Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmos. Pokaż wszystkie posty

18 września 2019

„Zenith”- Sasha Alsberg, Lindsay Cummings

Wyd. We Need Ya | Org. Zenith |Seria Androma Tom I | 624 str. | 39,90 zł | Data wydania: 05.06.2019 r. 

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce Mirabel…

Cała Galaktyka Mirabel drży w obawie przed Andromą Racellą, znaną również jako Krwawa Baronowa. To kosmiczna piratka, która za odpowiednią sumę zabije każdego i podejmie się nawet najbardziej niebezpiecznego zadania. Choć Androma ma na sumieniu wiele istnień nie jest zupełnie pozbawiona serca. Dla niewielkiej załogi swojego kosmicznego okrętu, jest gotowa na każde poświęcenie. Kocha swoje towarzyszki jak własną rodzinę, a ich bezpieczeństwo jest dla niej najważniejsze. Choć Krwawa Baronowa jest nieuchwytna i sieje postrach, daje się złapać w pułapkę swojego największego wroga. Ten jednak zamiast ją zabić, zleca jej niemożliwą do wykonania misję. By ochronić swoją załogę, Andi zgadza się wypełnić zlecenie o wiele niebezpieczniejsze niż wszystkie dotychczasowe. Jakby tego było mało ma działać ramię w ramię z byłym kochankiem, który złamał jej serce. Jednak bohaterowie nie wiedzą jeszcze, że są tylko pionkami w galaktycznej grze o władzę, a ich misja wywoła lawinę konsekwencji, którą odczuje cała Mirabel.

8 grudnia 2017

„Spektrum. Leonidy”- Nanna Foss

Wyd. Driada | org. Spektrum. Leoniderne Tom I | 544 str. | 34,99 zł | Premiera: 29.11.2017 r.

Tajemnicze sny, ukryte moce i burza leonidów

Czasem koszmary bywają bardzo rzeczywiste. Ale co, jeśli nagle zaczynają przenikać do rzeczywistości? Nastoletniej Emi zaczynają śnić się niepokojące rzeczy. W jednym z jej koszmarów pojawia tajemniczy chłopak o niesamowicie turkusowych oczach, którego szkicuje tuż po przebudzeniu. Jak to możliwe, że następnego dnia Emi spotyka go w szkole? I dlaczego w momencie gdy chłopak ze snu i jego siostra bliźniaczka pojawią się w świecie Emi, nagle zaczynają się dziać całkowicie niepojęte rzeczy?

20 października 2015

Na ekranie: „Marsjanin” reż. Ridley Scott

org. "The Martian"/ 141 min./ 02.10.2015 r.


Opis:
Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…

17 sierpnia 2014

„Strażnicy Galaktyki”



Opis:
Zuchwały awanturnik Peter Quill kradnie tajemniczy artefakt stanowiący obiekt pożądania złego i potężnego Ronana, którego ambicje zagrażają całemu wszechświatowi. Chcąc uniknąć gniewu Ronana, Quill zmuszony jest zawrzeć niewygodny sojusz z czterema niemającymi nic do stracenia outsiderami: Rocketem – uzbrojonym szopem, Grootem – drzewokształtnym humanoidem, śmiertelnie niebezpieczną i tajemniczą Gamorą i żądnym zemsty Draxem Niszczycielem. Kiedy główny bohater odkrywa prawdziwą moc artefaktu i zagrożenie, jakie stanowi on dla kosmosu, musi zmobilizować swoich niesubordynowanych towarzyszy do ostatniej bitwy, od której zależą losy galaktyki.

Zwiastun z dubbingiem:

Zwiastun z napisami:
(Ja wybrałam się na napisy i to własnie je polecam bardziej)

Recenzja:
Gwiezdne wojny na wesoło

Jeśli mam być szczera, oglądając po raz pierwszy zwiastun „Strażników Galaktyki”, nie byłam wcale zachwycona. Zaciekawiła mnie jedynie wpadająca w ucho muzyka, ale zarówno historia jak i humor raczej nie powaliły mnie na kolana. Nie miałam, więc w kinowych planach na sierpień tego właśnie filmu. Potem jednak, wraz z premierą, jak fala przypływu, zaczęły mnie zewsząd atakować bardzo pozytywne recenzje i inne pieśni pochwalne. Tak się składa, że jestem bardzo podatna na wpływ innych, a akurat bardzo potrzebowałam czegoś, co nieźle by mnie rozbawiło i postanowiłam zaryzykować, spontanicznie rezerwując bilet. Czy się opłaciło?



