Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

31 maja 2021

"Projekt Hail Mary"- Andy Weir

Wyd. Akurat | Org. Projest Hail Mary | 512 str. | 49,90 zł | Data wydania: 05.05.2021 r.

 Wyprawa do odległej galaktyki

 

Losy całego świata spoczywają w rękach Raylanda Grace'a, ale on... nie ma o tym pojęcia! W skutek amnezji wywołanej śpiączką nie może sobie przypomnieć nawet własnego imienia, a co dopiero tego, że jest członkiem samobójczej misji do innego układu słonecznego, która ma na celu ratowanie Ziemi przed zagładą. Pozostali członkowie załogi nie przeżyli podróży, dlatego Grace sam musi przypomnieć sobie kim jest i co robi w kosmosie, a także odkryć jak ocalić Ziemię. Bułka z masłem. Tylko czy da się wykonać taką misję w pojedynkę? A może Rayland wcale nie będzie w kosmosie sam...

13 kwietnia 2021

„Sekret bóstwa ptaków”- Mimi Noxa


 Najbarwniejsza historia w całej galaktyce 

Gdzieś na południu, niedaleko Lasu Płomykówek, w małej chatce na polanie mieszka przeklęta dziewczyna. Tajemnicza moc dosłowne ścięła ją z nóg i od dziesięciu lat, nie pozwoliła zrobić choćby jednego kroku. Wendy spędza czas na haftowaniu mrocznych wzorów i czytaniu o odległych krainach, których sama nigdy nie zobaczy. I wtedy w jej oknie pojawia się tajemniczy przystojny młodzieniec, który oznajmia, że ma lek, który sprawi, że będzie mogła znowu chodzić. Jedynym kruczkiem w umowie, jest objęcie posady menedżerki w restauracji Modropióra Wilga, znajdującej się na odległej północy. Choć to czyste szaleństwo, Wendy zgadza się przyjąć ofertę, ale czy nie od szaleństwa zaczynają się największe przygody i najlepsze opowieści? Szybko okaże się jednak, że intencje przystojnego Victora nie były tak krystalicznie jak zapewniał, a na Wendy czeka nie tylko wielka moc, ale też ogromne niebezpieczeństwo. Czy chwytając dłoń nieznajomego, podjęła dobrą decyzję? Jaki seret skrywa tytułowe bóstwo ptaków?

18 września 2019

„Zenith”- Sasha Alsberg, Lindsay Cummings

Wyd. We Need Ya | Org. Zenith |Seria Androma Tom I | 624 str. | 39,90 zł | Data wydania: 05.06.2019 r. 

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce Mirabel…

Cała Galaktyka Mirabel drży w obawie przed Andromą Racellą, znaną również jako Krwawa Baronowa. To kosmiczna piratka, która za odpowiednią sumę zabije każdego i podejmie się nawet najbardziej niebezpiecznego zadania. Choć Androma ma na sumieniu wiele istnień nie jest zupełnie pozbawiona serca. Dla niewielkiej załogi swojego kosmicznego okrętu, jest gotowa na każde poświęcenie. Kocha swoje towarzyszki jak własną rodzinę, a ich bezpieczeństwo jest dla niej najważniejsze. Choć Krwawa Baronowa jest nieuchwytna i sieje postrach, daje się złapać w pułapkę swojego największego wroga. Ten jednak zamiast ją zabić, zleca jej niemożliwą do wykonania misję. By ochronić swoją załogę, Andi zgadza się wypełnić zlecenie o wiele niebezpieczniejsze niż wszystkie dotychczasowe. Jakby tego było mało ma działać ramię w ramię z byłym kochankiem, który złamał jej serce. Jednak bohaterowie nie wiedzą jeszcze, że są tylko pionkami w galaktycznej grze o władzę, a ich misja wywoła lawinę konsekwencji, którą odczuje cała Mirabel.

8 grudnia 2017

„Spektrum. Leonidy”- Nanna Foss

Wyd. Driada | org. Spektrum. Leoniderne Tom I | 544 str. | 34,99 zł | Premiera: 29.11.2017 r.

Tajemnicze sny, ukryte moce i burza leonidów

Czasem koszmary bywają bardzo rzeczywiste. Ale co, jeśli nagle zaczynają przenikać do rzeczywistości? Nastoletniej Emi zaczynają śnić się niepokojące rzeczy. W jednym z jej koszmarów pojawia tajemniczy chłopak o niesamowicie turkusowych oczach, którego szkicuje tuż po przebudzeniu. Jak to możliwe, że następnego dnia Emi spotyka go w szkole? I dlaczego w momencie gdy chłopak ze snu i jego siostra bliźniaczka pojawią się w świecie Emi, nagle zaczynają się dziać całkowicie niepojęte rzeczy?

7 lipca 2017

„Alight/Rozpaleni”- Scott Sigler

Wyd. Feeria Young | Org. Alight, Tom 2 | 488 str. | 39,90 zł | Premiera: 14.06.2017 r.

