Wyd. Harper Collins Polska | 288 str. | 34,99zł | Data wydania: 16.09.2020 r.
„Uwierz mi. Nigdy nie zapomnisz tego wieczoru”
Ciężar oczekiwań niekiedy
może mocno przytłoczyć, a spełniając marzenia rodziców łatwo pogubić się w
swoich własnych. Seweryna mocno walczyła o założoną przez matkę szkołę
muzyczną. Posada dyrektora miała być spełnieniem marzeń, a kontynuowanie
rodzinnej tradycji napawało ją dumą. Kobieta robi wszystko, co może by nie
zawieść oczekiwań matki, ale jednocześnie stawia ją sobie jako niedościgniony
wzór. Nie czuje się dość dobra w tym co robi, a pod maską pewności siebie i zimnego
wyrachowania, kryje lęk i wątpliwości. Czy spełniając wolę matki, aby na pewno
kroczy ścieżką własnych marzeń? Czy cena jaką płaci każdego dnia nie jest zbyt
wysoka?
Wyd. Młodzieżówka | Org. Forbidden | 376 str. | 37,90 zł | Premiera: 8 maja 2019
Gdy wszystko czego pragniesz jest
jedyną rzeczą,
której nie możesz mieć…
Miłość, to najpiękniejsze możliwe uczucie, ale kiedy kochasz
niewłaściwą osobę, może stać się największym przekleństwem i zabójczą trucizną.
Lochan i Maya sami nie wiedzą kiedy przyjaźń i braterska miłość między nimi
zaczęły zmieniać się w coś więcej. Może wtedy, gdy musieli na pełen etat
opiekować się młodszym rodzeństwem, kiedy ich matka zapominała, że ma dzieci? A
może znacznie wcześniej, kiedy opuścił ich ojciec i musieli udawać dorosłych,
by ich rodzina się nie rozpadła? Czy ich serca zaczęły bić inaczej, kiedy
szukali wsparcia i pocieszenia w swoich kojących ramionach? To tak naprawdę
nieistotne, ważny jest tylko fakt, że nie potrafią bez siebie oddychać, są dla
siebie opoką, wytchnieniem i największą miłością. Ale ta miłość jest ich
największym przekleństwem i nie mogą liczyć na szczęśliwe zakończenie. Co
zrobić, gdy osoba, która jest wszystkim czego pragniesz, jest jednocześnie
jedyną na świecie, której nie możesz mieć?
Wyd. W.A.B. | Org. Lissy | 432 str. | 39,99 zł | Data wydania: 03.10.2018 r.
Bestia, która jest wiecznie głodna…
Największe zbrodnie popełniane są z miłości. Nie inaczej było
w tym przypadku. To miłość popłynęła Marlene do zdrady. Właśnie za sprawą tego
uczucia, młoda kobieta postanowiła nocą okraść sejf męża i uciec nie oglądając
się za siebie. Problem w tym, że odchodząc zabrała coś bardzo cennego. Cenniejszego
niż mogłaby przypuszczać. Z kolei jej mąż, Herr Wegener, nie jest człowiekiem,
którego można bezkarnie zdradzić i opuścić. Okrutny gangster zrobi wszystko, by
odnaleźć Marlene i przedmiot wykradziony z sejfu, nawet jeśli oznacza to
zlecenie poszukiwań płatnemu mordercy.
Ludzkie ścieżki lubią się plątać. Wystarczy jedna decyzja,
by uruchomić lawinę zdarzeń. Gdyby Marlene w ostatniej chwili nie zmieniła
trasy, jej historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Prawdopodobnie nie
zgubiła by się w górach i nie rozbiła samochodu. I nigdy nie spotkałaby Simona
Kellera. Tajemniczy pustelnik ratuje młodą kobietę i zabiera do swojego domu, a
właściwie samotni, wysoko w górach. Między tą dwójką rodzi się przyjaźń i wzajemny
szacunek, jednak mroczne gospodarstwo i jego tajemniczy właściciel, stale
niepokoją Marlene. Czy może zaufać temu ponuremu starszemu, mężczyźnie? Jakie sekrety
skrywa jego dom? I kim jest mała, słodka
Lissy, którą ciągle wzywa?
Wyd. Feeria Young | Org. Suicide Notes from Beautiful Girls | 336 str. | 37,90 zł | Premiera: 15.02.2018 r.
Przyjaźń, obsesja i
podejrzane samobójstwo
Znalezienie prawdziwej przyjaźni, jest chyba jeszcze
trudniejsze od znalezienia jedynej miłości. Czasem trafiamy jednak na osobę, z
którą rozumiemy się bez słów, która jest dla nas światełkiem w ciemności,
wyciągniętą ręką, gdy spadamy w dół. Taka wyjątkowa przyjaźń połączyła
delikatną June i przebojową Delię. Dwie zupełnie różne dziewczyny, które jednak
były gotowe zrobić dla siebie wszystko. Ich przyjaźń mogła być czymś wyjątkowym
i na całe życie. A jednak przed rokiem wydarzyło się coś, co sprawiło, że June
z dnia na dzień zerwała kontakt z Delią. Choć nić przyjaźni została zerwana,
June nie zapomniała o łączącej je niegdyś więzi. Dlatego wiadomość o
samobójczej śmierci byłej przyjaciółki okazuje się dla niej ogromnym ciosem.
Takim, który powala na ziemię, po którym nie można już się podnieść. Dziewczyna
nie może pogodzić się z tym, co się stało. Nie może wybaczyć sobie, że nie
odebrała ostatniego telefonu od Delii, która chciała wyznać jej jakiś sekret…
Czy to możliwe, że w śmierć dziewczyny był zamieszany ktoś jeszcze? June
rozpoczyna prywatne śledztwo jednak okazuje się ono zaskakująco niebezpieczne
dla niej samej…
Wydawnictwo Znak/ 144 str./ 26,90 zł/ PREMIERA 15.02.2016 r.
„W śnie o miłości wszystko jest piękne oprócz przebudzenia”
Dziś opowiem Wam o czterech dziewczynach, które mimo
skrajnych różnic charakterów, łączy bezgraniczna przyjaźń. Julia to delikatna i
skryta blondynka, Anouchka jest pełna niepewności i przerażona zmianami jakie w
niej zachodzą. Raphaelle, to nietypowe połączenie pilnej uczennicy i szalonej
imprezowiczki, z kolei Colombe jest pewną siebie uwodzicielką i niepoprawną romantyczką. Wszystkie różnice
między przyjaciółkami zacierają się na rzecz wspólnych poglądów. Dziewczyny nie
wierzą w miłość i choć nieustannie jej poszukują i chcą posmakować, nie uważają
jej za coś pewnego i trwałego, w przeciwieństwie do przyjaźni, która w ich
mniemaniu trwać będzie wiecznie.
Jodi i Todd tworzyli szczęśliwą parę przez ponad dwadzieścia
lat. Choć nigdy nie powiedzieli sakramentalnego „tak”, ani nie zdecydowali się
na potomstwo, ich życie układało się lepiej niż w niejednym małżeństwie. Mimo,
że Todd nie stroni od przelotnych romansów, Jodi zdaje się to nie przeszkadzać,
a codzienna rutyna okazuje się balsamem dla ich związku.
