynsztoku, ale niektórzy z nas patrzą w gwiazdy”.
I choć wiem, że nie te słowa są mottem filmu, to idealnie odzwierciedlają to,
co się w nim dzieje. Świat nieubłaganie zmierza ku zagładzie. Brak deszczu,
burze pyłu i choroby niszczące plony. W obliczu potęgi natury technika jest się
bezradna i bezużyteczna. Priorytetem staje się wyżywienie głodującej ludności,
dlatego wszelkie środki lokowane są w rolnictwo. Powoli cała nasza cywilizacja
zaczyna zanikać. Nie ma już nowoczesnych sprzętów medycznych, nieliczne
uniwersytety niechętnie rekrutują studentów. Zamknięto nawet NASA, a loty
kosmiczne uznano za bzdurę i propagandę.
W tym pogrążonym w chaosie świecie, na pewnej farmie mieszka
jednak człowiek, który nie zgadza się z bezmyślnym zatracaniem wszelkich
osiągnięć ludzkości. Były pilot i inżynier, pracujący niegdyś dla NASA, dzięki
grawitacyjnej anomalii w pokoju córki, odkrywa, że nie wszystko jest jeszcze
stracone. Wkrótce pozna ludzi, którzy wciąż wierzą, że gdzieś wśród gwiazd
czeka na nas ratunek. Ryzykując wszystko wyruszają na wyprawę do nowej
galaktyki, w nadziei na ocalenie ludzkości.
„Patrząc w niebo, rozmyślaliśmy o naszym miejscu wśród
gwiazd.
Teraz patrzymy pod stopy i martwimy się o miejsce na ziemi.”
Zatrzymajmy się może na chwilę przy tym, co tak bardzo mnie
przerażało zanim weszłam na kinową salę. Czas. Film trwa niespełna trzy godziny,
co wydawało mi się istną katastrofą, a stało się wybawieniem dla obrazu. Nie da
się ukryć, że to naprawdę długo i jeśli pójdziecie do kina nastawieni na intergalaktyczną
przygodę rodem ze „Strażników Galaktyki” z pewnością niemiłosiernie się
wynudzicie. „Interstellar” reprezentuje bowiem zupełnie inny poziom i choć
przynależy do tego samego gatunku czyli science fiction, ma bardziej
psychologiczny wydźwięk i próżno tu szukać ekscytujących i pełnych napięcia
scen akcji. Dominuje tu napięcie zupełnie innego rodzaju. Widz skupia się na
niezwykłej, przekraczającej horyzonty wyobrażeń tajemnicy wszechświata,
wszystko inne zostaje zepchnięte w kąt, a czas okazuje się kluczowy dla
zrozumienia całości.
Film nie obfituje w akcję, brakuje też jednoznacznej
rozrywki. Seans polega głównie na myśleniu i emocjach. Jest w nim mnóstwo
spokoju, ale też napięcia o to, jak dalej potoczy się misja. Sam czas, o którym
wcześniej wspomniałam, jest tu pojęciem względnym. Znane nam prawa fizyki
przestają obowiązywać, a zastępują je nowe, które często trudno pojąć, ale nie
sposób się nimi nie zafascynować. Ciekawostką jest fakt, że „Interstellar” nie
opiera się wyłącznie na wyobraźni scenarzysty. Film oparty jest na teorii
naukowej opracowanej przez fizyka z Caltech Kipa Thorne'a, co tylko dodaje mu
wiarygodności, a co za tym idzie niezwykłości.
Obok niespodzianek, które kryje wszechświat, a także
zagrożeń, z którymi boryka się nasza planeta, film ukazuje także inne, bardziej
przyziemne problemy. Jest to opowieść o samotnym rodzicielstwie, o trudnych
relacjach między pokoleniami i o tym jak ciężko jest wytłumaczyć dziecku swoje
decyzje i motywy działania. Jest to także historia o ogromnym poświęceniu i próbie
uratowania tych, których kochamy najbardziej. Przede wszystkim ważna jest tu
jednak miłość, która wskazuje drogę nawet wśród odległych galaktyk.