Robinsonowie nieznanego lądu

Od momentu kiedy M. Savage otworzyła oczy i odkryła, że jest uwięziona w trumnie nie opuszcza jej strach i ciągłe poczucie zagrożenia. Choć ona i reszta urodzinowych dzieci, są ŻYWI zaledwie od kilku dni, przeżyli więcej mrożących krew  w żyłach przygód, niż my wszyscy razem wzięci. Po krwawej bitwie, poznaniu okrutnej prawdy o Starszych i brawurowej ucieczce, nadchodzi czas na nowe wyzwanie- Omeyocan- planetę, która ma stać się ich nowym, a zarazem pierwszym prawdziwym domem.

11 stycznia 2017

Kosmiczni „Pasażerowie” tonącego okrętu [recenzja filmu]



TROCHĘ O FABULE:
Avalon, to statek kosmiczny, który ma dotrzeć do nowej, niezamieszkanej jeszcze planety. 5000 śmiałków decyduje się odbyć 120-letnią podróż, której celem jest kolonizacja nowej ziemi, ale także zupełnie nowy początek i wielka przygoda. Lot w nieznane bez możliwości powrotu do tego, co było wymaga nie tylko odwagi, ale i ogromnych pieniędzy, choć dla niektórych zaczęcie wszystkiego od nowa jest warte każdej ceny.

11 października 2016

„Gloria”- Monika Błądek

Wyd. Akurat |480 str. | 39,90 zł | 07.09.2016 r.

  „Odległe gwiazdy, wszechświat,
a my zamknięci w tym naszym grajdole,
o krok od śmierci…”

Każdy bez wyjątku zastanawia się jak będzie wyglądał nasz świat za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Temat ten stał się na tyle popularny, że stworzył własny gatunek literacki, a autorzy wręcz prześcigają się w pomysłach. Wiele zostało już powiedziane w tej kwestii, jednak mi ciągle brakowało czegoś na wskroś naszego, ukazującego Europę w dystopijnej szacie. Naprzeciw moim wymaganiom wyszła Monika Błądek, tworząc niepokojącą wizję przyszłości ukazującą nasze rodzime podwórko.

27 czerwca 2016

„Alive/Żywi”- Scott Sigler

Wyd. Feeria Young | 384 str. | 34,90 zł | 02.06.2016 r.

Jeśli nie wiesz kim jesteś, stwórz siebie na nowo

Sala pełna zamkniętych trumien. W części z nich- wyschnięte ciałka małych dzieci. W pozostałych budzący się po długim śnie młodzi ludzie, którzy nie dość, że przerażeni i zdezorientowani, są całkowicie pozbawieni wspomnień. Są pewni tylko jednego, dziś ich dwunaste urodziny, jednak jedyna rzecz, której są naprawdę pewni, również poddana jest pod wątpliwość, bo choć czują się dziećmi, bez wątpienia mają dorosłe ciała. Kim tak naprawdę są? Kto i dlaczego pogrzebał ich żywcem? Czy mogą komukolwiek zaufać? I jakie niebezpieczeństwa czyhają za zamkniętymi drzwiami?  

1 kwietnia 2016

„Wyścig”- Jenny Martin [przedpremierowo]

Wydawnictwo Akurat | 400 str. | 34,90 zł
PREMIERA: 13 kwietnia 2016 r.

Usiądź wygodnie i zapnij pasy.
Rozpoczyna się wyścig…

Czytaliście kiedyś książkę o wyścigach samochodowych? Być może. Jednak czy czytaliście o wyścigach samochodowych w kosmosie? Z pewnością nie. Wyobraźcie więc sobie  rozpędzone maszyny i ryk silników, dodajcie do tego międzyplanetarne imperium i nastolatkę wplątaną w wielką polityczną intrygę. Co może z tego wyniknąć?

21 listopada 2015

„Wszechświaty. Utopia”- Leonardo Parignani

Wyd. Dreams/ 352 str./ 44,90 zł/ 12.10.2015 r.

Gdy umysł pozostaje ostatnią nadzieją

Alex, Jenny i Marco przeżyli rzeczy o jakich innym nawet się nie śniło. Widzieli upadek cywilizacji, odnaleźli się w innym wymiarze, udało im się przetrwać koniec świata w mistycznym świecie zbudowanym ze wspomnień. W końcu odrodzili się w nowej cywilizacji, rozpoczynając życie po raz kolejny. Miejsce, w którym się znaleźli jest bezpieczną ostoją, nieświadomi swoich poprzednich wcieleń mogliby tam wreszcie przeżyć życie w spokoju i szczęściu. Nie dane im będzie jednak długo cieszyć się normalnością. Dzięki strzępkom wspomnień Marco odkrywa, kim tak naprawdę jest on i jego przyjaciele. W innym wszechświecie znajduje się osoba, która podobnie jak oni, potrafi podróżować między równoległymi rzeczywistościami. Ta sama  osoba w innym wymiarze uczyniła z Alexa i Jenny króliki doświadczalne i nie zawaha się przed niczym by zawładnąć całym Multiwersum. Chyba, że ktoś w porę ją powstrzyma.