Wszystko zmienia się kiedy Todd wdaje się w romans z o wiele
młodszą od siebie Natashą. Pełna świeżości i nieodpartego wdzięku, dziewczyna
ponad wszystko pragnie tego czego Jodi nigdy nie chciała mu dać: ślubu a przede
wszystkim dzieci. Kiedy więc Natasha zachodzi w ciążę prawdziwie słuszne wydaje
się tylko jedno wyjście: Todd musi
zostawić Jodi i zaopiekować się nową rodziną. Jednak, choć mężczyzna nie może
narzekać na brak środków do życia, nie stać go, by na dłuższą metę utrzymywać obydwie
przyzwyczajone do luksusu kobiety. Postanawia więc odciąć całkowicie byłą
partnerkę od swojego majątku, korzystając z faktu, że prawnie się jej on nie
należy. Nie będąc oficjalnie żoną Todda, Jodi zostaje z niczym. Sama nie
zarabia wiele traktując swój zawód psychologa, bardziej jak hobby niż pracę.
Widmo pozostania bez grosza przy duszy pozbawia ją skrupułów. Kobieta nie
cofnie się przed niczym by testament Todda, jej ostatnia deska ratunku,
pozostał bez zmian. Choćby wymagało to od niej najbardziej radykalnych środków…
Gdy okazuje się, że nasz czas na Ziemi dobiega końca, zespół
odkrywców wyrusza na najważniejszą misję w dziejach ludzkości. Badacze
podróżują poza granice naszej galaktyki, aby przekonać się, czy rasa ludzka ma
szansę przetrwać wśród gwiazd.
Zwiastun:
Recenzja:
Melancholia,
grawitacja
i pięciowymiarowa rzeczywistość
„Interstellar” od początku przejmował mnie pewnym
niepokojem. Bite trzy godziny i niezbyt emocjonujący zwiastun z dramatyczną
muzyką. Do tego science fiction, które wciąż nie do końca rozumiem i nie
potrafię pokochać. A jednak po raz kolejny bardzo się pomyliłam w ocenie i
wiem, że nie powinnam jej wystawiać przed seansem. A teraz sama nie wiem czy
będę w stanie oddać niezwykłość tego filmu, tak byście i Wy się do niego
przekonali.
Oscar Wilde powiedział, że „wszyscy jesteśmy w rynsztoku, ale niektórzy z nas patrzą w gwiazdy”.
I choć wiem, że nie te słowa są mottem filmu, to idealnie odzwierciedlają to,
co się w nim dzieje. Świat nieubłaganie zmierza ku zagładzie. Brak deszczu,
burze pyłu i choroby niszczące plony. W obliczu potęgi natury technika jest się
bezradna i bezużyteczna. Priorytetem staje się wyżywienie głodującej ludności,
dlatego wszelkie środki lokowane są w rolnictwo. Powoli cała nasza cywilizacja
zaczyna zanikać. Nie ma już nowoczesnych sprzętów medycznych, nieliczne
uniwersytety niechętnie rekrutują studentów. Zamknięto nawet NASA, a loty
kosmiczne uznano za bzdurę i propagandę.
W tym pogrążonym w chaosie świecie, na pewnej farmie mieszka
jednak człowiek, który nie zgadza się z bezmyślnym zatracaniem wszelkich
osiągnięć ludzkości. Były pilot i inżynier, pracujący niegdyś dla NASA, dzięki
grawitacyjnej anomalii w pokoju córki, odkrywa, że nie wszystko jest jeszcze
stracone. Wkrótce pozna ludzi, którzy wciąż wierzą, że gdzieś wśród gwiazd
czeka na nas ratunek. Ryzykując wszystko wyruszają na wyprawę do nowej
galaktyki, w nadziei na ocalenie ludzkości.
„Patrząc w niebo, rozmyślaliśmy o naszym miejscu wśród
gwiazd.
Teraz patrzymy pod stopy i martwimy się o miejsce na ziemi.”
Zatrzymajmy się może na chwilę przy tym, co tak bardzo mnie
przerażało zanim weszłam na kinową salę. Czas. Film trwa niespełna trzy godziny,
co wydawało mi się istną katastrofą, a stało się wybawieniem dla obrazu. Nie da
się ukryć, że to naprawdę długo i jeśli pójdziecie do kina nastawieni na intergalaktyczną
przygodę rodem ze „Strażników Galaktyki” z pewnością niemiłosiernie się
wynudzicie. „Interstellar” reprezentuje bowiem zupełnie inny poziom i choć
przynależy do tego samego gatunku czyli science fiction, ma bardziej
psychologiczny wydźwięk i próżno tu szukać ekscytujących i pełnych napięcia
scen akcji. Dominuje tu napięcie zupełnie innego rodzaju. Widz skupia się na
niezwykłej, przekraczającej horyzonty wyobrażeń tajemnicy wszechświata,
wszystko inne zostaje zepchnięte w kąt, a czas okazuje się kluczowy dla
zrozumienia całości.
Film nie obfituje w akcję, brakuje też jednoznacznej
rozrywki. Seans polega głównie na myśleniu i emocjach. Jest w nim mnóstwo
spokoju, ale też napięcia o to, jak dalej potoczy się misja. Sam czas, o którym
wcześniej wspomniałam, jest tu pojęciem względnym. Znane nam prawa fizyki
przestają obowiązywać, a zastępują je nowe, które często trudno pojąć, ale nie
sposób się nimi nie zafascynować. Ciekawostką jest fakt, że „Interstellar” nie
opiera się wyłącznie na wyobraźni scenarzysty. Film oparty jest na teorii
naukowej opracowanej przez fizyka z Caltech Kipa Thorne'a, co tylko dodaje mu
wiarygodności, a co za tym idzie niezwykłości.
Obok niespodzianek, które kryje wszechświat, a także
zagrożeń, z którymi boryka się nasza planeta, film ukazuje także inne, bardziej
przyziemne problemy. Jest to opowieść o samotnym rodzicielstwie, o trudnych
relacjach między pokoleniami i o tym jak ciężko jest wytłumaczyć dziecku swoje
decyzje i motywy działania. Jest to także historia o ogromnym poświęceniu i próbie
uratowania tych, których kochamy najbardziej. Przede wszystkim ważna jest tu
jednak miłość, która wskazuje drogę nawet wśród odległych galaktyk.
Początkowo nie do końca podobało mi się to, jak film został
zrealizowany. Brakowało mi tu czegoś bardziej widowiskowego, jakiejś szerszej
perspektywy. Dostajemy bowiem masę zbliżeń i długich scen, w których wydawać by
się mogło, że nie dzieje się praktycznie nic. Do tego bark tu dbałości o
detale, a na ekranie pojawia się często to samo kiepskie ujęcie kadłuba statku.
Jednak o to właśnie chodzi w tym filmie. Nie oglądamy bajkowych kosmicznych
obrazków, twórcy nie zaspokajają całkowicie naszej ciekawości dotyczącej
równoległych galaktyk. Widzimy jednak z bardzo bliska wszystkie emocje
bohaterów, bo to oni są tutaj najważniejsi. Nie jest ich wielu, nie wykonują
niezwykłych akrobacji, to co się tutaj liczy, to sekret wszechświata i ludzie,
którzy go odkrywają. Reszta jest zaledwie tłem, na które szczerze mówiąc nie bardzo
zwraca się uwagę.
Kluczem do filmu stają się więc aktorzy, a spotkałam się z
bardzo krytycznymi opiniami, które się do nich odnoszą. Matthew McConaughey
grający głównego bohatera Coopera, został przez niektórych dosłownie zrównany z
ziemią. Uznali bowiem, że aktor występujący w komediach romantycznych z zasady
nie nadaje się do tak poważnej roli. Naprawdę nie wiem, jak po obejrzeniu filmu
można tak nadal myśleć. Matthew był najjaśniejszym punktem w całym filmie.