Początkowo nie do końca podobało mi się to, jak film został
zrealizowany. Brakowało mi tu czegoś bardziej widowiskowego, jakiejś szerszej
perspektywy. Dostajemy bowiem masę zbliżeń i długich scen, w których wydawać by
się mogło, że nie dzieje się praktycznie nic. Do tego bark tu dbałości o
detale, a na ekranie pojawia się często to samo kiepskie ujęcie kadłuba statku.
Jednak o to właśnie chodzi w tym filmie. Nie oglądamy bajkowych kosmicznych
obrazków, twórcy nie zaspokajają całkowicie naszej ciekawości dotyczącej
równoległych galaktyk. Widzimy jednak z bardzo bliska wszystkie emocje
bohaterów, bo to oni są tutaj najważniejsi. Nie jest ich wielu, nie wykonują
niezwykłych akrobacji, to co się tutaj liczy, to sekret wszechświata i ludzie,
którzy go odkrywają. Reszta jest zaledwie tłem, na które szczerze mówiąc nie bardzo
zwraca się uwagę.
Kluczem do filmu stają się więc aktorzy, a spotkałam się z
bardzo krytycznymi opiniami, które się do nich odnoszą. Matthew McConaughey
grający głównego bohatera Coopera, został przez niektórych dosłownie zrównany z
ziemią. Uznali bowiem, że aktor występujący w komediach romantycznych z zasady
nie nadaje się do tak poważnej roli. Naprawdę nie wiem, jak po obejrzeniu filmu
można tak nadal myśleć. Matthew był najjaśniejszym punktem w całym filmie.
Podczas gdy wokół niego nie działo się kompletnie nic godnego uwagi i tak
potrafił samym sobą wypełnić całą przestrzeń i zapewnić widzowi niesamowite
emocje. Wszystkie elementy, dzięki którym w oczach wielu kobiet został jednym z
najlepszych aktorów, zostały skrupulatnie ukryte pod kombinezonem kosmonauty.
Jedyne czym dysponował to mocno ograniczone gesty mimika i głos, a mimo to nie
tylko dał radę, ale też w moich oczach zagrał najlepszą rolę swojego życia.
Anne Hathaway, choć jest niesamowitą aktorką, wypadła więc
przy nim nieco blado i już nie tak niezapomnianie. Mimo to jednak też mnie do
siebie przekonała i udowodniła, że potrafi zagrać każdą rolę. Nie tylko
księżniczki, złej czarownicy czy zakochanej nastolatki, ale też dużo
poważniejsze, takie jak doktor Brand.
Twórcy filmu kupili mnie już w pierwszej sekundzie jego
trwania pokazując półki wypchane po brzegi książkami. Potem jednak, kiedy
okazało się, że owe półki odrywają fundamentalną rolę w całym filmie, kupili
mnie już całkowicie. Nie mogę powiedzieć, że polecam ten film wszystkim. Choć
jest niesamowicie fascynujący, jest też przede wszystkim dosyć skomplikowany i
trudny. Wymaga od widza bezgranicznego skupienia i wyciszenia. Jest to
propozycja dla osób wytrwałych i psychicznie dojrzałych, a także dla tych,
którzy szukają czegoś więcej niż bezsensownej ganianiny i ciągłych eksplozji.
Mimo że film jest dosyć wymagający, jest też chyba najbardziej przemyślanym,
pełnym i kompletnym dziełem z jakim miałam ostatnio do czynienia. Strasznie
dziwię się wszystkim, którzy zdecydowali opuścić kino w połowie seansu, bo
nawet nie dali sobie szansy odkrycia jego niezwykłości. Fabuła zatacza pełne
koło i udowadnia, że nic nie jest przypadkowe, a stwierdzenie, że wszystko
dostało zapisane w gwiazdach nabiera zupełnie nowego znaczenia. Pozostawia
widza oszołomionego i pełnego sprzecznych myśli, ale też niezaprzeczalnie z
poszerzonymi horyzontami. To film, o którym można naprawdę dużo dyskutować i
odkrywać go wciąż na nowo. Wiem, że nie na wszystkich zrobi on takie wrażenie
jak na mnie, ale naprawdę Wam tego życzę. Tymczasem zabieram się za obejrzenie „Grawitacji”,
do której „Interstellar” jest porównywany. Zobaczymy,
co z tego wyniknie, tym bardziej, że moje oczekiwania stokrotnie się
zwiększyły.