20 października 2015

Na ekranie: „Marsjanin” reż. Ridley Scott

org. "The Martian"/ 141 min./ 02.10.2015 r.


Opis:
Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…

28 lipca 2015

„Klucz do wieczności” (film)

org. "Self/ Less"/ reż. Tarsem Singh/ 116 min./ 2015 r.

Opis:
Wiekowy multimilioner dzięki osiągnięciom współczesnej medycyny przenosi swoją świadomość do ciała zdrowego, młodego człowieka. Choć operacja przebiega pomyślnie, mężczyznę zaczynają nawiedzać koszmarne wspomnienia związane z tajemniczą przeszłością dawcy. Musi odkryć jego tożsamość i dowiedzieć się dlaczego komuś tak bardzo zależy na jego śmierci.
(Filmweb.pl)

12 listopada 2014

„Interstellar” (film)


Opis:
Gdy okazuje się, że nasz czas na Ziemi dobiega końca, zespół odkrywców wyrusza na najważniejszą misję w dziejach ludzkości. Badacze podróżują poza granice naszej galaktyki, aby przekonać się, czy rasa ludzka ma szansę przetrwać wśród gwiazd.


Zwiastun:


Recenzja:
Melancholia, grawitacja
i pięciowymiarowa rzeczywistość

„Interstellar” od początku przejmował mnie pewnym niepokojem. Bite trzy godziny i niezbyt emocjonujący zwiastun z dramatyczną muzyką. Do tego science fiction, które wciąż nie do końca rozumiem i nie potrafię pokochać. A jednak po raz kolejny bardzo się pomyliłam w ocenie i wiem, że nie powinnam jej wystawiać przed seansem. A teraz sama nie wiem czy będę w stanie oddać niezwykłość tego filmu, tak byście i Wy się do niego przekonali.


Oscar Wilde powiedział, że „wszyscy jesteśmy w rynsztoku, ale niektórzy z nas patrzą w gwiazdy”. I choć wiem, że nie te słowa są mottem filmu, to idealnie odzwierciedlają to, co się w nim dzieje. Świat nieubłaganie zmierza ku zagładzie. Brak deszczu, burze pyłu i choroby niszczące plony. W obliczu potęgi natury technika jest się bezradna i bezużyteczna. Priorytetem staje się wyżywienie głodującej ludności, dlatego wszelkie środki lokowane są w rolnictwo. Powoli cała nasza cywilizacja zaczyna zanikać. Nie ma już nowoczesnych sprzętów medycznych, nieliczne uniwersytety niechętnie rekrutują studentów. Zamknięto nawet NASA, a loty kosmiczne uznano za bzdurę i propagandę.



W tym pogrążonym w chaosie świecie, na pewnej farmie mieszka jednak człowiek, który nie zgadza się z bezmyślnym zatracaniem wszelkich osiągnięć ludzkości. Były pilot i inżynier, pracujący niegdyś dla NASA, dzięki grawitacyjnej anomalii w pokoju córki, odkrywa, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Wkrótce pozna ludzi, którzy wciąż wierzą, że gdzieś wśród gwiazd czeka na nas ratunek. Ryzykując wszystko wyruszają na wyprawę do nowej galaktyki, w nadziei na ocalenie ludzkości.

„Patrząc w niebo, rozmyślaliśmy o naszym miejscu wśród gwiazd.
Teraz patrzymy pod stopy i martwimy się o miejsce na ziemi.”

Zatrzymajmy się może na chwilę przy tym, co tak bardzo mnie przerażało zanim weszłam na kinową salę. Czas. Film trwa niespełna trzy godziny, co wydawało mi się istną katastrofą, a stało się wybawieniem dla obrazu. Nie da się ukryć, że to naprawdę długo i jeśli pójdziecie do kina nastawieni na intergalaktyczną przygodę rodem ze „Strażników Galaktyki” z pewnością niemiłosiernie się wynudzicie. „Interstellar” reprezentuje bowiem zupełnie inny poziom i choć przynależy do tego samego gatunku czyli science fiction, ma bardziej psychologiczny wydźwięk i próżno tu szukać ekscytujących i pełnych napięcia scen akcji. Dominuje tu napięcie zupełnie innego rodzaju. Widz skupia się na niezwykłej, przekraczającej horyzonty wyobrażeń tajemnicy wszechświata, wszystko inne zostaje zepchnięte w kąt, a czas okazuje się kluczowy dla zrozumienia całości.



Film nie obfituje w akcję, brakuje też jednoznacznej rozrywki. Seans polega głównie na myśleniu i emocjach. Jest w nim mnóstwo spokoju, ale też napięcia o to, jak dalej potoczy się misja. Sam czas, o którym wcześniej wspomniałam, jest tu pojęciem względnym. Znane nam prawa fizyki przestają obowiązywać, a zastępują je nowe, które często trudno pojąć, ale nie sposób się nimi nie zafascynować. Ciekawostką jest fakt, że „Interstellar” nie opiera się wyłącznie na wyobraźni scenarzysty. Film oparty jest na teorii naukowej opracowanej przez fizyka z Caltech Kipa Thorne'a, co tylko dodaje mu wiarygodności, a co za tym idzie niezwykłości.

