Wyd. We Need Ya | Org. Zenith |Seria Androma Tom I | 624 str. | 39,90 zł | Data wydania: 05.06.2019 r.
Dawno, dawno temu w odległej galaktyce
Mirabel…
Cała Galaktyka Mirabel drży w obawie przed Andromą Racellą,
znaną również jako Krwawa Baronowa. To kosmiczna piratka, która za odpowiednią
sumę zabije każdego i podejmie się nawet najbardziej niebezpiecznego zadania. Choć
Androma ma na sumieniu wiele istnień nie jest zupełnie pozbawiona serca. Dla niewielkiej
załogi swojego kosmicznego okrętu, jest gotowa na każde poświęcenie. Kocha swoje
towarzyszki jak własną rodzinę, a ich bezpieczeństwo jest dla niej
najważniejsze. Choć Krwawa Baronowa jest nieuchwytna i sieje postrach, daje się
złapać w pułapkę swojego największego wroga. Ten jednak zamiast ją zabić, zleca
jej niemożliwą do wykonania misję. By ochronić swoją załogę, Andi zgadza się
wypełnić zlecenie o wiele niebezpieczniejsze niż wszystkie dotychczasowe. Jakby
tego było mało ma działać ramię w ramię z byłym kochankiem, który złamał jej
serce. Jednak bohaterowie nie wiedzą jeszcze, że są tylko pionkami w
galaktycznej grze o władzę, a ich misja wywoła lawinę konsekwencji, którą
odczuje cała Mirabel.
Wyd. Driada | org. Spektrum. Leoniderne Tom I | 544 str. | 34,99 zł | Premiera: 29.11.2017 r.
Tajemnicze sny, ukryte moce i
burza leonidów
Czasem koszmary bywają bardzo rzeczywiste. Ale co, jeśli
nagle zaczynają przenikać do rzeczywistości? Nastoletniej Emi zaczynają śnić
się niepokojące rzeczy. W jednym z jej koszmarów pojawia tajemniczy chłopak o
niesamowicie turkusowych oczach, którego szkicuje tuż po przebudzeniu. Jak to
możliwe, że następnego dnia Emi spotyka go w szkole? I dlaczego w momencie gdy
chłopak ze snu i jego siostra bliźniaczka pojawią się w świecie Emi, nagle
zaczynają się dziać całkowicie niepojęte rzeczy?
Straszliwa
burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark
Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark
odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez
wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez
łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i
sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawyratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal
natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody
i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o
przetrwanie, w której równie ważną rolę co naukowa wiedza, zdolności techniczne
i pomysłowość odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania
dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…
Zuchwały
awanturnik Peter Quill kradnie tajemniczy artefakt stanowiący obiekt pożądania
złego i potężnego Ronana, którego ambicje zagrażają całemu wszechświatowi.
Chcąc uniknąć gniewu Ronana, Quill zmuszony jest zawrzeć niewygodny sojusz z
czterema niemającymi nic do stracenia outsiderami: Rocketem – uzbrojonym
szopem, Grootem – drzewokształtnym humanoidem, śmiertelnie niebezpieczną i
tajemniczą Gamorą i żądnym zemsty Draxem Niszczycielem. Kiedy główny bohater
odkrywa prawdziwą moc artefaktu i zagrożenie, jakie stanowi on dla kosmosu,
musi zmobilizować swoich niesubordynowanych towarzyszy do ostatniej bitwy, od
której zależą losy galaktyki.
Zwiastun z dubbingiem:
Zwiastun z napisami:
(Ja wybrałam się na napisy i to własnie je polecam bardziej)
Recenzja:
Gwiezdne wojny na wesoło
Jeśli mam być szczera, oglądając po raz pierwszy zwiastun
„Strażników Galaktyki”, nie byłam wcale zachwycona. Zaciekawiła mnie jedynie
wpadająca w ucho muzyka, ale zarówno historia jak i humor raczej nie powaliły
mnie na kolana. Nie miałam, więc w kinowych planach na sierpień tego właśnie
filmu. Potem jednak, wraz z premierą, jak fala przypływu, zaczęły mnie zewsząd
atakować bardzo pozytywne recenzje i inne pieśni pochwalne. Tak się składa, że
jestem bardzo podatna na wpływ innych, a akurat bardzo potrzebowałam czegoś, co
nieźle by mnie rozbawiło i postanowiłam zaryzykować, spontanicznie rezerwując
bilet. Czy się opłaciło?