Podczas gdy wokół niego nie działo się kompletnie nic godnego uwagi i tak
potrafił samym sobą wypełnić całą przestrzeń i zapewnić widzowi niesamowite
emocje. Wszystkie elementy, dzięki którym w oczach wielu kobiet został jednym z
najlepszych aktorów, zostały skrupulatnie ukryte pod kombinezonem kosmonauty.
Jedyne czym dysponował to mocno ograniczone gesty mimika i głos, a mimo to nie
tylko dał radę, ale też w moich oczach zagrał najlepszą rolę swojego życia.
Anne Hathaway, choć jest niesamowitą aktorką, wypadła więc
przy nim nieco blado i już nie tak niezapomnianie. Mimo to jednak też mnie do
siebie przekonała i udowodniła, że potrafi zagrać każdą rolę. Nie tylko
księżniczki, złej czarownicy czy zakochanej nastolatki, ale też dużo
poważniejsze, takie jak doktor Brand.
Twórcy filmu kupili mnie już w pierwszej sekundzie jego
trwania pokazując półki wypchane po brzegi książkami. Potem jednak, kiedy
okazało się, że owe półki odrywają fundamentalną rolę w całym filmie, kupili
mnie już całkowicie. Nie mogę powiedzieć, że polecam ten film wszystkim. Choć
jest niesamowicie fascynujący, jest też przede wszystkim dosyć skomplikowany i
trudny. Wymaga od widza bezgranicznego skupienia i wyciszenia. Jest to
propozycja dla osób wytrwałych i psychicznie dojrzałych, a także dla tych,
którzy szukają czegoś więcej niż bezsensownej ganianiny i ciągłych eksplozji.
Mimo że film jest dosyć wymagający, jest też chyba najbardziej przemyślanym,
pełnym i kompletnym dziełem z jakim miałam ostatnio do czynienia. Strasznie
dziwię się wszystkim, którzy zdecydowali opuścić kino w połowie seansu, bo
nawet nie dali sobie szansy odkrycia jego niezwykłości. Fabuła zatacza pełne
koło i udowadnia, że nic nie jest przypadkowe, a stwierdzenie, że wszystko
dostało zapisane w gwiazdach nabiera zupełnie nowego znaczenia. Pozostawia
widza oszołomionego i pełnego sprzecznych myśli, ale też niezaprzeczalnie z
poszerzonymi horyzontami. To film, o którym można naprawdę dużo dyskutować i
odkrywać go wciąż na nowo. Wiem, że nie na wszystkich zrobi on takie wrażenie
jak na mnie, ale naprawdę Wam tego życzę. Tymczasem zabieram się za obejrzenie „Grawitacji”,
do której „Interstellar” jest porównywany. Zobaczymy,
co z tego wyniknie, tym bardziej, że moje oczekiwania stokrotnie się
zwiększyły.
Antonia Michaelis z miejsca stała się moją ulubioną pisarką,
gdy tylko poznałam jej twórcze możliwości czytając „Baśniarza”.
Książka zauroczyła mnie do tego stopnia, że natychmiast zapragnęłam przeczytać
wszystkie dzieła autorki. Czytając opis „Dopóki śpiewa
słowik”nie mogłam się pozbyć
wrażenia de ja vu. Porównywałam historię, bohaterów, intrygę. Wszystko wydawało
się podobne, jedynie podane w innej otoczce. Trochę obawiałam się, że po tak
genialnej opowieści, jaką był „Baśniarz”,
Antonia nie będzie w stanie udźwignąć poprzeczki. Nie mogłam się bardziej
pomylić.
Tym razem bohaterem powieści został chłopak. Jari jest
osiemnastolatkiem żyjącym w poukładanym, niemal hermetycznym świecie
krochmalonych koszul i ustalonych reguł. Ma wspaniałego przyjaciela- wiecznie
zakochanego Mattiego, oraz niezbyt ambitne plany na przyszłość. Jednak po
zdaniu egzaminu na czeladnika stolarskiego, postanawia naruszyć powolną
monotonię swojego życia i wyruszyć na kilkutygodniową wyprawę w góry. „Tylko on, góry i niebo”. Jari nie wie
jednak, że ta wyprawa zmieni całe jego życie i dotychczasowe plany. Zmieni
jego. Gdy chłopak przekracza próg galerii sztuki, zauroczony niepokojącym
obrazem znajdującym się w środku, nie podejrzewa, że oto zatrzasnęły się drzwi
do jego dawnego życia. Razem z poznaną w galerii tajemniczą Jaschą, Jari
wyrusza do starego domostwa znajdującego się w sercu dzikiej puszczy, której
zła sława znana jest w całej okolicy. Tam chłopak poznaje czym jest piękno i
szaleństwo. Zaczyna też jednak odkrywać mroczną stronę tego miejsca. Kluczem do
zagadki jest tajemnica sprzed lat, która, być może, nie została jeszcze
ostatecznie rozegrana. Jari jest w niebezpieczeństwie. Czy jednak w świecie piękna,
lustrzanych odbić i iluzji odkryje, co tak naprawdę jest zagrożeniem?
„Bycie samotnym jest straszne- powiedziała Jascha.- Kiedy jesteś
sam, na dworze wieje wiatr, skarżąc się i płacząc w konarach. Zimno staje się
nie do zniesienia zimne, a ciemność nie do zniesienia ciemna. I w kątach czai
się strach. Kiedy jesteś sam w lesie, wariujesz. I wtedy jesteś stracony.
Zostawiony na pastwę losu. Bezbronny. Wtedy pożera cię noc”.
Książka od początku jest niezwykle intrygująca, ekscytująca
i tajemnicza. Mówi się, że „Im dalej w las, tym więcej drzew”. A im galej
zagłębiałam się w opowieść o Jarim i Jaschy, tym więcej pojawiało się tajemnic,
intryg, niedopowiedzeń i ukrytych znaczeń. Tak jak bohater stale gubił się w
mgłach lasu, tak ja wciąż nie potrafiłam szczerze powiedzieć, że rozumiem, co
się dzieje. Historia jest nieprawdopodobnie zawiła, złożona, wielopłaszczyznowa
i niejednoznaczna. Rzadko się zdarza by powieść dla młodzieży była aż tak
ambitna i wymagająca. Nie jest to bowiem powieść łatwa w odbiorze. Część czytelników być może nie wytrzyma napięcia,
bo czytanie poniekąd melancholijnej powieści mającej ponad 400 stron, zmuszającej
by stale wstrzymywać oddech jest bardzo trudne, tym bardziej, że trzeba ją
sobie dawkować. Przynajmniej ja musiałam to robić, bo porcja szaleństwa była
tak stężona, że bałam się że za chwilę sama oszaleję. Co ciekawe książkę, choć
jak już ustaliliśmy ciężką do zrozumienia, czyta się zaskakująco szybko i nie
ma najmniejszego problemu z wracaniem do niej po wcześniejszym odłożeniu na
półkę. Tą historię po prostu trzeba poznać do samego końca.
Pani Michaelis po raz kolejny zachwyciła mnie niezwykłą
plastycznością języka, która sprawia, że w każdy najdrobniejszy detal zostaje
tchnięte życie. Świat i bohaterowie są nie tylko wyraziści, zapadający w
pamięć, ale niemal prawdziwi. Autorka ma talent do stwarzania postaci i miejsc
tak niezwykłych i odmiennych od wszystkiego, co do tej pory znałam, że na pewno
nie zapomnę ich nawet gdybym chciała. Historia jest chwilami magiczna i niemal
wyjęta spoza czasu, by zaraz stać się mroczna, niebezpieczna i spowita mgłą.
Podobnie jak w „Baśniarzu”, tak i tu
trzeba mieć się jednak na baczności. Autorka bawi się z czytelnikiem w iluzje i
sprawia, że magia wkrada się do zwykłego życia. Ale nie dajcie się zwieść.