Obok niespodzianek, które kryje wszechświat, a także zagrożeń, z którymi boryka się nasza planeta, film ukazuje także inne, bardziej przyziemne problemy. Jest to opowieść o samotnym rodzicielstwie, o trudnych relacjach między pokoleniami i o tym jak ciężko jest wytłumaczyć dziecku swoje decyzje i motywy działania. Jest to także historia o ogromnym poświęceniu i próbie uratowania tych, których kochamy najbardziej. Przede wszystkim ważna jest tu jednak miłość, która wskazuje drogę nawet wśród odległych galaktyk.



Początkowo nie do końca podobało mi się to, jak film został zrealizowany. Brakowało mi tu czegoś bardziej widowiskowego, jakiejś szerszej perspektywy. Dostajemy bowiem masę zbliżeń i długich scen, w których wydawać by się mogło, że nie dzieje się praktycznie nic. Do tego bark tu dbałości o detale, a na ekranie pojawia się często to samo kiepskie ujęcie kadłuba statku. Jednak o to właśnie chodzi w tym filmie. Nie oglądamy bajkowych kosmicznych obrazków, twórcy nie zaspokajają całkowicie naszej ciekawości dotyczącej równoległych galaktyk. Widzimy jednak z bardzo bliska wszystkie emocje bohaterów, bo to oni są tutaj najważniejsi. Nie jest ich wielu, nie wykonują niezwykłych akrobacji, to co się tutaj liczy, to sekret wszechświata i ludzie, którzy go odkrywają. Reszta jest zaledwie tłem, na które szczerze mówiąc nie bardzo zwraca się uwagę.

Kluczem do filmu stają się więc aktorzy, a spotkałam się z bardzo krytycznymi opiniami, które się do nich odnoszą. Matthew McConaughey grający głównego bohatera Coopera, został przez niektórych dosłownie zrównany z ziemią. Uznali bowiem, że aktor występujący w komediach romantycznych z zasady nie nadaje się do tak poważnej roli. Naprawdę nie wiem, jak po obejrzeniu filmu można tak nadal myśleć. Matthew był najjaśniejszym punktem w całym filmie. Podczas gdy wokół niego nie działo się kompletnie nic godnego uwagi i tak potrafił samym sobą wypełnić całą przestrzeń i zapewnić widzowi niesamowite emocje. Wszystkie elementy, dzięki którym w oczach wielu kobiet został jednym z najlepszych aktorów, zostały skrupulatnie ukryte pod kombinezonem kosmonauty. Jedyne czym dysponował to mocno ograniczone gesty mimika i głos, a mimo to nie tylko dał radę, ale też w moich oczach zagrał najlepszą rolę swojego życia.

Anne Hathaway, choć jest niesamowitą aktorką, wypadła więc przy nim nieco blado i już nie tak niezapomnianie. Mimo to jednak też mnie do siebie przekonała i udowodniła, że potrafi zagrać każdą rolę. Nie tylko księżniczki, złej czarownicy czy zakochanej nastolatki, ale też dużo poważniejsze, takie jak doktor Brand.



Twórcy filmu kupili mnie już w pierwszej sekundzie jego trwania pokazując półki wypchane po brzegi książkami. Potem jednak, kiedy okazało się, że owe półki odrywają fundamentalną rolę w całym filmie, kupili mnie już całkowicie. Nie mogę powiedzieć, że polecam ten film wszystkim. Choć jest niesamowicie fascynujący, jest też przede wszystkim dosyć skomplikowany i trudny. Wymaga od widza bezgranicznego skupienia i wyciszenia. Jest to propozycja dla osób wytrwałych i psychicznie dojrzałych, a także dla tych, którzy szukają czegoś więcej niż bezsensownej ganianiny i ciągłych eksplozji. Mimo że film jest dosyć wymagający, jest też chyba najbardziej przemyślanym, pełnym i kompletnym dziełem z jakim miałam ostatnio do czynienia. Strasznie dziwię się wszystkim, którzy zdecydowali opuścić kino w połowie seansu, bo nawet nie dali sobie szansy odkrycia jego niezwykłości. Fabuła zatacza pełne koło i udowadnia, że nic nie jest przypadkowe, a stwierdzenie, że wszystko dostało zapisane w gwiazdach nabiera zupełnie nowego znaczenia. Pozostawia widza oszołomionego i pełnego sprzecznych myśli, ale też niezaprzeczalnie z poszerzonymi horyzontami. To film, o którym można naprawdę dużo dyskutować i odkrywać go wciąż na nowo. Wiem, że nie na wszystkich zrobi on takie wrażenie jak na mnie, ale naprawdę Wam tego życzę. Tymczasem zabieram się za obejrzenie „Grawitacji”, do której „Interstellar” jest porównywany. Zobaczymy, co z tego wyniknie, tym bardziej, że moje oczekiwania stokrotnie się zwiększyły.