Na samym początku opowieści poznajemy w szpitalu małego
Petera Quilla. Chłopiec jest zagubiony i osamotniony, stara się odciąć od
otaczającego go świata słuchając muzyki ze swojego walkmana. Nie ma się, co
dziwić jego mama właśnie umiera w szpitalnej sali, a on nie może się z tym
pogodzić. Zrozpaczony Peter ucieka z kliniki i nagle… zostaje porwany przez
statek kosmiczny. Tego, co wydarzyło się później dowiadujemy się jedynie z
kontekstu wypowiedzianych zdań i strzępków rozmów. Po dwudziestu latach Peter (Chris Pratt) jest znanym pod pseudonimem Star-Lord złodziejaszkiem. Cóż przynajmniej
chciałby być znany, lecz niestety nikt go nie kojarzy. Jego najnowsza misja to
zdobycie Globu (nie pytajcie mnie, czym jest ten przedmiot, nawet Peter
„Star-Lord” tego nie wie), jednak ma zgarnąć za niego niezłą fortunę. Nie on
jeden na niego poluje. Na jego tropie jest także Gamora (Zoe Saldana)-
adoptowana córka mrocznego lorda Kree, z kolei poszukiwanego listem gończym
Quilla chce złapać zmutowany szop Rocket (Bradley Cooper- głos) i jego… drzewo,
Groot (Vin Diesel- głos). Nieoczekiwanie cała czwórka trafia do więzienia, lecz
to dopiero początek problemów. Ronan (Lee Pace) jest wściekły z powodu zdrady Gamory i chce
zdobyć glob za wszelką cenę. Teraz cała czwórka, wraz z poznanym w więzieniu Draxem
(Dave Bautista), mimo wzajemnej niechęci, muszą zjednoczyć siły by dokonać
niemożliwego i ocalić galaktykę.
Wszystkie recenzje, bezspornie obwieszczały, że to
najśmieszniejszy film roku. I choć zawsze wydawało mi się, że jestem raczej
osobą wesołą i z poczuciem humoru, to sceny, które naprawdę mnie rozbawiły,
mogę zliczyć na palcach jednej ręki. Przyznaję, że trafiały się momenty kiedy
faktycznie nie dało się nie wybuchnąć śmiechem, ale większość żartów (głównie
na początku) była w moim odczuciu drętwa. A może po prostu ja jestem drętwa?
Nie wiem, w każdym razie to nie był w 100% mój typ dowcipów i choć uśmiech
towarzyszył mi często, to nie był to raczej śmiech do łez jak wszyscy
zapowiadali.
Za to postacie są istną kwintesencją gatunku. Barwni,
wielowymiarowi, z przeszłością i tajemnicami. Dajmy na to, taki Peter-
klasyczny dupek, z obsesją na punkcie swojego walkmana, ale po prostu nie można
go nie polubić. Gamora, też pozytywnie mnie zaskoczyła, bo jak na (początkowo)
negatywną bohaterkę, znalazło się w niej zaskakująco dużo dobra. Rocket może
nie zawsze trafiał z dowcipami w mój gust, a głos Coopera jakoś nie do końca mi
do niego pasował, to i tak wzbudził moją ogromną sympatię. Jednak jak to ja,
najlepszych pozostawiam na koniec. Drax- poznany w więzieniu mięśniak, bardzo
prostolinijny i kompletnie nierozumiejący metafor, był chyba jedną z
najzabawniejszych postaci, głównie dzięki temu, że nie starał się być na siłę
śmieszny. No i mój ulubieniec, czyli Groot! Groot to drzewo, które zna trzy
słowa, którymi wyraża swoje wszystkie emocje, jednocześnie jest najbardziej
pozytywną i nieobliczalną postacią. Rozbawiał mnie i rozczulał na przemian, a
moje serce zdobył już od pierwszej sceny ze swoim udziałem!
Jak już się zapewne domyśliliście, film nie powalił mnie na
kolana, więc zamiast rozpływać się nad wszystkim, mogłam dostrzec kilka rzeczy,
na które żaden normalny człowiek raczej nie zwrócił by uwagi. (Teraz będę się
czepiać) Czarny charakter- Ronan był jak dla mnie skrzyżowaniem Lorda Vadera z
„Gwiezdnych wojen” (wygląd) i Xerxesa z „300: Początek imperium” (zachowanie).