Życie pozostaje życiem i nie ma nic wspólnego z czarami.
„Nikt nigdy nie może być niczego pewien.
Wszystko jest niepewne. Zawsze wszystko może się zdarzyć”.
O CZYM?Wyjątkowo muszę tu użyć kilku zawiłych
sformułowań by nie powiedzieć za dużo. „Dopóki śpiewa
słowik” nie jest lekką młodzieżową opowiastką jakich wiele.
Autorka stworzyła dzieło wymagające, niecodzienne i bardzo złożone. Nie jest to
zdecydowanie opowieść, która spodoba się wszystkim. W zasadzie nie wiem nawet
komu ją polecić. Na pewno starszym, bardziej wymagającym czytelnikom, którzy
lubią wyzwania i trudne zawiłe historie. Historia domu w lesie mgieł i jego
mieszkańców jest bez wątpienia jedną z najoryginalniejszych i najbardziej
niebanalnych opowieści, z jakimi miałam ostatnio do czynienia. Rozwiązanie
zagadki jest niemal niemożliwe. Wymyślałam miliony scenariuszy, które mogły by
mieć miejsce w innych powieściach, ale przy tej wydawały się wszystkie
trywialne, wręcz głupie. Książka jest niczym kalejdoskop- pełna pięknych i
niezrozumiałych obrazów. Wymaga od czytelnika czasu i uwagi, w zamian daje
jednak niezapomniane wrażenia. Nie jest to może najlepsza pozycja by zacząć
przygodę z twórczością Michaelis, ale jeśli znacie „Baśniarza”i zrobił na was takie wrażenie jak na mnie, to
możecie być pewni, że ta opowieść utwierdzi Was tylko w przekonaniu jak wielką
pisarką Jest Antonia Michaelis.
Miłość sprawia, że ludzie robią naprawdę dziwne rzeczy.
Potrafią wyrzec się wszystkich swoich zasad, walczyć najokrutniejszymi metodami
a nawet zabijać. Czasem stają się prawdziwymi egoistami, którzy niszczą
wszystko i wszystkich pragnąc obsesyjnie uchronić swą miłość. „Kocha jak wariat”-
jak mówią. Jednak czasem to szaleństwo przeradza się w coś bardzo
niebezpiecznego. A konsekwencje jednego szalonego czynu mogą zaważyć na reszcie
życia…
David i Jade byli cudowną parą. Mimo młodego wieku połączyła
ich prawdziwa, szczera i dojrzała miłość. Nie potrafili wytrzymać bez siebie
nawet chwili. Pewnego dnia jednak wszystko się zmienia, kiedy ojciec Jade
oznajmia Davidowi, że podjęli z córką decyzję, by na jakiś czas zerwał z nią
kontakt. Zdezorientowany, zrozpaczony, pozbawiony jakichkolwiek wyjaśnień chłopak
zostaje wyrzucony z domu rodziny Butterfieldów. Rozłąka okazuje się być dla niego
ciężką próbą- zbyt ciężką jak się okazuje.
„Listy były jedynym namacalnym dowodem, dowodem tego, że kiedyś
skrzydła wyrastały mi z serca. Znałem inny świat, świat, który nie ma nazwy. Bo
takie słowa jak oczarowanie czy rozkosz są zbyt proste, zbyt banalne, nie
potrafią go określić. Nic o tym wiecie nie mogę powiedzieć oprócz tego, że go
znałem, ze należał do mnie i że wciąż jest mój. Był jedyną wartością w moim życiu.
Prawdziwszą od otaczającej mnie rzeczywistości.”
Zdesperowany chłopak podejmuje szaleńczą próbę powrotu do
łask Jade. Kierując się impulsem postanawia podpalić jej dom, a następnie
uratować wszystkich z pożaru, by stać się bohaterem w oczach rodziny. Nie
spodziewa się jednak, że mający dosyć swobodny stosunek do życia Butterfieldowie,
postanowią tego akurat dnia poeksperymentować ze środkami odurzającymi, przez
co jedynie cudem udaje im się uratować z płonącego domu.
Trawiony wyrzutami sumienia David przyznaje się do winy, a
każda wina pociąga za sobą karę. Dzięki wpływom rodziców udaje mu uniknąć
więzienia, zostaje za to zamknięty w szpitalu dla chorych umysłowo. Miłość do
Jade nie spłonęła jednak jak dom w pożarze. Wręcz przeciwnie, staje się jeszcze
gorętsza i bardziej obsesyjna, niczym ogień, który David podłożył tej pamiętnej
nocy. Od tej pory przed prawdziwym szaleństwem chroni go tylko nadzieja, że
Jade wiąż czuje to, co on, i gdy wreszcie wyjdzie na wolność, znów będą mogli
być razem.
„Nie potrafiłem zrozumieć ludzi, którzy twierdzą, że na każdym
kroku widzą swoich ukochanych. Uważają, ze świadczy to i ich ogromnej miłości,
ale moim zdaniem, jeśli ktoś myli ukochaną osobę z kimś całkiem obcym, świadczy
to jedynie o dziwnym narcyzmie. Jak można nie wiedzieć? Jak można się mylić?”
Opowieść Davida jest jakby spowiedzią. Długimi i szczegółowymi
opisami chłopak zdaje nam relację ze swojego życia, a przede wszystkim – ze swoich
uczuć. Nie szczędzi przy tym szczegółów, nawet tych najbardziej osobistych.
Każda najdrobniejsza myśl, detal i ruch zostaje przekazany czytelnikowi.
Książka staje się dzięki temu jakby żywym organizmem. Scott Spencer włożył w
opowieść nie tylko masę uczucia ale też detali, dzięki czemu przedstawiony
świat jest niemal namacalny, jakby prawdziwy.
„I oto uczyniłem następny desperacki krok, lecz czy miałem
jakikolwiek powód sądzić, ze nie zakończy się jeszcze większym nieszczęściem?
Naruszyłem prawo, opuściłem rodziców, oszukałem lekarza, zapewne stracę posadę
w związku. Czy to wszystko było w imię szalonej miłości? Czy całe życie miałem
kroczyć ścieżką wśród pustki, zgliszczy i ruin? A może ścieżka w ogóle nie istniała, może od początku
zgliszcza i pustka były moim jedynym celem?”
Jest to powieść typowo refleksyjna, co w połączeniu z
objętością może być dla niektórych niestety wadą. Nie uświadczycie tu szybkiej
i emocjonującej akcji, dostaniecie za to dużą dawkę melancholii i pięknych
słów. Język jest niezwykle plastyczny i barwny. Autor ma prawdziwy talent do
tworzenia refleksyjnych cytatów, które chętnie zapisywałam podczas lektury.Ma
też niestety talent do pisania całych stron w zasadzie o niczym, posługuje się też
bardzo długimi zdaniami tworzącymi równie długie rozdziały. Co dziwne, wcale
nie czułam się znużona takim tokiem narracji. Pan Spencer ma niezwykle hipnotyzujący
styl, co sprawiło, że nawet nudniejsze fragmenty wcale nie były… nudne. Trzeba
jednak przyznać, że to pozycja raczej dla cierpliwych, a spragnieni akcji
czytelnicy mogą się w niej zwyczajnie nie odnaleźć.
Nie jest to typowy romans jak mógłby sugerować tytuł.
Ukochana głównego bohatera pojawia się bowiem dopiero w połowie powieści. Nie
powiem Wam jak potoczą się losy tej dwójki, ale mogę zdradzić, że nie będzie
łatwo.