Zuchwały
awanturnik Peter Quill kradnie tajemniczy artefakt stanowiący obiekt pożądania
złego i potężnego Ronana, którego ambicje zagrażają całemu wszechświatowi.
Chcąc uniknąć gniewu Ronana, Quill zmuszony jest zawrzeć niewygodny sojusz z
czterema niemającymi nic do stracenia outsiderami: Rocketem – uzbrojonym
szopem, Grootem – drzewokształtnym humanoidem, śmiertelnie niebezpieczną i
tajemniczą Gamorą i żądnym zemsty Draxem Niszczycielem. Kiedy główny bohater
odkrywa prawdziwą moc artefaktu i zagrożenie, jakie stanowi on dla kosmosu,
musi zmobilizować swoich niesubordynowanych towarzyszy do ostatniej bitwy, od
której zależą losy galaktyki.
Zwiastun z dubbingiem:
Zwiastun z napisami:
(Ja wybrałam się na napisy i to własnie je polecam bardziej)
Recenzja:
Gwiezdne wojny na wesoło
Jeśli mam być szczera, oglądając po raz pierwszy zwiastun
„Strażników Galaktyki”, nie byłam wcale zachwycona. Zaciekawiła mnie jedynie
wpadająca w ucho muzyka, ale zarówno historia jak i humor raczej nie powaliły
mnie na kolana. Nie miałam, więc w kinowych planach na sierpień tego właśnie
filmu. Potem jednak, wraz z premierą, jak fala przypływu, zaczęły mnie zewsząd
atakować bardzo pozytywne recenzje i inne pieśni pochwalne. Tak się składa, że
jestem bardzo podatna na wpływ innych, a akurat bardzo potrzebowałam czegoś, co
nieźle by mnie rozbawiło i postanowiłam zaryzykować, spontanicznie rezerwując
bilet. Czy się opłaciło?
Na samym początku opowieści poznajemy w szpitalu małego
Petera Quilla. Chłopiec jest zagubiony i osamotniony, stara się odciąć od
otaczającego go świata słuchając muzyki ze swojego walkmana. Nie ma się, co
dziwić jego mama właśnie umiera w szpitalnej sali, a on nie może się z tym
pogodzić. Zrozpaczony Peter ucieka z kliniki i nagle… zostaje porwany przez
statek kosmiczny. Tego, co wydarzyło się później dowiadujemy się jedynie z
kontekstu wypowiedzianych zdań i strzępków rozmów. Po dwudziestu latach Peter (Chris Pratt) jest znanym pod pseudonimem Star-Lord złodziejaszkiem. Cóż przynajmniej
chciałby być znany, lecz niestety nikt go nie kojarzy. Jego najnowsza misja to
zdobycie Globu (nie pytajcie mnie, czym jest ten przedmiot, nawet Peter
„Star-Lord” tego nie wie), jednak ma zgarnąć za niego niezłą fortunę. Nie on
jeden na niego poluje. Na jego tropie jest także Gamora (Zoe Saldana)-
adoptowana córka mrocznego lorda Kree, z kolei poszukiwanego listem gończym
Quilla chce złapać zmutowany szop Rocket (Bradley Cooper- głos) i jego… drzewo,
Groot (Vin Diesel- głos). Nieoczekiwanie cała czwórka trafia do więzienia, lecz
to dopiero początek problemów. Ronan (Lee Pace) jest wściekły z powodu zdrady Gamory i chce
zdobyć glob za wszelką cenę. Teraz cała czwórka, wraz z poznanym w więzieniu Draxem
(Dave Bautista), mimo wzajemnej niechęci, muszą zjednoczyć siły by dokonać
niemożliwego i ocalić galaktykę.