Sami Strażnicy Galaktyki wydali mi się bardzo podobni do drużyny z „Herculesa”,
kostiumy i charakteryzacja, kojarzyła mi się z tą zaprezentowaną w Panem w
„Igrzyskach Śmierci”, a cały kosmiczny klimat w pewnym momencie przypomniał mi
„Grę Endera” a nawet pewien dosyć stary film s-f, bodajże „Pluto Nash”. „Strażnicy Galaktyki” są jednak komedią, więc wcale bym się nie zdziwiła, gdyby te
podobieństwa były celowe i miały charakter lekkiej parodii. Zresztą, nie jestem
fanką, nie czytam komiksów, co ja w ogóle mogę o tym wiedzieć? ;-)
Żeby nie było, że film kompletnie nie przypadł mi do gustu,
dodam jeszcze, że oprócz postaci, bardzo spodobała mi się sceneria i
charakteryzacja. Sama opowieść ma bardzo dobre tempo i nie raz zaskakuje, a
optymistyczna muzyka nie pozwala się smucić nawet w dramatycznych momentach.
Czy więc polecam? Czemu nie, biorąc pod uwagę recenzje, jestem bardziej niż
pewna, że większość z Was, będzie zachwycona. Pamiętajcie jednak, by zostać w
kinie do samego końca, bo jak zwykle w Marvelu, tak i tu jest bonusowa scena po
napisach. Jest to jednocześnie zapowiedź kolejnej części, którą chętnie zobaczę,
kiedy już się ukaże, bo wiele intrygujących wątków nie zostało opowiedzianych
do końca.
Jest rok 2070,
czterdzieści lat po nieudanej inwazji obcych zwanych Formidami. Trwają
poszukiwania tych, którzy mogliby poprowadzić Ziemian do zwycięstwa na wypadek
powrotu najeźdźców. Władze w sekrecie prowadzą rygorystyczny nabór dzieci i
najlepsze z nich wysyłają do orbitalnej szkoły bojowej, gdzie te spędzą
dzieciństwo, szkoląc się na przyszłą elitę wojenną w przestrzeni kosmicznej. Do
programu szkoleń zostaje włączony młody Ender Wiggin. Chłopiec walczy o swoje
człowieczeństwo, pomimo ciągłej rywalizacji z innymi dziećmi, presji, rozgrywek
pomiędzy dowództwem oraz tajemniczego wpływu ze strony obcych. Nad szkoleniem
Endera czuwa weteran poprzedniej wojny z obcymi, Mazer Rackham, który
szczęśliwym zbiegiem okoliczności odparł wówczas atak na Ziemię. Wyczerpujące
bitwy pomiędzy uczniami doprowadzają młodego geniusza na szczyt rankingów
szkoły, ale prawdziwa walka odbywa się poza salą treningową - walka o życie,
walka z własnymi demonami, walka o ludzkość.
Zwiastun:
moja rada:wystrzegajcie się dubbingu jak ognia!
„Nie jesteś
pierwszym. Ale będziesz ostatnim…”
Świat przyszłości fascynuje nie od dziś. To jak będzie
wyglądała nasza planeta za kilkadziesiąt lat to temat stale aktualny i świeży.
Powstały setki wizji przyszłości od utopi po dystopie. Pełne nowoczesnej
technologii i rzeczy nieosiągalnych dla nas. Swoją wersję nowego świata
stworzył również Orson Scott Cardw
bestsellerze „Gra Endera”.Film o tym
samym tytule zagościł w naszych kinach już jakiś czas temu, ale dopiero teraz
dane było mi go obejrzeć. Choć science fiction to nie moja bajka, to po
fenomenalnym zwiastunie byłam gotowa zainwestować w bilet od razu. Byłam i
widziałam. A jakie są wrażenia?
Powiem szczerze, ze początkowo miałam niemałe problemy z
wczuciem się w akcję. Wszystko było dziwne inne i nowe. Nie bardzo
rozumiałam, co się dzieje, ale mając w pamięci zwiastun liczyłam, że w końcu
zrozumiem. W końcu pojęłam, jednak nie wkręciłam się w opowieść tak jak
powinnam. 90% całego filmu skupia się wokół szkolenia grupy dzieci na
zawodową armię, która jest ostatnią nadzieją Ziemi na pokonanie
zagrażających nam obcych. Dlaczego dzieci? Chyba chodzi o to, że „nowy
model żołnierza” jak to zostało ładnie nazwane, miał być doskonale wytresowany
od podstaw. A dziecko dużo łatwiej ukształtować na swoją modłę. Brygada
szkoleniowa zapomniała jednak, że dziecko, w dodatku GENIALNE dziecko, też ma
swój rozum i może mieć własne zdanie.