Niejednokrotnie historia kojarzyła mi się z dramatem Romea i
Julii, tu jednak nie mamy do czynienia z kilkudniowym obsesyjnym romansem, lecz
prawdziwą destrukcyjną siłą tragicznej miłości. Autor nie szczędzi nam też
długich opisów scen erotycznych, nie ma w nich jednak umiaru czy delikatności.
Wręcz przeciwnie, niekiedy zachowanie bohaterów potrafiło mnie wręcz
zniesmaczyć. Niestety…
„Jeżeli miłość bez granic jest marzeniem, to jest ona marzeniem
nas wszystkich, marzeniem bardziej powszechnym od pragnienia nieśmiertelności,
czy odbycia podróży w czasie, i jeśli czymkolwiek różniłem się od innych, to
nie porywem, ale uporem, chęcią, aby ponieść owo marzenie poza wszelkie
uznawane granice rozsądku i udowodnić, iż nie jest ono wytworem chorej
wyobraźni, lecz stanowi rzeczywistość bardziej prawdziwą niż to naiwne, bolesne złudzenie, które
nazywamy normalnym życiem.”
Teraz będąc już po lekturze „Miłości bez końca” i obejrzeniu
zwiastuna ekranizacji widzę, że historie w nich przedstawione są skrajnie
różne. Autor w dość nietypowy sposób zabrał się do opisywania miłości
nastolatków. Zazwyczaj czytamy o takim uczuciu od samego początku, obserwujemy
pierwsze spotkania, uśmiechy, pocałunki- tak też zapowiada się film. W książce
z kolei zostajemy wrzuceni od razu na głęboką wodę, poznajemy historię uczucia
Jade i Davida jedynie ze strzępów wspomnień, gdyż historia zaczyna się dopiero
w momencie, kiedy bohaterowie się rozstają. Było to ciekawe zagranie ze strony
autora, jak dla mnie dosyć niespotykane. Podobnie dziwi mnie ekranizacja,
jednak chętnie ją obejrzę i porównam z moim wyobrażeniem początków miłości
wspomnianej pary.
„Nie dostrzegamy przyszłości. Z trudem chwytamy się dziwnych
wersji przeszłości. Widzimy tylko to, co jest bezpośrednio przed nami. Prawie
nic nie rozumiemy. Można wytrzymać jedynie wtedy, gdy się człowiek niczym nie
przejmuje. Ja się przejmuję i nie mogę wytrzymać.”
O CZYM?„Miłość bez końca” udowadnia jak
potężną siłą są nasze uczucia oraz jak jeden desperacki krok potrafi zmienić
całe życie. Jest to opowieść o miłości, która nie zna granic i trwa wiecznie,
lecz jest też okrutna, niesprawiedliwa a nawet tragiczna. Książka nie spodoba
się wszystkim jest dosyć nietypowa i inna. Jest jednak też oryginalna,
naszpikowana emocjami i niezwykle smutna.
Idealny prezent walentynkowy dla tych, którzy nie wierzą w szczęśliwe
zakończenia.
Nikt nie powinien być więziony ani zamykany z dala od
świata, w którym żyją inni ludzie. Izolacja, sprawia, że człowiek zmienia się w
płochliwe, zaszczute zwierzątko, niezdolne do odnalezienia siebie w realnym
życiu. Jednak nawet, kiedy brak już nadziei, kiedy za sprawą kilku zdań cały
świat rozpada się w pył, gdy cała wiara zostaje rozwiana gwałtownie szyderczym
śmiechem, nawet wtedy nie można się poddawać. Trzeba walczyć. Dla siebie. Dla
tych, którzy cię potrzebują.
Cathy i Chris po tragicznych wydarzeniach, które rozegrały
się na ponurym poddaszu Foxworth Hall, w końcu decydują się na ucieczkę. Trzy
lata, cztery miesiące i szesnaście dni. Tyle czasu rodzeństwo spędziło wiezione
przez matkę, która jak się okazało, truła swoje dzieci by nie stracić majątku
zapisanego przez ojca. Okrutny kodycyl zabraniał jej bowiem posiadania
jakiegokolwiek potomstwa. Punktem zwrotnym w historii dzieci okazuje się śmierć
młodszego brata, Cory’ego. Chcąc chronić jego bliźniaczkę Carrie i samych
siebie, rodzeństwo postanawia wyjść z cienia i ujawnić swoje istnienie światu. Oszukani,
upokorzeni, zdradzeni, pozbawieni złudzeń, uciekają od przeszłości, która skradła
im dzieciństwo, odarła z niewinności i w brutalny sposób zmusiła, by przedwcześnie
dorosnąć.
„Wolność… Czy
istniej wspanialsze słowo? Nie, nawet jeśli śmierć wyciągnęłaby po nas lodowate
szpony. A niebo byłoby puste.”
Wolność okazuje się być jednak zupełnie innym uczuciem niż
tego oczekiwali. Razem z nadzieją rodzi się w nich przerażenie obcym,
nieprzyjaznym światem. Dzieci planują udać się na Florydę by tam ułożyć sobie
życie na nowo i rozpocząć karierę cyrkowców. Los i tym razem nie jest dla nich
łaskawy. W trakcie podróży stan otrutej arszenikiem Carrie gwałtownie się
pogarsza. Na ich drodze pojawia się jednak pewna niema kobieta i wyciąga
pomocną dłoń. Rodzeństwo znajduje schronienie w domu owdowiałego,
czterdziestoletniego lekarza, który ofiarowuje im wsparcie i pomoc.
„Życie jednak może być
jak bajka. Zła królowa odeszła z naszego życia, a wkrótce powróci królewna Śnieżka.
Ale to nie ona zje zatrute jabłko. W każdej bajce był smok, który musiał zginąć
, czarownica i różne przeciwności losu, które trzeba było pokonać na drodze do
szczęścia. Wiedziałam już kto w moim życiu grał rolę czarownicy, ale kto
zostanie smokiem?”
Podczas gdy „Kwiaty na poddaszu” były historią dosyć melancholijną
i choć pełną napięcia, to jednak mało dynamiczną, tu sytuacja jest zupełnie
odwrotna. Akcja rozgrywa się na przełomie wielu lat i naprawdę wiele się
dzieje. Jest to czas wielkich zmian, spełniania zaprzepaszczonych dawno temu
marzeń i odkrywania siebie. Choć w życiu rodzeństwa nastają w końcu radosne
dni, cień przeszłości wciąż kładzie mroczne widmo na ich dalsze losy. Skrywane
uczucia i zakazane namiętności ciągle nie dają o sobie zapomnieć i pragną
zerwać się ze smyczy.
Każdy z Dollangangerów radzi sobie z przeszłością na swój
sposób. Chris stara się przebaczyć i zapomnieć, w przeciwieństwie do swoich
sióstr z optymizmem patrzy w przyszłość. Carrie pogrąża się w rozpaczy z powodu
swojej inności wywołanej okrutnym dzieciństwem. A główna bohaterka? Dla Cathy
koszmar wcale nie skończył się wraz z opuszczeniem Foxworth Hall. Dziewczyna
jest rozgoryczona i pełna nienawiści. Jedyne czego pragnie to udowodnić swoją
wartość i zemścić się na matce.
„Wspomnienia? Czym były
wspomnienia? Jedynie narzędziem tortur, niczym innym!”