Ocena:

10/10


17 sierpnia 2014

„Strażnicy Galaktyki”



Opis:
Zuchwały awanturnik Peter Quill kradnie tajemniczy artefakt stanowiący obiekt pożądania złego i potężnego Ronana, którego ambicje zagrażają całemu wszechświatowi. Chcąc uniknąć gniewu Ronana, Quill zmuszony jest zawrzeć niewygodny sojusz z czterema niemającymi nic do stracenia outsiderami: Rocketem – uzbrojonym szopem, Grootem – drzewokształtnym humanoidem, śmiertelnie niebezpieczną i tajemniczą Gamorą i żądnym zemsty Draxem Niszczycielem. Kiedy główny bohater odkrywa prawdziwą moc artefaktu i zagrożenie, jakie stanowi on dla kosmosu, musi zmobilizować swoich niesubordynowanych towarzyszy do ostatniej bitwy, od której zależą losy galaktyki.

Zwiastun z dubbingiem:

Zwiastun z napisami:
(Ja wybrałam się na napisy i to własnie je polecam bardziej)

Recenzja:
Gwiezdne wojny na wesoło

Jeśli mam być szczera, oglądając po raz pierwszy zwiastun „Strażników Galaktyki”, nie byłam wcale zachwycona. Zaciekawiła mnie jedynie wpadająca w ucho muzyka, ale zarówno historia jak i humor raczej nie powaliły mnie na kolana. Nie miałam, więc w kinowych planach na sierpień tego właśnie filmu. Potem jednak, wraz z premierą, jak fala przypływu, zaczęły mnie zewsząd atakować bardzo pozytywne recenzje i inne pieśni pochwalne. Tak się składa, że jestem bardzo podatna na wpływ innych, a akurat bardzo potrzebowałam czegoś, co nieźle by mnie rozbawiło i postanowiłam zaryzykować, spontanicznie rezerwując bilet. Czy się opłaciło?



Na samym początku opowieści poznajemy w szpitalu małego Petera Quilla. Chłopiec jest zagubiony i osamotniony, stara się odciąć od otaczającego go świata słuchając muzyki ze swojego walkmana. Nie ma się, co dziwić jego mama właśnie umiera w szpitalnej sali, a on nie może się z tym pogodzić. Zrozpaczony Peter ucieka z kliniki i nagle… zostaje porwany przez statek kosmiczny. Tego, co wydarzyło się później dowiadujemy się jedynie z kontekstu wypowiedzianych zdań i strzępków rozmów. Po dwudziestu latach Peter (Chris Pratt) jest znanym pod pseudonimem Star-Lord złodziejaszkiem. Cóż przynajmniej chciałby być znany, lecz niestety nikt go nie kojarzy. Jego najnowsza misja to zdobycie Globu (nie pytajcie mnie, czym jest ten przedmiot, nawet Peter „Star-Lord” tego nie wie), jednak ma zgarnąć za niego niezłą fortunę. Nie on jeden na niego poluje. Na jego tropie jest także Gamora (Zoe Saldana)- adoptowana córka mrocznego lorda Kree, z kolei poszukiwanego listem gończym Quilla chce złapać zmutowany szop Rocket (Bradley Cooper- głos) i jego… drzewo, Groot (Vin Diesel- głos). Nieoczekiwanie cała czwórka trafia do więzienia, lecz to dopiero początek problemów. Ronan (Lee Pace)  jest wściekły z powodu zdrady Gamory i chce zdobyć glob za wszelką cenę. Teraz cała czwórka, wraz z poznanym w więzieniu Draxem (Dave Bautista), mimo wzajemnej niechęci, muszą zjednoczyć siły by dokonać niemożliwego i ocalić galaktykę.


Wszystkie recenzje, bezspornie obwieszczały, że to najśmieszniejszy film roku. I choć zawsze wydawało mi się, że jestem raczej osobą wesołą i z poczuciem humoru, to sceny, które naprawdę mnie rozbawiły, mogę zliczyć na palcach jednej ręki. Przyznaję, że trafiały się momenty kiedy faktycznie nie dało się nie wybuchnąć śmiechem, ale większość żartów (głównie na początku) była w moim odczuciu drętwa. A może po prostu ja jestem drętwa? Nie wiem, w każdym razie to nie był w 100% mój typ dowcipów i choć uśmiech towarzyszył mi często, to nie był to raczej śmiech do łez jak wszyscy zapowiadali.