Wszystkie recenzje, bezspornie obwieszczały, że to
najśmieszniejszy film roku. I choć zawsze wydawało mi się, że jestem raczej
osobą wesołą i z poczuciem humoru, to sceny, które naprawdę mnie rozbawiły,
mogę zliczyć na palcach jednej ręki. Przyznaję, że trafiały się momenty kiedy
faktycznie nie dało się nie wybuchnąć śmiechem, ale większość żartów (głównie
na początku) była w moim odczuciu drętwa. A może po prostu ja jestem drętwa?
Nie wiem, w każdym razie to nie był w 100% mój typ dowcipów i choć uśmiech
towarzyszył mi często, to nie był to raczej śmiech do łez jak wszyscy
zapowiadali.
Za to postacie są istną kwintesencją gatunku. Barwni,
wielowymiarowi, z przeszłością i tajemnicami. Dajmy na to, taki Peter-
klasyczny dupek, z obsesją na punkcie swojego walkmana, ale po prostu nie można
go nie polubić. Gamora, też pozytywnie mnie zaskoczyła, bo jak na (początkowo)
negatywną bohaterkę, znalazło się w niej zaskakująco dużo dobra. Rocket może
nie zawsze trafiał z dowcipami w mój gust, a głos Coopera jakoś nie do końca mi
do niego pasował, to i tak wzbudził moją ogromną sympatię. Jednak jak to ja,
najlepszych pozostawiam na koniec. Drax- poznany w więzieniu mięśniak, bardzo
prostolinijny i kompletnie nierozumiejący metafor, był chyba jedną z
najzabawniejszych postaci, głównie dzięki temu, że nie starał się być na siłę
śmieszny. No i mój ulubieniec, czyli Groot! Groot to drzewo, które zna trzy
słowa, którymi wyraża swoje wszystkie emocje, jednocześnie jest najbardziej
pozytywną i nieobliczalną postacią. Rozbawiał mnie i rozczulał na przemian, a
moje serce zdobył już od pierwszej sceny ze swoim udziałem!
Jak już się zapewne domyśliliście, film nie powalił mnie na
kolana, więc zamiast rozpływać się nad wszystkim, mogłam dostrzec kilka rzeczy,
na które żaden normalny człowiek raczej nie zwrócił by uwagi. (Teraz będę się
czepiać) Czarny charakter- Ronan był jak dla mnie skrzyżowaniem Lorda Vadera z
„Gwiezdnych wojen” (wygląd) i Xerxesa z „300: Początek imperium” (zachowanie).
Sami Strażnicy Galaktyki wydali mi się bardzo podobni do drużyny z „Herculesa”,
kostiumy i charakteryzacja, kojarzyła mi się z tą zaprezentowaną w Panem w
„Igrzyskach Śmierci”, a cały kosmiczny klimat w pewnym momencie przypomniał mi
„Grę Endera” a nawet pewien dosyć stary film s-f, bodajże „Pluto Nash”. „Strażnicy Galaktyki” są jednak komedią, więc wcale bym się nie zdziwiła, gdyby te
podobieństwa były celowe i miały charakter lekkiej parodii. Zresztą, nie jestem
fanką, nie czytam komiksów, co ja w ogóle mogę o tym wiedzieć? ;-)
Żeby nie było, że film kompletnie nie przypadł mi do gustu,
dodam jeszcze, że oprócz postaci, bardzo spodobała mi się sceneria i
charakteryzacja. Sama opowieść ma bardzo dobre tempo i nie raz zaskakuje, a
optymistyczna muzyka nie pozwala się smucić nawet w dramatycznych momentach.
Czy więc polecam? Czemu nie, biorąc pod uwagę recenzje, jestem bardziej niż
pewna, że większość z Was, będzie zachwycona. Pamiętajcie jednak, by zostać w
kinie do samego końca, bo jak zwykle w Marvelu, tak i tu jest bonusowa scena po
napisach. Jest to jednocześnie zapowiedź kolejnej części, którą chętnie zobaczę,
kiedy już się ukaże, bo wiele intrygujących wątków nie zostało opowiedzianych
do końca.