O CZYM? Jeszcze bardziej wstrząsająca, okrutna,
bolesna i emocjonalna od poprzedniego tomu. Historia dzieci, które przeszły
piekło, i którym udało się z tego piekła uciec. Nie oznacza to jednak wcale, że
się od niego uwolnili. Prześladują ich demony przeszłości, pragnienia, których
nie rozumieją i uczucia, których nie są w stanie okiełznać. Książka jest
całkowicie szokująca, wręcz patologiczna. Jestem pewna, że wstrząśnie każdym,
dlatego nie polecam czytać wszystkich tomów jeden po drugim. Jeśli już przy poszczególnych
tomach jesteśmy: w czytaniu „Płatków na wietrze” zupełnie nie przeszkadza
nieznajomość pierwszego tomu, gdyż cała historia została pobieżnie streszczona
w pierwszym rozdziale. To dosyć nietypowa seria, ponieważ każdy tom tworzy
zamkniętą całość i nie wymaga poznania tomów dalszych, choć są ze sobą ściśle związane.
Jestem jednak pewna, że gdy poznacie historię rodzeństwa i zniewalający styl
Andrews nie oprzecie się pokusie by zwyczajnie czytać dalej.
Czasem jedno tragiczne wydarzenie potrafi całkowicie
zniszczyć człowieka. Roztrzaskać jego życie na drobne kawałeczki i sprawić, że
nie będzie miał już siły dłużej tego znosić. Są jednak ludzie, którym
przytrafiła się więcej niż jedna tragedia. Taką osobą jest Jamie Swan.
Młodziutka, zaledwie szesnastoletnia dziewczyna, której życie ostro dało
popalić. Wszystko zaczęło się od choroby matki. Po jej śmierci ojciec Jamie
popadł w alkoholizm i przestał interesować się córkami. Starsza z nich uciekła
zostawiając siostrę zupełnie samą. Jakby tego było mało, po wypadku dziewczyna
musiała zrezygnować z ostatniej miłości jaka jej pozostała- skoków wzwyż. By
wiązać koniec z końcem musi pracować, lecz ojciec wciąż wyłudza od niej
pieniądze na alkohol. Chyba nie może być już gorzej. Jednak jak szybko się
okazuje, może…
Nastolatka ma jeszcze jeden poważny problem, któremu na imię
Salvador. Przystojny, bogaty, zepsuty i okrutny nastolatek, który stale niszczy
i tak zniszczone życie Jamie. Dziewczyna może wyzwolić się tylko w jeden
sposób. Postanawia przyjąć zakład Salvadora. I choć nie może go wygrać wie, że
musi spróbować. Nie może przegrać swojego życia.
Jest jednak ktoś, kto nagle, zupełnie niespodziewanie staje
po stronie Jamie. Caleb, przyjaciel Salvadora postanawia w końcu wyjść z jego
cienia i udowodnić, że nie jest takim potworem jak on. Co nim kieruje?
Współczucie? Litość? A może coś więcej? Dlaczego nagle postanowił przestać
przyglądać się z boku jak jego przyjaciel krzywdzi Jamie? I najważniejsze: co z
tego wszystkiego wyniknie?
Historia opowiedziana jest z punktu widzenia różnych
bohaterów, dzięki czemu możemy poznać uczucia i emocje większej grupy osób.
Plus należy przyznać autorce za to, że na stosunkowo niewielkiej przestrzeni
(100 stron) nie skupiła się jedynie na jednym wątku. Każdy bohater ma swoje
problemy i przeszłość, każdy z nich na swój sposób cierpi i okazuje to inaczej.
Jest to w istocie, historia o nieszczęśliwych i skrzywdzonych ludziach, który
szukają wsparcia i ukojenia.
Książka, jak każda z resztą, posiada kilka wad. Pierwsza i
najważniejsza to objętość. Czepiam się bo, że lubię grube, opasłe tomiszcza,
ale też dlatego, że czytając odniosłam wrażenie, że nastąpiło pewne ukrócenie
wątków. Jakby autorka musiała zmieścić się na 100 stronach. Historia zaczyna
się naprawdę obiecująco i totalnie szokująco kończy. A środek? Otóż drodzy
państwo, tego środka w zasadzie mało co jest. Po dobrym wstępie dostajemy
zapowiedź tego, co będzie potem, lecz nagle autorka naciska pedał gazu i
błyskawicznie serwuje nam zakończenie. Może to dlatego, że autorzy
przyzwyczaili mnie do tego, że na zakończenie trzeba sobie poczekać, ale miałam
wrażenie, że przespałam to co powinno być w środku. Oprócz tego zauważyłam, że
autorka lubi powtarzać, kilka razy myśli bohaterów, lub bardzo podobne zdania.
Miałam lekkie uczcie dejavu ale nie na tyle silne by jakoś szczególnie to
przeszkadzało. Myślę, że autorka z czasem się wyrobi i będzie pisać bardzo
dobre książki, bo mimo kilku wad zaczyna bardzo obiecująco.
Zaczęłam od wad i pewnie myślicie, że książka niezbyt mi się
podobała. Błąd. „Szlak niepewności” to bardzo przyjemna lektura, którą czyta
się szybko, sprawnie i z zainteresowaniem. Autorce udało się stworzyć
wiarygodne postacie złożone psychologicznie i wielowymiarowe. Chwilami
zawiewało lekko schematem lecz szybko okazywało się, ze wcale nie będzie tak
„typowo”. Książka skupia się na ważnych tematach, takich jak nietolerancja,
patrzenie obojętnie na krzywdę innych, alkoholizm i przemoc. Mamy tu również
bardzo szczery i wiarygodny obraz społeczeństwa małych miasteczek, które nie
tylko nie dostrzega swoich wad, lecz szuka rozrywki w cierpieniu drugiego
człowieka. Przyznam szczerze, że początkowo planowałam wystawić inną ocenę, ale
zakończenie tak mną poruszyło, że dorzuciłam jeszcze jeden grosik.
O CZYM?Życiowa,
przepełniona emocjami historia o cierpieniu, utraconych marzeniach, pasji,
poświeceniu, rodzinnych dramatach i wybaczaniu. Opowieść o dziewczynie, która
walczyła o to by po prostu znów zacząć żyć. Czy Jamie uwierzy w siebie i
zacznie znowu skakać, uśmiechać się, cieszyć z każdego dnia? Czy wyleczy się w
końcu z cierpienia, samotności i odtrącenia. Czy będzie jeszcze kiedyś naprawdę
szczęśliwa? Zachęcam do poszukania odpowiedzi podczas lektury„Szlaku
niepewności”. Gwarantuję,
że książka was zaskoczy.
Ocena:
7/10
Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję wydawnictwu Miasto Książek
Miłość to najpiękniejsze uczucie na świecie. Często rodzi
się w bólu, a jej podtrzymanie niejednokrotnie skazuje na wiele wyrzeczeń.
Zdarza się jednak, że miłość jest zakazana, bezbożna, zła. Ale czy na pewno?
Czy miłość może być złem? Być grzechem? I czy kruche, niewinne dzieci muszą za
ten grzech płacić? Czy są przeklęte na wieki?
To była doskonała rodzina. Piękna matka, przystojny ojciec,
urocze dzieci. Wspaniały dom, dobra praca, wszechobecna miłość i rodzinne
ciepło. Pewnego dnia jednak wszystko się zmienia. Rodzina oczekując na ojca z
przyjęciem urodzinowym nagle przyjmuje nieoczekiwanych gości. Są jak posłańcy
śmierci, niosący najgorsze możliwe nowiny. Ojca już nie ma. I nigdy nie wróci.
Zginął…
„W końcu przywykłam do myśli, ze śmierć jest ślepym żniwiarzem,
niełaskawym dla kochanych i potrzebnych.”*
W obliczu tragedii matka okazuje się być całkowicie bezsilna.