Na samym początku opowieści poznajemy w szpitalu małego Petera Quilla. Chłopiec jest zagubiony i osamotniony, stara się odciąć od otaczającego go świata słuchając muzyki ze swojego walkmana. Nie ma się, co dziwić jego mama właśnie umiera w szpitalnej sali, a on nie może się z tym pogodzić. Zrozpaczony Peter ucieka z kliniki i nagle… zostaje porwany przez statek kosmiczny. Tego, co wydarzyło się później dowiadujemy się jedynie z kontekstu wypowiedzianych zdań i strzępków rozmów. Po dwudziestu latach Peter (Chris Pratt) jest znanym pod pseudonimem Star-Lord złodziejaszkiem. Cóż przynajmniej chciałby być znany, lecz niestety nikt go nie kojarzy. Jego najnowsza misja to zdobycie Globu (nie pytajcie mnie, czym jest ten przedmiot, nawet Peter „Star-Lord” tego nie wie), jednak ma zgarnąć za niego niezłą fortunę. Nie on jeden na niego poluje. Na jego tropie jest także Gamora (Zoe Saldana)- adoptowana córka mrocznego lorda Kree, z kolei poszukiwanego listem gończym Quilla chce złapać zmutowany szop Rocket (Bradley Cooper- głos) i jego… drzewo, Groot (Vin Diesel- głos). Nieoczekiwanie cała czwórka trafia do więzienia, lecz to dopiero początek problemów. Ronan (Lee Pace)  jest wściekły z powodu zdrady Gamory i chce zdobyć glob za wszelką cenę. Teraz cała czwórka, wraz z poznanym w więzieniu Draxem (Dave Bautista), mimo wzajemnej niechęci, muszą zjednoczyć siły by dokonać niemożliwego i ocalić galaktykę.


Wszystkie recenzje, bezspornie obwieszczały, że to najśmieszniejszy film roku. I choć zawsze wydawało mi się, że jestem raczej osobą wesołą i z poczuciem humoru, to sceny, które naprawdę mnie rozbawiły, mogę zliczyć na palcach jednej ręki. Przyznaję, że trafiały się momenty kiedy faktycznie nie dało się nie wybuchnąć śmiechem, ale większość żartów (głównie na początku) była w moim odczuciu drętwa. A może po prostu ja jestem drętwa? Nie wiem, w każdym razie to nie był w 100% mój typ dowcipów i choć uśmiech towarzyszył mi często, to nie był to raczej śmiech do łez jak wszyscy zapowiadali.


Za to postacie są istną kwintesencją gatunku. Barwni, wielowymiarowi, z przeszłością i tajemnicami. Dajmy na to, taki Peter- klasyczny dupek, z obsesją na punkcie swojego walkmana, ale po prostu nie można go nie polubić. Gamora, też pozytywnie mnie zaskoczyła, bo jak na (początkowo) negatywną bohaterkę, znalazło się w niej zaskakująco dużo dobra. Rocket może nie zawsze trafiał z dowcipami w mój gust, a głos Coopera jakoś nie do końca mi do niego pasował, to i tak wzbudził moją ogromną sympatię. Jednak jak to ja, najlepszych pozostawiam na koniec. Drax- poznany w więzieniu mięśniak, bardzo prostolinijny i kompletnie nierozumiejący metafor, był chyba jedną z najzabawniejszych postaci, głównie dzięki temu, że nie starał się być na siłę śmieszny. No i mój ulubieniec, czyli Groot! Groot to drzewo, które zna trzy słowa, którymi wyraża swoje wszystkie emocje, jednocześnie jest najbardziej pozytywną i nieobliczalną postacią. Rozbawiał mnie i rozczulał na przemian, a moje serce zdobył już od pierwszej sceny ze swoim udziałem!



Jak już się zapewne domyśliliście, film nie powalił mnie na kolana, więc zamiast rozpływać się nad wszystkim, mogłam dostrzec kilka rzeczy, na które żaden normalny człowiek raczej nie zwrócił by uwagi. (Teraz będę się czepiać) Czarny charakter- Ronan był jak dla mnie skrzyżowaniem Lorda Vadera z „Gwiezdnych wojen” (wygląd) i Xerxesa z „300: Początek imperium” (zachowanie). Sami Strażnicy Galaktyki wydali mi się bardzo podobni do drużyny z „Herculesa”, kostiumy i charakteryzacja, kojarzyła mi się z tą zaprezentowaną w Panem w „Igrzyskach Śmierci”, a cały kosmiczny klimat w pewnym momencie przypomniał mi „Grę Endera” a nawet pewien dosyć stary film s-f, bodajże „Pluto Nash”. „Strażnicy Galaktyki” są jednak komedią, więc wcale bym się nie zdziwiła, gdyby te podobieństwa były celowe i miały charakter lekkiej parodii. Zresztą, nie jestem fanką, nie czytam komiksów, co ja w ogóle mogę o tym wiedzieć? ;-)