Film skupia się właśnie na poszukiwaniu takiego „genialnego
dziecka”. Dziecka, które będzie w stanie poprowadzić armię ku chwale. Takim
właśnie małoletnim geniuszem okazuje się Andrew Wiggin zwany Enderem. Cała
kadra od początku ma na niego oko i robi wszystko by przygotować do roli przywódcy.
Jak szybko się okazuje Ender w swym rozumowaniu przerasta nawet nauczycieli, którzy stale starają się manipulować jego losem lecz do czego to doprowadzi dowiemy się dopiero na końcu.
Osobny akapit należy się też wspomnianym obcym, którzy
totalnie mnie zaskoczyli. Słysząc słowo UFO mam w umyśle obraz małego
zielonego stworka, jaki zazwyczaj jest nam serwowany. Tak się po prostu utarło.
Byłam przygotowana na wszystkie potworności o dziwnych kształtach , tym większe
było moje zdziwienie gdy okazało się, że w kosmicznej bitwie przyszło nam walczyć
z… Robalami. Oryginalne i niecodzienne rozwiązanie, ale Robale w kosmosie?
Jakoś mnie to nie przekonało.
Moje ogólne niezrozumienie niektórych faktów może wynikać z nieznajomości
książkowego pierwowzoru. Nie mogę, więc porównać czy odwzorowanie było
wierne czy też nie. Wiem jedynie, że książkowy Ender był znaczne młodszy od filmowego, bo miał
zaledwie 6 lat. O ile w książce to przeszło i wyszło podobno świetnie, tak w
filmie niestety już by się nie sprawdziło. Jednak Asa Butterfield jako Ender poradził sobie z mojego
subiektywnego punktu widzenia naprawdę dobrze. Co innego Harrison Ford, który nie przekonał mnie do swojej
postaci zupełnie. Reszta aktorów grała na naprawdę przyzwoitym poziomie, więc
nie mogę się przyczepić.
Filmu nie da się nie porównywać do znanych „Igrzysk śmierci”. Tam też
grupa dzieci ma stoczyć bitwę. Różnica jest jednak taka, że w „Igrzyskach…”dzieciaki mają pozabijać się nawzajem jedynie dla uciechy tłumu. W „Grze…”natomiast
dzieci walczą razem przeciw wspólnemu wrogowi. Cel niby bardziej szczytny, lecz
jak się okazuje, tak samo bezcelowy jak tamten. Trzeba jednak nam, ludziom, przyznać,
że choć wciąż walczymy o pokój na świecie to nic tak nie cieszy jak oglądanie
małych dzieci zmagających się ze śmiercią. Czy to nie dziwne? ;)
Akcja filmu rozwija się strasznie powoli. Owszem mamy kilka
dynamiczniejszych momentów, jednak to dopiero ostatnie 30 minut zaważyło na
tym, że z przeciętnego film stał się fajny. Jeśli liczycie na dynamiczną okołokosmiczną
produkcję ze świetnymi efektami, możecie się nieco zdziwić. Jeśli jednak nie
nudzi was czekanie na rozwój akcji, lub po prostu lubicie ten typ filmu, to nie
ma przeciwwskazań do oglądania. Dla przykładu: mój stały towarzysz kinowy
wyszedł z seansu bardzo zadowolony. Może więc puenta jest taka, że to produkcja
raczej dla męskiej części społeczeństwa, dla fanów sf lub tych którzy pokochali
książkę. Nie wiem. Ja chętnie obejrzę część drugą, by dowiedzieć się, co też
jeszcze Ender wymyśli, ale nie sądzę bym powróciła w najbliższym czasie do
części pierwszej. Ocena zostaje więc raczej neutralna a wybór pozostawiam Wam.
Zapewne większość z Was zastanawiała się kiedyś czy jesteśmy
we wszechświecie zupełnie sami? A może nasz wszechświat wcale nie jest jedynym
i ktoś, gdzieś w innej czasoprzestrzeni zadaje sobie dokładnie to samo pytanie?
Alex i Jenny spotkali się już wiele razy, nigdy jednak się
nie widzieli. Jak to możliwe? Cienka nić, która powstała znikąd łączy ich
umysły w jedynym i niepowtarzalnym związku. Podczas utraty świadomości,
nastolatkowie tkwią w dziwnym stanie zawieszenia, gdzie przez krótką chwilę
mogą się komunikować. Oboje nie mają pewności czy ta druga osoba istnieje
naprawdę, czy jest tylko wytworem wyobraźni i choć nie wiedzą gdzie kończy się
cienka granica między jawą a snem, postanawiają zaryzykować i odnaleźć się w
realnym świecie.