Ukazuje się druga strona medalu, ta, która do tej pory była skryta w cieniu. Rodzina
ma ogromne długi, zastawiony dom, i zupełny brak perspektyw, ponieważ skupiona
jedynie na swym wyglądzie matka, nie jest w stanie zapewnić czwórce swoich
dzieci niczego. Ostatnia droga ratunku prowadzi do Wirginii, do Foxworth Hall-
rodzinnej posiadłości matki dzieci. Ogromny, tajemniczy, stary i mroczny dom
skrywa jednak jeszcze mroczniejsze rodzinne tajemnice i ludzi, którzy wcale nie
uważają rodziny za mile widzianą.
Jednak prawda okazuje się jeszcze okrutniejsza. Cathy, Chris,
Carrie i Cory są bowiem wynikiem, grzesznego i zakazanego uczucia. W czasie,
gdy ich matka próbuje odzyskać miłość i zaufanie ojca, dzieci ukrywają się w
pokoju na poddaszu, pilnowane przez czujną i okrutną babcię. Swe istnienie będą
mogli ujawnić dopiero wtedy, gdy dziadek wybaczy ich matce dawne grzechy… lub
umrze. Ale kiedy to nastąpi?
„Może zakochani wcale nie powinni patrzeć na ziemię? Ziemia
oznacza rzeczywistość, a rzeczywistość frustracje, nieprzewidziane choroby,
śmierć, morderstwa i wszelkie inne tragedie. Kochankowie powinni patrzeć w
niebo, bo tylko tam ich piękne złudzenia nie mogą być podeptane.”*
Plan wydaje się prosty i łatwy do zaakceptowania. „Tylko
kilka dni”- tak mówiła do dzieci matka. Dni jednak zmieniały się w tygodnie, a tygodnie-
w miesiące… Choć miłość matki to coś pierwotnego i niepodważalnego, jednak wraz
z każdym dniem spędzonym na mrocznym poddaszu w dzieciach budziły się nowe,
nieznane uczucia. Niepewność zmieniała się w strach, a strach w nienawiść. Bo
czy zaufanie może być wieczne, bezwarunkowe i zupełnie ślepe? By określić
matkę, zacytuję może moją własną mamę, która czytała tą książkę przede mną: „Miałam
ochotę zwyczajnie przełożyć tą pustą lalę przez kolano i wlać jej trochę oleju
do głowy”. Kobieta budzi bowiem wiele sprzecznych uczuć i emocji. Chcąc dla
swych dzieci pozornie jak najlepiej, wyrządza im ogromną krzywdę.
Książka jest niebywale wstrząsająca i pełna wyrafinowanego
okrucieństwa. Dzieci zostały zamknięte w sekrecie, z dala od innych ludzi, pozostawione
same sobie, pozbawione wiary i nadziei na lepsze jutro i spełnienie marzeń. Mamione
prezentami tak naprawdę pragnęły tylko jednego: wolności. Poddasze staje się
ich światem, tam rosną, dojrzewają zarówno fizycznie jak i emocjonalnie, uczą
się życia, przetrwania i zbliżają się do siebie. Tam również dokonują
wstrząsających odkryć, dowiadują się bolesnej prawdy, doświadczają różnych
aspektów miłości, ale też zła i wyrafinowanego okrucieństwa. Są niczym kwiaty- piękne,
kolorowe i pełne blasku, więdnące jednak z każdym dniem i powoli, cichutko
umierające, w tajemnicy przed całym światem. W przeświadczeniu, że są źli, bo
ze zła się zrodzili. To, co mi nie dawało spokoju i budziło ogromy sprzeciw to
ich postawa. Dlaczego byli tacy ślepi? Dlaczego nie zdecydowali się na jakiś
ruch?
„Wtedy przyszła do mnie odpowiedź, której tak długo szukałam - a
wielokrotnie się zastanawiałam, czym był ten tajemniczy przycisk, włączający
miłość... i pożądanie.(...) Tu chodziło o oczy. Sekret miłości tkwi w oczach, w
sposobie porozumiewania się i mówienia bez otwierania ust.”*
Książka została wydana w roku 1979, co paradoksalnie
stanowiło największe zaskoczenie. Opowieść jest tak świetnie skonstruowana, tak
świeża i niebanalna, że totalnie nie kojarzy mi się z ciężkim stylem, trudnymi
zwrotami, które wyszły z użycia i pewną typowością cechującą dawne dzieła, że
spodziewałam się raczej, że autorka napisała ją zupełnie niedawno. Opowieść
jest więc jakby zaklęta w czasie, uniwersalna, poruszająca bardzo trudne tematy
i to nie te „typowe” o których się nie mówi, lecz zupełnie inne i do tej pory
naprawdę pominięte milczeniem. Myślę, ze jeszcze długo będzie uważana za
ponadczasową i niezwykle aktualną.
O CZYM?Przede
wszystkim o okrucieństwie, zakazanej miłości, rodzinnych tajemnicach i wielkich
tragediach- również tych wewnętrznych. O dojrzewaniu, wierze, wybaczaniu i
nienawiści. Pozycja pełna emocji, często bardzo sprzecznych. O żądzy
pieniądza, która potrafi zatruć nawet najczystsze serce. Bardzo szokująca,
kontrowersyjna, szczera i chwilami trudna do zaakceptowania. Nie można
powiedzieć o niej, że jest „fajna”, bo nic fajnego się w niej nie dzieje. Jest
okrutna, bolesna i budząca całą gamę różnych emocji. Mimo lekkiego pióra
pisarki momentami bardzo trudna. Jednak gdy raz po nią sięgniesz z pewnością już
jej nie odłożysz. Bez względu na to czy spodoba ci się czy nie i tak
przeczytasz ją aż do ostatniej strony. Ostatniej linijki. Ostatniego słowa.
Gwarantuję, że nikogo nie pozostawi obojętnym. Jak dla mnie to prawdziwe
dzieło. Klasyka. Absolutnie wstrząsające.
Ocena:
10/10
A teraz zadanie dla
Was.
Kto przeczytał
recenzję nie powinien mieć z nim w zasadzie większego problemu ;)
Polećcie mi książkę,
która była by tematycznie zbliżona do „Kwiatów na poddaszu”.
Nie chodzi tu o
konkrety, absolutnie. Książka ma być wstrząsająca, kontrowersyjna, szokująca,
okrutna, wzruszająca lub budząca masę uczuć.
Wierzycie w Boga? Wierzycie, że jest gdzieś tam w górze i
czuwa nad nami? Oskar nie wierzy. Zwyczajnie nie ma powodu. Chłopiec umiera.
Wie, że to prawda, choć nikt nie ma na tyle odwagi by powiedzieć mu o tym
wprost. Za sprawą raka od lat jego domem jest szpital, teraz jednak, kiedy
zawiodły wszelkie metody leczenia będzie go musiał opuścić. I to na zawsze.
„Zapominamy, że życie jest kruche, delikatne, że nie trwa
wiecznie. Zachowujemy się wszyscy, jakbyśmy byli nieśmiertelni.”
Najlepszą przyjaciółką i powierniczką Oskara jest Pani Róża,
zwana przez niego ciocią Różą. To stara kobieta, wolontariuszka, odwiedzająca w
szpitalu chore dzieci. Dla Oskara jej wizyty to jednak coś więcej niż tylko
rozmowy. Kobieta, jako jedyna potrafi dotrzeć do jego wnętrza i dać wiarę.
Proponuje ona chłopcu, by ten codziennie pisał list do Boga. By mówił mu o
wszystkim, co go trapi i uszczęśliwia. By wszystkie swoje emocje przelał na
papier. Książka jest właśnie zbiorem listów Oscara do Boga. Są to listy
szczere, autentyczne i pełne emocji.