Ludzkość próbuje dojść do siebie po wydarzeniach, które
miały miejsce w ostatnim czasie. Zarówno Autoboty jak i Decepticony praktycznie
zniknęły z naszej planety. Mimo to nie wszyscy zapomnieli o ich istnieniu.
Grupa naukowców i biznesmenów stara się, jak najwięcej dowiedzieć o technologii
Transformersów, co często popycha ich do przekraczania granic, których nigdy
nie powinni naruszać. Tymczasem na Ziemię powracają Decepticony i ponownie
rozpoczyna się walka dobra ze złem.
Zwiastun:
Recenzja:
Samochody,
dinozaury i koniec świata
Nigdy nie ukrywałam, że motoryzacja to nie moja bajka, jednak
jakimś cudem zakochałam się w „Need for speed” do tego lubię dystopie i całkiem
podobały mi się poprzednie części „Transformersów”, dlatego i na najnowszej,
czwartej już części nie mogło mnie zabraknąć.
Zabawny Sam Witwicky, to już historia, tym razem bohaterem
filmu jest Cade Yeager (Mark Wahlberg)- mieszkający wraz z córką Tessą (Nicola Peltz) na teksańskiej farmie mechanik i wynalazca. Niestety skup złomu i masa
kompletnie niepotrzebnych wynalazków nie przynosi mu zbyt dużych zysków. Cade
tonie w długach, lada dzień może stracić dom, a jego relacje z córką stają się
wyjątkowo napięte. Wszystko zmienia się gdy Yeager kupuje starą ciężarówkę. Na
pierwszy rzut oka to kolejny grat w jego licznej i całkowicie bezwartościowej
kolekcji. Jednak tylko pozornie. Szybko okazuje się, że mężczyzna znalazł
Transformera. I to nie byle jakiego a ukrywającego się Optimusa Prime’a.
W tym miejscu należy wyjaśnić kilka kwestii. Ziemia nie jest
już miejscem przyjaznym dla Transformersów. Ponieważ pojawienie się obcych
zapoczątkowało wojnę, władze postanawiają pozbyć się ich z naszej planety.
Podział na „dobrych” i „złych” już nie obowiązuje, a wszystkie Transformery-
nie ważne czy to wrogie Deceptikony czy dawni sojusznicy Autoboty- są brutalnie
unicestwiane przez tajną jednostkę o nazwie Pustynny Wiatr. Jednocześnie pewna
grupa naukowców stara się dowiedzieć jak najwięcej o przybyszach z kosmosu i
stworzyć na ich podobieństwo własną armię. Ale Transformersom zagrażają nie
tylko ludzie. Poszukuje ich również Lockdown, łowca nagród z innego świata i
nie spocznie dopóki nie dostanie tego, czego chce.
Wątek Cade’a i jego córki bardzo mi się spodobał, choć nie
da się ukryć, że podobny był już obecny w poprzednich częściach. Mimo wszystko
został przedstawiony ciekawie, ich wzajemne relacje i niechęć Cade’a do
chłopaka córki wypadły bardzo realistycznie i w równym stopniu zabawnie co
przejmująco. Właśnie dlatego pierwsza część filmu, kiedy ich poznajemy była w
moim odczuciu ciekawsza. Później, kiedy do akcji wkraczają maszyny i akcja
przyjmuje bardziej militarny obrót już w mniejszym stopniu wczuwałam się w
fabułę. Nic więc dziwnego, że po skończonym seansie ja mówiłam o zabawnych i
uroczych scenach między bohaterami, a mój chłopak- o najnowszych modelach aut.
Jak widać twórcy filmu, chcieli stworzyć dzieło dla każdego, choć udało im się
to tylko w pewnym stopniu.
Jak dla mnie film został zwyczajnie przekombinowany. Po pierwsze-
mimo iż mi się podobał, jak dla mnie był zdecydowanie zbyt długi. Akcja jest
bardzo dynamiczna i mknie nieprzerwanie jednak nie potrafiłam się w nią dostatecznie
wciągnąć i w efekcie ciągłe wybuchy i niespodziewane ataki stały się nieco
męczące. Praktycznie cała druga część filmu to jeden wielki obraz zniszczenia.