Za to postacie są istną kwintesencją gatunku. Barwni, wielowymiarowi, z przeszłością i tajemnicami. Dajmy na to, taki Peter- klasyczny dupek, z obsesją na punkcie swojego walkmana, ale po prostu nie można go nie polubić. Gamora, też pozytywnie mnie zaskoczyła, bo jak na (początkowo) negatywną bohaterkę, znalazło się w niej zaskakująco dużo dobra. Rocket może nie zawsze trafiał z dowcipami w mój gust, a głos Coopera jakoś nie do końca mi do niego pasował, to i tak wzbudził moją ogromną sympatię. Jednak jak to ja, najlepszych pozostawiam na koniec. Drax- poznany w więzieniu mięśniak, bardzo prostolinijny i kompletnie nierozumiejący metafor, był chyba jedną z najzabawniejszych postaci, głównie dzięki temu, że nie starał się być na siłę śmieszny. No i mój ulubieniec, czyli Groot! Groot to drzewo, które zna trzy słowa, którymi wyraża swoje wszystkie emocje, jednocześnie jest najbardziej pozytywną i nieobliczalną postacią. Rozbawiał mnie i rozczulał na przemian, a moje serce zdobył już od pierwszej sceny ze swoim udziałem!



Jak już się zapewne domyśliliście, film nie powalił mnie na kolana, więc zamiast rozpływać się nad wszystkim, mogłam dostrzec kilka rzeczy, na które żaden normalny człowiek raczej nie zwrócił by uwagi. (Teraz będę się czepiać) Czarny charakter- Ronan był jak dla mnie skrzyżowaniem Lorda Vadera z „Gwiezdnych wojen” (wygląd) i Xerxesa z „300: Początek imperium” (zachowanie). Sami Strażnicy Galaktyki wydali mi się bardzo podobni do drużyny z „Herculesa”, kostiumy i charakteryzacja, kojarzyła mi się z tą zaprezentowaną w Panem w „Igrzyskach Śmierci”, a cały kosmiczny klimat w pewnym momencie przypomniał mi „Grę Endera” a nawet pewien dosyć stary film s-f, bodajże „Pluto Nash”. „Strażnicy Galaktyki” są jednak komedią, więc wcale bym się nie zdziwiła, gdyby te podobieństwa były celowe i miały charakter lekkiej parodii. Zresztą, nie jestem fanką, nie czytam komiksów, co ja w ogóle mogę o tym wiedzieć? ;-)



Żeby nie było, że film kompletnie nie przypadł mi do gustu, dodam jeszcze, że oprócz postaci, bardzo spodobała mi się sceneria i charakteryzacja. Sama opowieść ma bardzo dobre tempo i nie raz zaskakuje, a optymistyczna muzyka nie pozwala się smucić nawet w dramatycznych momentach. Czy więc polecam? Czemu nie, biorąc pod uwagę recenzje, jestem bardziej niż pewna, że większość z Was, będzie zachwycona. Pamiętajcie jednak, by zostać w kinie do samego końca, bo jak zwykle w Marvelu, tak i tu jest bonusowa scena po napisach. Jest to jednocześnie zapowiedź kolejnej części, którą chętnie zobaczę, kiedy już się ukaże, bo wiele intrygujących wątków nie zostało opowiedzianych do końca.

Ocena:

7/10






22 lipca 2014

„Transformers: Wiek zagłady”


Opis:
Ludzkość próbuje dojść do siebie po wydarzeniach, które miały miejsce w ostatnim czasie. Zarówno Autoboty jak i Decepticony praktycznie zniknęły z naszej planety. Mimo to nie wszyscy zapomnieli o ich istnieniu. Grupa naukowców i biznesmenów stara się, jak najwięcej dowiedzieć o technologii Transformersów, co często popycha ich do przekraczania granic, których nigdy nie powinni naruszać. Tymczasem na Ziemię powracają Decepticony i ponownie rozpoczyna się walka dobra ze złem.

Zwiastun:


Recenzja:
Samochody, dinozaury i koniec świata

Nigdy nie ukrywałam, że motoryzacja to nie moja bajka, jednak jakimś cudem zakochałam się w „Need for speed” do tego lubię dystopie i całkiem podobały mi się poprzednie części „Transformersów”, dlatego i na najnowszej, czwartej już części nie mogło mnie zabraknąć.

Zabawny Sam Witwicky, to już historia, tym razem bohaterem filmu jest Cade Yeager (Mark Wahlberg)- mieszkający wraz z córką Tessą (Nicola Peltz) na teksańskiej farmie mechanik i wynalazca. Niestety skup złomu i masa kompletnie niepotrzebnych wynalazków nie przynosi mu zbyt dużych zysków. Cade tonie w długach, lada dzień może stracić dom, a jego relacje z córką stają się wyjątkowo napięte. Wszystko zmienia się gdy Yeager kupuje starą ciężarówkę. Na pierwszy rzut oka to kolejny grat w jego licznej i całkowicie bezwartościowej kolekcji. Jednak tylko pozornie. Szybko okazuje się, że mężczyzna znalazł Transformera. I to nie byle jakiego a ukrywającego się Optimusa Prime’a.