Ryzykując wiele Alex przemierza pół świata by spotkać
dziewczynę, która do tej pory istniała tylko w jego umyśle. I gdy wreszcie są w
tym samym miejscu i tym samym czasie, pełni obaw i wątpliwości, nagle wszystkie
ich złudzenia rozsypują się jak domek z kart. Choć powinni stać obok siebie,
tak naprawdę znajdują się bardzo daleko. W zupełnie różnych wymiarach.
„-Alex, dlaczego nie przyszedłeś? Proszę cię, nie mów mi, że nie
istniejesz.
- Jenny, jestem na molo. Jestem tutaj!
- Ja także, dokładnie tam, gdzie ty mówisz, że jesteś.”
Początkowo można ulec złudnemu wrażeniu, że książka będzie
głównie i przede wszystkim historią miłosną. On żyje w jej umyśle. Ona jest
jego bratnią duszą, choć nigdy się nie spotkali. Pokonują bariery czasu i
przestrzeni, tylko po to by w końcu poczuć naprawdę swoją obecność. Tchnie romantyzmem.
Nie jest to jednak do końca zgodne z prawdą. Uczucie, które połączyło Jenny i
Alexa jest tak naprawdę kluczem, który ma otworzyć drzwi do czegoś innego, o
wiele większego, potężniejszego i bardziej groźnego. Tylko, co to jest?
Autor miał bez wątpienia bardzo oryginalny pomysł na fabułę,
podczas czytania nie można się jednak pozbyć wrażenia, że zmarnował znaczną
część z ogromnego potencjału książki. Choć wszystko tchnie świeżością i
intryguje, czuć, że coś jest nie tak. Jakby został pominięty pewien bardzo
istotny fragment konieczny do zrozumienia w pełni powieści. Można też dostrzec w
tekście lekkie odniesienia do innych dzieł, czy jak kto woli „inspiracje”. Była
tu szczypta „Zaklętychw czasie”,odrobina„Domu nadjeziorem”(nawet imię bohatera
się zgadza), a nawet nikły cień „Przeczucia”.
Mimo to książka od początku zarzuca na czytelnika swe sidła
i nie pozwala na oderwanie się od niej nawet na chwilę. Tajemnice się piętrzą,
wątpliwości narastają, a czas topnieje. Na bohaterów czeka zagadka, której nie
rozumieją i katastrofa, która niczego nie oszczędzi. Czy zrozumieją swoje
przeznaczenie zanim wszystko będzie stracone?
O wydaniu słów kilka. To, co rzuca się w oczy na początku,
to piękna, hipnotyzująca okładka, która idealnie oddaje wymowę utworu. Okładka
zawiera także obwolutę, nie znajdziemy jednak pod nią postaci wpatrzonej w
rozświetlony horyzont. Myślę, że przesłanie jest bardzo wymowne i idealnie
nawiązuje do teorii wieloświatów. Szkoda tylko, że pod obwolutą nie znajdziemy
także tytułu powieści, co od początku wydało mi się trochę dziwne…
Charakterystyczne są też grube, niemal kartonowe kartki, które zaledwie 268
stronnicowej książeczce nadają objętości konkretnego tomiszcza o równie potężnej
cenie. Prezentuje się cudownie, jednak grube strony w połączeniu z miękkim
grzbietem sprawiają, ze bardzo łatwo „skręcić książce kark”, co niestety ja
nieopatrznie zrobiłam.
O CZYM? Historia przecząca prawom fizyki i
poddająca pod wątpliwość cały nasz świat. Cienka i niepozorna, choć bardzo
intrygująca i stawiająca przed czytelnikiem cale morze teorii i jedno
podstawowe pytanie: co by było gdyby? Autor w idealnych proporcjach łączy
opowieść o miłości, szukaniu bratniej duszy, próbie zrozumienia swojego
przeznaczenia z niebanalną teorią światów równoległych. Choć przyznam szczerze,
że na koniec trochę się w tych wszystkich wieloświatach pogubiłam i nie
znalazłam odpowiedzi na wiele nurtujących mnie pytań (wręcz przeciwnie,
dostałam ich jeszcze więcej!), to historia Jenny i Alexa pochłonęła mnie bez
reszty i kazała się zastanowić, co teraz robi Patka w wymiarze alternatywnym?
;)
Ocena:
7/10
Za możliwość odbycia fascynującej podróży po wymiarach
alternatywnych, dziękuję serdecznie