Nie ma się czemu dziwić- zapowiada to już sam tytuł, jednak nie jest to do
końca ten typ akcji który preferuję. Najbardziej w tym wszystkim spodobały mi
się dinoboty. Swoją drogą, wiedzieliście, że dinozaury wcale nie wyginęły w
skutek uderzenia asteroidy, a właśnie przez pojawienie się Transformersów?
Warto zwrócić jednak uwagę na jeden bardzo ciekawy wątek,
poruszony już między innymi w świetnym filmie „Transcendencja”. Mam tu na myśli
niebezpieczną granicę między postępem a przekroczeniem wszelkich barier
moralnych. Czasem to właśnie człowiek okazuje się najbardziej nieludzką z
istot, a cytując słowa bohatera filmu: „Niektóre rzeczy nie powinny zostać
wynalezione”.
Na uwagę zasługuje też muzyka, która była świetnie
dopasowana do tego, co aktualnie działo się na ekranie. Niestety zabrakło tym
razem Linkin Park, ale zespoły zostały dobrane tak, by różnica była prawie
niezauważalna.
Koniec końców film polecam, bo wierzę, że spodoba się fanom
serii i motoryzacji. Sama jednak nic nie poradzę na to, że to nie do końca moje
klimaty. Znacznie bardziej preferuję fantastykę, dlatego z niecierpliwością
wypatruję weekendu i kolejnego filmu czyli „Herculesa”.
Jest rok 2070,
czterdzieści lat po nieudanej inwazji obcych zwanych Formidami. Trwają
poszukiwania tych, którzy mogliby poprowadzić Ziemian do zwycięstwa na wypadek
powrotu najeźdźców. Władze w sekrecie prowadzą rygorystyczny nabór dzieci i
najlepsze z nich wysyłają do orbitalnej szkoły bojowej, gdzie te spędzą
dzieciństwo, szkoląc się na przyszłą elitę wojenną w przestrzeni kosmicznej. Do
programu szkoleń zostaje włączony młody Ender Wiggin. Chłopiec walczy o swoje
człowieczeństwo, pomimo ciągłej rywalizacji z innymi dziećmi, presji, rozgrywek
pomiędzy dowództwem oraz tajemniczego wpływu ze strony obcych. Nad szkoleniem
Endera czuwa weteran poprzedniej wojny z obcymi, Mazer Rackham, który
szczęśliwym zbiegiem okoliczności odparł wówczas atak na Ziemię. Wyczerpujące
bitwy pomiędzy uczniami doprowadzają młodego geniusza na szczyt rankingów
szkoły, ale prawdziwa walka odbywa się poza salą treningową - walka o życie,
walka z własnymi demonami, walka o ludzkość.
Zwiastun:
moja rada:wystrzegajcie się dubbingu jak ognia!
„Nie jesteś
pierwszym. Ale będziesz ostatnim…”
Świat przyszłości fascynuje nie od dziś. To jak będzie
wyglądała nasza planeta za kilkadziesiąt lat to temat stale aktualny i świeży.
Powstały setki wizji przyszłości od utopi po dystopie. Pełne nowoczesnej
technologii i rzeczy nieosiągalnych dla nas. Swoją wersję nowego świata
stworzył również Orson Scott Cardw
bestsellerze „Gra Endera”.Film o tym
samym tytule zagościł w naszych kinach już jakiś czas temu, ale dopiero teraz
dane było mi go obejrzeć. Choć science fiction to nie moja bajka, to po
fenomenalnym zwiastunie byłam gotowa zainwestować w bilet od razu. Byłam i
widziałam. A jakie są wrażenia?
Powiem szczerze, ze początkowo miałam niemałe problemy z
wczuciem się w akcję. Wszystko było dziwne inne i nowe. Nie bardzo
rozumiałam, co się dzieje, ale mając w pamięci zwiastun liczyłam, że w końcu
zrozumiem. W końcu pojęłam, jednak nie wkręciłam się w opowieść tak jak
powinnam. 90% całego filmu skupia się wokół szkolenia grupy dzieci na
zawodową armię, która jest ostatnią nadzieją Ziemi na pokonanie
zagrażających nam obcych. Dlaczego dzieci? Chyba chodzi o to, że „nowy
model żołnierza” jak to zostało ładnie nazwane, miał być doskonale wytresowany
od podstaw. A dziecko dużo łatwiej ukształtować na swoją modłę. Brygada
szkoleniowa zapomniała jednak, że dziecko, w dodatku GENIALNE dziecko, też ma
swój rozum i może mieć własne zdanie.