Żeby nie było, że film kompletnie nie przypadł mi do gustu, dodam jeszcze, że oprócz postaci, bardzo spodobała mi się sceneria i charakteryzacja. Sama opowieść ma bardzo dobre tempo i nie raz zaskakuje, a optymistyczna muzyka nie pozwala się smucić nawet w dramatycznych momentach. Czy więc polecam? Czemu nie, biorąc pod uwagę recenzje, jestem bardziej niż pewna, że większość z Was, będzie zachwycona. Pamiętajcie jednak, by zostać w kinie do samego końca, bo jak zwykle w Marvelu, tak i tu jest bonusowa scena po napisach. Jest to jednocześnie zapowiedź kolejnej części, którą chętnie zobaczę, kiedy już się ukaże, bo wiele intrygujących wątków nie zostało opowiedzianych do końca.

Ocena:

7/10






27 grudnia 2013

„Gra Endera”- reż. Gavin Hood


Opis:


Jest rok 2070, czterdzieści lat po nieudanej inwazji obcych zwanych Formidami. Trwają poszukiwania tych, którzy mogliby poprowadzić Ziemian do zwycięstwa na wypadek powrotu najeźdźców. Władze w sekrecie prowadzą rygorystyczny nabór dzieci i najlepsze z nich wysyłają do orbitalnej szkoły bojowej, gdzie te spędzą dzieciństwo, szkoląc się na przyszłą elitę wojenną w przestrzeni kosmicznej. Do programu szkoleń zostaje włączony młody Ender Wiggin. Chłopiec walczy o swoje człowieczeństwo, pomimo ciągłej rywalizacji z innymi dziećmi, presji, rozgrywek pomiędzy dowództwem oraz tajemniczego wpływu ze strony obcych. Nad szkoleniem Endera czuwa weteran poprzedniej wojny z obcymi, Mazer Rackham, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności odparł wówczas atak na Ziemię. Wyczerpujące bitwy pomiędzy uczniami doprowadzają młodego geniusza na szczyt rankingów szkoły, ale prawdziwa walka odbywa się poza salą treningową - walka o życie, walka z własnymi demonami, walka o ludzkość.

Zwiastun:
moja rada:wystrzegajcie się dubbingu jak ognia! 

„Nie jesteś pierwszym. Ale będziesz ostatnim…”

Świat przyszłości fascynuje nie od dziś. To jak będzie wyglądała nasza planeta za kilkadziesiąt lat to temat stale aktualny i świeży. Powstały setki wizji przyszłości od utopi po dystopie. Pełne nowoczesnej technologii i rzeczy nieosiągalnych dla nas. Swoją wersję nowego świata stworzył również Orson Scott Card w bestsellerze „Gra Endera”. Film o tym samym tytule zagościł w naszych kinach już jakiś czas temu, ale dopiero teraz dane było mi go obejrzeć. Choć science fiction to nie moja bajka, to po fenomenalnym zwiastunie byłam gotowa zainwestować w bilet od razu. Byłam i widziałam. A jakie są wrażenia?



Powiem szczerze, ze początkowo miałam niemałe problemy z wczuciem się w akcję. Wszystko było dziwne inne i nowe. Nie bardzo rozumiałam, co się dzieje, ale mając w pamięci zwiastun liczyłam, że w końcu zrozumiem. W końcu pojęłam, jednak nie wkręciłam się w opowieść tak jak powinnam. 90% całego filmu skupia się wokół szkolenia grupy dzieci na zawodową armię, która jest ostatnią nadzieją Ziemi na pokonanie zagrażających nam obcych. Dlaczego dzieci? Chyba chodzi o to, że „nowy model żołnierza” jak to zostało ładnie nazwane, miał być doskonale wytresowany od podstaw. A dziecko dużo łatwiej ukształtować na swoją modłę. Brygada szkoleniowa zapomniała jednak, że dziecko, w dodatku GENIALNE dziecko, też ma swój rozum i może mieć własne zdanie.