W tym miejscu należy wyjaśnić kilka kwestii. Ziemia nie jest już miejscem przyjaznym dla Transformersów. Ponieważ pojawienie się obcych zapoczątkowało wojnę, władze postanawiają pozbyć się ich z naszej planety. Podział na „dobrych” i „złych” już nie obowiązuje, a wszystkie Transformery- nie ważne czy to wrogie Deceptikony czy dawni sojusznicy Autoboty- są brutalnie unicestwiane przez tajną jednostkę o nazwie Pustynny Wiatr. Jednocześnie pewna grupa naukowców stara się dowiedzieć jak najwięcej o przybyszach z kosmosu i stworzyć na ich podobieństwo własną armię. Ale Transformersom zagrażają nie tylko ludzie. Poszukuje ich również Lockdown, łowca nagród z innego świata i nie spocznie dopóki nie dostanie tego, czego chce.



Wątek Cade’a i jego córki bardzo mi się spodobał, choć nie da się ukryć, że podobny był już obecny w poprzednich częściach. Mimo wszystko został przedstawiony ciekawie, ich wzajemne relacje i niechęć Cade’a do chłopaka córki wypadły bardzo realistycznie i w równym stopniu zabawnie co przejmująco. Właśnie dlatego pierwsza część filmu, kiedy ich poznajemy była w moim odczuciu ciekawsza. Później, kiedy do akcji wkraczają maszyny i akcja przyjmuje bardziej militarny obrót już w mniejszym stopniu wczuwałam się w fabułę. Nic więc dziwnego, że po skończonym seansie ja mówiłam o zabawnych i uroczych scenach między bohaterami, a mój chłopak- o najnowszych modelach aut. Jak widać twórcy filmu, chcieli stworzyć dzieło dla każdego, choć udało im się to tylko w pewnym stopniu.


Jak dla mnie film został zwyczajnie przekombinowany. Po pierwsze- mimo iż mi się podobał, jak dla mnie był zdecydowanie zbyt długi. Akcja jest bardzo dynamiczna i mknie nieprzerwanie jednak nie potrafiłam się w nią dostatecznie wciągnąć i w efekcie ciągłe wybuchy i niespodziewane ataki stały się nieco męczące. Praktycznie cała druga część filmu to jeden wielki obraz zniszczenia. Nie ma się czemu dziwić- zapowiada to już sam tytuł, jednak nie jest to do końca ten typ akcji który preferuję. Najbardziej w tym wszystkim spodobały mi się dinoboty. Swoją drogą, wiedzieliście, że dinozaury wcale nie wyginęły w skutek uderzenia asteroidy, a właśnie przez pojawienie się Transformersów?


Warto zwrócić jednak uwagę na jeden bardzo ciekawy wątek, poruszony już między innymi w świetnym filmie „Transcendencja”. Mam tu na myśli niebezpieczną granicę między postępem a przekroczeniem wszelkich barier moralnych. Czasem to właśnie człowiek okazuje się najbardziej nieludzką z istot, a cytując słowa bohatera filmu: „Niektóre rzeczy nie powinny zostać wynalezione”.
Na uwagę zasługuje też muzyka, która była świetnie dopasowana do tego, co aktualnie działo się na ekranie. Niestety zabrakło tym razem Linkin Park, ale zespoły zostały dobrane tak, by różnica była prawie niezauważalna.


Koniec końców film polecam, bo wierzę, że spodoba się fanom serii i motoryzacji. Sama jednak nic nie poradzę na to, że to nie do końca moje klimaty. Znacznie bardziej preferuję fantastykę, dlatego z niecierpliwością wypatruję weekendu i kolejnego filmu czyli „Herculesa”.

Ocena:

7/10

27 grudnia 2013

„Gra Endera”- reż. Gavin Hood


Opis:


Jest rok 2070, czterdzieści lat po nieudanej inwazji obcych zwanych Formidami. Trwają poszukiwania tych, którzy mogliby poprowadzić Ziemian do zwycięstwa na wypadek powrotu najeźdźców. Władze w sekrecie prowadzą rygorystyczny nabór dzieci i najlepsze z nich wysyłają do orbitalnej szkoły bojowej, gdzie te spędzą dzieciństwo, szkoląc się na przyszłą elitę wojenną w przestrzeni kosmicznej. Do programu szkoleń zostaje włączony młody Ender Wiggin. Chłopiec walczy o swoje człowieczeństwo, pomimo ciągłej rywalizacji z innymi dziećmi, presji, rozgrywek pomiędzy dowództwem oraz tajemniczego wpływu ze strony obcych. Nad szkoleniem Endera czuwa weteran poprzedniej wojny z obcymi, Mazer Rackham, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności odparł wówczas atak na Ziemię. Wyczerpujące bitwy pomiędzy uczniami doprowadzają młodego geniusza na szczyt rankingów szkoły, ale prawdziwa walka odbywa się poza salą treningową - walka o życie, walka z własnymi demonami, walka o ludzkość.

Zwiastun:
moja rada:wystrzegajcie się dubbingu jak ognia! 