„Myśli, których się nie zdradza, ciążą nam, zagnieżdżają się,
paraliżują nas nie dopuszczają nowych i w końcu zaczynają gnić. Staniesz się
składem starych śmierdzących myśli, jeśli ich nie wypowiesz.”
Dzięki cioci Róży, Oskar odkrył sposób, w jaki może przeżyć
całe życie w ciągu dwunastu dni, jakie mu pozostały. Każdy jeden dzień jego
pozostałego życia odpowiadał dziesięciu latom. Całe „życie” jakie przeżył w
ciągu tych kilku dni chłopiec, to groteskowe przedstawienie stereotypów o
dorosłych. Oskar w prześmiewczy sposób przedstawia ich lęki, błędy, fobie i
uprzedzenia. Dzięki temu powieść Schmitta nabiera uniwersalnego znaczenia i
staje się historią dla wszystkich- niezależnie od wieku. Mimo, że bohater jest
dzieckiem, to zawarte w książce przesłanie jest kierowane głównie do dorosłych:
dokąd zmierza twoje życie?
„Życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia:
sądzi się, ze dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się,
ze jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu
kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie
zasłużyć.”
Choć jest to opowieść o powolnej i świadomej śmierci,
ukazanej oczami dziecka, a zarazem o tym jak zaakceptować przemijanie i
kruchość czasu, głównym tematem książki nie jest wcale śmierć. Jest nim życie.
Autor stara się przekazać nam za sprawą tych kilku krótkich listów prawdę o
sensie naszego istnienia. A tajemnica życia jest w gruncie rzeczy bardzo
prosta. Należy cieszyć się każdym dniem, ponieważ każdy może okazać się tym
ostatnim.
„Codziennie patrz na świat jakbyś widział go po raz pierwszy.”
Książka mimo swojej nikłej objętości jest po brzegi
naszpikowana pięknymi i na wskroś prawdziwymi cytatami, które są jak małe
mądrości zamknięte w słowach. Historia jest porównywana do „Małego księcia”.
Moim zdaniem „Oskar i Pani Róża” to pozycja lepsza, ponieważ bardziej
realistyczna i dramatyczna, a zarazem oddziałująca na emocje i
niepozostawiająca nikogo obojętnym. Myślę, że każdy powinien choć raz
przeczytać tą powieść. Ja z pewnością jeszcze nie raz do niej powrócę.
Ocena:
10/10
Pozycja obowiązkowa
„Najciekawsze pytania wciąż pozostają pytaniami. Kryją w sobie
tajemnicę. Do każdej odpowiedzi trzeba dodać „być może”. Tylko na nieciekawe
pytania można udzielić ostatecznych odpowiedzi.”
Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym kiedy umrzecie? Większość ludzi z pewnością ma nadzieję, że kiedy nadejdzie ich kolej, będą już sędziwymi staruszkami, świadomymi, że dobrze wykorzystali dany im czas.Będą gotowi. Jednak nie wszystkim jest to pisane. Śmierć jest czymś o czym wolimy nie myśleć. Tak jest lepiej. Po co zadręczać się myślą, że każdy dzień może być naszym ostatnim? Powinniśmy żyć dla tej chwili i cieszyć się, że ją mamy. Czy można pozbawić człowieka nadziei na długie i szczęśliwe życie? Czy niewiedza jest błogosławieństwem, czy przekleństwem? Jak można żyć wiedząc kiedy zginą twoi bliscy? Na te i inne pytania odpowiada nam Rachel Ward, na kartach swojej debiutanckiej powieści, która z miejsca podbiła moje serce.
Kiedy Jem odkryła, że numery, które widzi w oczach wszystkich ludzi to daty śmierci, było już za późno. Gdy jej matka, narkomanka przedawkowała, siedmioletnia wówczas Jem znalazła ją leżącą w łóżku bez życia. Bez numeru. Dziewczyna odkryła, że numery, które widzi to wyroki śmierci. Nie chciała ich znać, dlatego odcięła się od całego świata, zbudowała mur, który miał ją trzymać z dala od tego koszmaru. Wtedy w jej życiu pojawił się Pająk, wysoki, czarnoskóry chłopak, energiczny i pełen życia. Z numerem, który głosi, że umrze za kilka tygodni. Mimo początkowej niechęci, niejako wbrew sobie samej, Jem zbliża się do Pająka. Solidny do tej pory mur zaczyna się kruszyć a ona nie może już go naprawić. A może nie chce?...
Jem jest zamknięta w sobie, skryta, nie odzywa się jeśli nie musi i nigdy nikomu się nie zwierza.Nie jest jednak jedną z tych nieśmiałych dziewczyn, które każdego wieczoru wypłakują oczy w poduszkę użalając się nad swoim zrujnowanym życiem. Jem nigdy nie płacze, jest twarda, niezależna i choć jak sama twierdzi nie jest agresywna, to stać ją na wiele w obronie własnej. Wiecznie kłuci się z matką zastępczą, która jej nie rozumie i wpada w konflikty z prawem. Jedyne czego pragnie to odrobina spokoju. Jest zmęczona ciągłymi wymaganiami i oczekiwaniami ze strony innych.
Pewnego dnia wszystko się zmienia. Stojąc w kolejce do London Eye, Jem zdaje sobie sprawę, że numery wszystkich ludzi są takie same. To może oznaczać tylko jedno: zaraz stanie się coś bardzo złego. Jem i Pająk uciekają a po chwili oboje widzą jak London Eye eksploduje. Wstrząśnięci i zdezorientowani próbują wszystko sobie poukładać wracając do domu dowiadują się, że byli świadkami ataku terrorystycznego. I jak się okazuje są głównymi podejrzanymi... Nie mają wyboru, muszą uciekać. Ta podróż będzie dla obojga wielką próbą i ogromnym wyzwaniem. Wszystko się zmieni, również oni już nigdy nie będą tacy sami. Starając się za wszelką cenę nie dać się złapać, modzi zbliżają się do siebie, odkrywają co tak naprawdę jest ważne, dojrzewają. Jednak czasu nie da się oszukać, numery nigdy się nie zmieniają. A może jednak? Czy jest jeszcze nadzieja dla historii, która nie ma prawa zakończyć się happy endem?
Jak to mówią: apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ale tą pozycję się dosłownie pożera! Ja osobiście nie mogłam się od niej oderwać. Pani Ward prowadzi historię sprawnie i bez zgrzytów, co chwila wywołując nagłe skoki adrenaliny. Niektórych początkowo może denerwować nieco zachowanie głównej bohaterki i jej podejście do życia, głównie starszych i tych, którzy już nie pamiętają jak ciężki jest żywot nastolatka ;-) Mi jednak ciężko było ją winić wiedząc jak wiele przeszła i z jaką świadomością musi borykać się każdego dnia. Na pochwałę zasługuje również oprawa graficzna, która naprawę pięknie się prezentuje. Autorka porusza ważne kwestie, lubię kiedy autorzy nie boja się pisać o trudnych tematach. Motywem przewodnim jest tu jednak śmierć i całość naprawdę daje do myślenia. Czy polecam? Absolutnie tak! To jedna z tych książek, które po prostu trzeba przeczytać, bo dają czytelnikowi coś więcej niż tylko oderwanie od rzeczywistości na kilka godzin.
Ocena: 9/10
Na koniec polecam wam piosenkę zespołu Nickelback "Savin Me", która towarzyszyła mi podczas czytania, głównie za sprawą teledysku, który idealnie pasuje do tej pozycji.Wokalista ma niesamowity głos. Mam nadzieję, że się spodoba. (Chciałam wstawić ale blogspot odmawia współpracy)