Film skupia się właśnie na poszukiwaniu takiego „genialnego dziecka”. Dziecka, które będzie w stanie poprowadzić armię ku chwale. Takim właśnie małoletnim geniuszem okazuje się Andrew Wiggin zwany Enderem. Cała kadra od początku ma na niego oko i robi wszystko by przygotować do roli przywódcy. Jak szybko się okazuje Ender w swym rozumowaniu przerasta nawet nauczycieli, którzy stale starają się manipulować jego losem lecz do czego to doprowadzi dowiemy się dopiero na końcu.



Osobny akapit należy się też wspomnianym obcym, którzy totalnie mnie zaskoczyli. Słysząc słowo UFO mam w umyśle obraz małego zielonego stworka, jaki zazwyczaj jest nam serwowany. Tak się po prostu utarło. Byłam przygotowana na wszystkie potworności o dziwnych kształtach , tym większe było moje zdziwienie gdy okazało się, że w kosmicznej bitwie przyszło nam walczyć z… Robalami. Oryginalne i niecodzienne rozwiązanie, ale Robale w kosmosie? Jakoś mnie to nie przekonało.




Moje ogólne niezrozumienie niektórych faktów może wynikać z nieznajomości książkowego pierwowzoru. Nie mogę, więc porównać czy odwzorowanie było wierne czy też nie. Wiem jedynie, że książkowy Ender  był znaczne młodszy od filmowego, bo miał zaledwie 6 lat. O ile w książce to przeszło i wyszło podobno świetnie, tak w filmie niestety już by się nie sprawdziło. Jednak Asa Butterfield jako Ender poradził sobie z mojego subiektywnego punktu widzenia naprawdę dobrze. Co innego Harrison Ford, który nie przekonał mnie do swojej postaci zupełnie. Reszta aktorów grała na naprawdę przyzwoitym poziomie, więc nie mogę się przyczepić.



Filmu nie da się nie porównywać do znanych „Igrzysk śmierci”. Tam też grupa dzieci ma stoczyć bitwę. Różnica jest jednak taka, że w Igrzyskach…” dzieciaki mają pozabijać się nawzajem jedynie dla uciechy tłumu. W „Grze…” natomiast dzieci walczą razem przeciw wspólnemu wrogowi. Cel niby bardziej szczytny, lecz jak się okazuje, tak samo bezcelowy jak tamten. Trzeba jednak nam, ludziom, przyznać, że choć wciąż walczymy o pokój na świecie to nic tak nie cieszy jak oglądanie małych dzieci zmagających się ze śmiercią. Czy to nie dziwne? ;)



Akcja filmu rozwija się strasznie powoli. Owszem mamy kilka dynamiczniejszych momentów, jednak to dopiero ostatnie 30 minut zaważyło na tym, że z przeciętnego film stał się fajny. Jeśli liczycie na dynamiczną okołokosmiczną produkcję ze świetnymi efektami, możecie się nieco zdziwić. Jeśli jednak nie nudzi was czekanie na rozwój akcji, lub po prostu lubicie ten typ filmu, to nie ma przeciwwskazań do oglądania. Dla przykładu: mój stały towarzysz kinowy wyszedł z seansu bardzo zadowolony. Może więc puenta jest taka, że to produkcja raczej dla męskiej części społeczeństwa, dla fanów sf lub tych którzy pokochali książkę. Nie wiem. Ja chętnie obejrzę część drugą, by dowiedzieć się, co też jeszcze Ender wymyśli, ale nie sądzę bym powróciła w najbliższym czasie do części pierwszej. Ocena zostaje więc raczej neutralna a wybór pozostawiam Wam.

Ocena:
6/10

25 listopada 2013

„Wszechświaty”- Leonardo Patrignani


„W jakiejś części twojego świata…”

Zapewne większość z Was zastanawiała się kiedyś czy jesteśmy we wszechświecie zupełnie sami? A może nasz wszechświat wcale nie jest jedynym i ktoś, gdzieś w innej czasoprzestrzeni zadaje sobie dokładnie to samo pytanie?

Alex i Jenny spotkali się już wiele razy, nigdy jednak się nie widzieli. Jak to możliwe? Cienka nić, która powstała znikąd łączy ich umysły w jedynym i niepowtarzalnym związku. Podczas utraty świadomości, nastolatkowie tkwią w dziwnym stanie zawieszenia, gdzie przez krótką chwilę mogą się komunikować. Oboje nie mają pewności czy ta druga osoba istnieje naprawdę, czy jest tylko wytworem wyobraźni i choć nie wiedzą gdzie kończy się cienka granica między jawą a snem, postanawiają zaryzykować i odnaleźć się w realnym świecie.