„Nie jesteś pierwszym. Ale będziesz ostatnim…”

Świat przyszłości fascynuje nie od dziś. To jak będzie wyglądała nasza planeta za kilkadziesiąt lat to temat stale aktualny i świeży. Powstały setki wizji przyszłości od utopi po dystopie. Pełne nowoczesnej technologii i rzeczy nieosiągalnych dla nas. Swoją wersję nowego świata stworzył również Orson Scott Card w bestsellerze „Gra Endera”. Film o tym samym tytule zagościł w naszych kinach już jakiś czas temu, ale dopiero teraz dane było mi go obejrzeć. Choć science fiction to nie moja bajka, to po fenomenalnym zwiastunie byłam gotowa zainwestować w bilet od razu. Byłam i widziałam. A jakie są wrażenia?



Powiem szczerze, ze początkowo miałam niemałe problemy z wczuciem się w akcję. Wszystko było dziwne inne i nowe. Nie bardzo rozumiałam, co się dzieje, ale mając w pamięci zwiastun liczyłam, że w końcu zrozumiem. W końcu pojęłam, jednak nie wkręciłam się w opowieść tak jak powinnam. 90% całego filmu skupia się wokół szkolenia grupy dzieci na zawodową armię, która jest ostatnią nadzieją Ziemi na pokonanie zagrażających nam obcych. Dlaczego dzieci? Chyba chodzi o to, że „nowy model żołnierza” jak to zostało ładnie nazwane, miał być doskonale wytresowany od podstaw. A dziecko dużo łatwiej ukształtować na swoją modłę. Brygada szkoleniowa zapomniała jednak, że dziecko, w dodatku GENIALNE dziecko, też ma swój rozum i może mieć własne zdanie.


Film skupia się właśnie na poszukiwaniu takiego „genialnego dziecka”. Dziecka, które będzie w stanie poprowadzić armię ku chwale. Takim właśnie małoletnim geniuszem okazuje się Andrew Wiggin zwany Enderem. Cała kadra od początku ma na niego oko i robi wszystko by przygotować do roli przywódcy. Jak szybko się okazuje Ender w swym rozumowaniu przerasta nawet nauczycieli, którzy stale starają się manipulować jego losem lecz do czego to doprowadzi dowiemy się dopiero na końcu.



Osobny akapit należy się też wspomnianym obcym, którzy totalnie mnie zaskoczyli. Słysząc słowo UFO mam w umyśle obraz małego zielonego stworka, jaki zazwyczaj jest nam serwowany. Tak się po prostu utarło. Byłam przygotowana na wszystkie potworności o dziwnych kształtach , tym większe było moje zdziwienie gdy okazało się, że w kosmicznej bitwie przyszło nam walczyć z… Robalami. Oryginalne i niecodzienne rozwiązanie, ale Robale w kosmosie? Jakoś mnie to nie przekonało.




Moje ogólne niezrozumienie niektórych faktów może wynikać z nieznajomości książkowego pierwowzoru. Nie mogę, więc porównać czy odwzorowanie było wierne czy też nie. Wiem jedynie, że książkowy Ender  był znaczne młodszy od filmowego, bo miał zaledwie 6 lat. O ile w książce to przeszło i wyszło podobno świetnie, tak w filmie niestety już by się nie sprawdziło. Jednak Asa Butterfield jako Ender poradził sobie z mojego subiektywnego punktu widzenia naprawdę dobrze. Co innego Harrison Ford, który nie przekonał mnie do swojej postaci zupełnie. Reszta aktorów grała na naprawdę przyzwoitym poziomie, więc nie mogę się przyczepić.



Filmu nie da się nie porównywać do znanych „Igrzysk śmierci”. Tam też grupa dzieci ma stoczyć bitwę. Różnica jest jednak taka, że w Igrzyskach…” dzieciaki mają pozabijać się nawzajem jedynie dla uciechy tłumu. W „Grze…” natomiast dzieci walczą razem przeciw wspólnemu wrogowi. Cel niby bardziej szczytny, lecz jak się okazuje, tak samo bezcelowy jak tamten. Trzeba jednak nam, ludziom, przyznać, że choć wciąż walczymy o pokój na świecie to nic tak nie cieszy jak oglądanie małych dzieci zmagających się ze śmiercią. Czy to nie dziwne? ;)



Akcja filmu rozwija się strasznie powoli. Owszem mamy kilka dynamiczniejszych momentów, jednak to dopiero ostatnie 30 minut zaważyło na tym, że z przeciętnego film stał się fajny. Jeśli liczycie na dynamiczną okołokosmiczną produkcję ze świetnymi efektami, możecie się nieco zdziwić. Jeśli jednak nie nudzi was czekanie na rozwój akcji, lub po prostu lubicie ten typ filmu, to nie ma przeciwwskazań do oglądania. Dla przykładu: mój stały towarzysz kinowy wyszedł z seansu bardzo zadowolony. Może więc puenta jest taka, że to produkcja raczej dla męskiej części społeczeństwa, dla fanów sf lub tych którzy pokochali książkę. Nie wiem. Ja chętnie obejrzę część drugą, by dowiedzieć się, co też jeszcze Ender wymyśli, ale nie sądzę bym powróciła w najbliższym czasie do części pierwszej. Ocena zostaje więc raczej neutralna a wybór pozostawiam Wam.

Ocena:
6/10

Zobacz też:

.