Film skupia się właśnie na poszukiwaniu takiego „genialnego
dziecka”. Dziecka, które będzie w stanie poprowadzić armię ku chwale. Takim
właśnie małoletnim geniuszem okazuje się Andrew Wiggin zwany Enderem. Cała
kadra od początku ma na niego oko i robi wszystko by przygotować do roli przywódcy.
Jak szybko się okazuje Ender w swym rozumowaniu przerasta nawet nauczycieli, którzy stale starają się manipulować jego losem lecz do czego to doprowadzi dowiemy się dopiero na końcu.
Osobny akapit należy się też wspomnianym obcym, którzy
totalnie mnie zaskoczyli. Słysząc słowo UFO mam w umyśle obraz małego
zielonego stworka, jaki zazwyczaj jest nam serwowany. Tak się po prostu utarło.
Byłam przygotowana na wszystkie potworności o dziwnych kształtach , tym większe
było moje zdziwienie gdy okazało się, że w kosmicznej bitwie przyszło nam walczyć
z… Robalami. Oryginalne i niecodzienne rozwiązanie, ale Robale w kosmosie?
Jakoś mnie to nie przekonało.
Moje ogólne niezrozumienie niektórych faktów może wynikać z nieznajomości
książkowego pierwowzoru. Nie mogę, więc porównać czy odwzorowanie było
wierne czy też nie. Wiem jedynie, że książkowy Ender był znaczne młodszy od filmowego, bo miał
zaledwie 6 lat. O ile w książce to przeszło i wyszło podobno świetnie, tak w
filmie niestety już by się nie sprawdziło. Jednak Asa Butterfield jako Ender poradził sobie z mojego
subiektywnego punktu widzenia naprawdę dobrze. Co innego Harrison Ford, który nie przekonał mnie do swojej
postaci zupełnie. Reszta aktorów grała na naprawdę przyzwoitym poziomie, więc
nie mogę się przyczepić.
Filmu nie da się nie porównywać do znanych „Igrzysk śmierci”. Tam też
grupa dzieci ma stoczyć bitwę. Różnica jest jednak taka, że w „Igrzyskach…”dzieciaki mają pozabijać się nawzajem jedynie dla uciechy tłumu. W „Grze…”natomiast
dzieci walczą razem przeciw wspólnemu wrogowi. Cel niby bardziej szczytny, lecz
jak się okazuje, tak samo bezcelowy jak tamten. Trzeba jednak nam, ludziom, przyznać,
że choć wciąż walczymy o pokój na świecie to nic tak nie cieszy jak oglądanie
małych dzieci zmagających się ze śmiercią. Czy to nie dziwne? ;)
Akcja filmu rozwija się strasznie powoli. Owszem mamy kilka
dynamiczniejszych momentów, jednak to dopiero ostatnie 30 minut zaważyło na
tym, że z przeciętnego film stał się fajny. Jeśli liczycie na dynamiczną okołokosmiczną
produkcję ze świetnymi efektami, możecie się nieco zdziwić. Jeśli jednak nie
nudzi was czekanie na rozwój akcji, lub po prostu lubicie ten typ filmu, to nie
ma przeciwwskazań do oglądania. Dla przykładu: mój stały towarzysz kinowy
wyszedł z seansu bardzo zadowolony. Może więc puenta jest taka, że to produkcja
raczej dla męskiej części społeczeństwa, dla fanów sf lub tych którzy pokochali
książkę. Nie wiem. Ja chętnie obejrzę część drugą, by dowiedzieć się, co też
jeszcze Ender wymyśli, ale nie sądzę bym powróciła w najbliższym czasie do
części pierwszej. Ocena zostaje więc raczej neutralna a wybór pozostawiam Wam.