Ryzykując wiele Alex przemierza pół świata by spotkać dziewczynę, która do tej pory istniała tylko w jego umyśle. I gdy wreszcie są w tym samym miejscu i tym samym czasie, pełni obaw i wątpliwości, nagle wszystkie ich złudzenia rozsypują się jak domek z kart. Choć powinni stać obok siebie, tak naprawdę znajdują się bardzo daleko. W zupełnie różnych wymiarach.

„-Alex, dlaczego nie przyszedłeś? Proszę cię, nie mów mi, że nie istniejesz.
- Jenny, jestem na molo. Jestem tutaj!
- Ja także, dokładnie tam, gdzie ty mówisz, że jesteś.”

Początkowo można ulec złudnemu wrażeniu, że książka będzie głównie i przede wszystkim historią miłosną. On żyje w jej umyśle. Ona jest jego bratnią duszą, choć nigdy się nie spotkali. Pokonują bariery czasu i przestrzeni, tylko po to by w końcu poczuć naprawdę swoją obecność. Tchnie romantyzmem. Nie jest to jednak do końca zgodne z prawdą. Uczucie, które połączyło Jenny i Alexa jest tak naprawdę kluczem, który ma otworzyć drzwi do czegoś innego, o wiele większego, potężniejszego i bardziej groźnego. Tylko, co to jest?

Autor miał bez wątpienia bardzo oryginalny pomysł na fabułę, podczas czytania nie można się jednak pozbyć wrażenia, że zmarnował znaczną część z ogromnego potencjału książki. Choć wszystko tchnie świeżością i intryguje, czuć, że coś jest nie tak. Jakby został pominięty pewien bardzo istotny fragment konieczny do zrozumienia w pełni powieści. Można też dostrzec w tekście lekkie odniesienia do innych dzieł, czy jak kto woli „inspiracje”. Była tu szczypta „Zaklętychw czasie”, odrobina „Domu nadjeziorem” (nawet imię bohatera się zgadza), a nawet nikły cień „Przeczucia”.

Mimo to książka od początku zarzuca na czytelnika swe sidła i nie pozwala na oderwanie się od niej nawet na chwilę. Tajemnice się piętrzą, wątpliwości narastają, a czas topnieje. Na bohaterów czeka zagadka, której nie rozumieją i katastrofa, która niczego nie oszczędzi. Czy zrozumieją swoje przeznaczenie zanim wszystko będzie stracone?

O wydaniu słów kilka. To, co rzuca się w oczy na początku, to piękna, hipnotyzująca okładka, która idealnie oddaje wymowę utworu. Okładka zawiera także obwolutę, nie znajdziemy jednak pod nią postaci wpatrzonej w rozświetlony horyzont. Myślę, że przesłanie jest bardzo wymowne i idealnie nawiązuje do teorii wieloświatów. Szkoda tylko, że pod obwolutą nie znajdziemy także tytułu powieści, co od początku wydało mi się trochę dziwne… Charakterystyczne są też grube, niemal kartonowe kartki, które zaledwie 268 stronnicowej książeczce nadają objętości konkretnego tomiszcza o równie potężnej cenie. Prezentuje się cudownie, jednak grube strony w połączeniu z miękkim grzbietem sprawiają, ze bardzo łatwo „skręcić książce kark”, co niestety ja nieopatrznie zrobiłam.

O CZYM? Historia przecząca prawom fizyki i poddająca pod wątpliwość cały nasz świat. Cienka i niepozorna, choć bardzo intrygująca i stawiająca przed czytelnikiem cale morze teorii i jedno podstawowe pytanie: co by było gdyby? Autor w idealnych proporcjach łączy opowieść o miłości, szukaniu bratniej duszy, próbie zrozumienia swojego przeznaczenia z niebanalną teorią światów równoległych. Choć przyznam szczerze, że na koniec trochę się w tych wszystkich wieloświatach pogubiłam i nie znalazłam odpowiedzi na wiele nurtujących mnie pytań (wręcz przeciwnie, dostałam ich jeszcze więcej!), to historia Jenny i Alexa pochłonęła mnie bez reszty i kazała się zastanowić, co teraz robi Patka w wymiarze alternatywnym? ;)

Ocena:
7/10

Za możliwość odbycia fascynującej podróży po wymiarach alternatywnych, dziękuję serdecznie

Wydawnictwu Dreams.



Zobacz też:

.