Wyd. Czwarta Strona | Seria Żniwiarz Tom III | 448 str. | Data wydania: 22.08.2018 r.
Gdy świat zaczyna pogrążać się w chaosie
Mieliście kiedyś wrażenie, że coś obserwuje Was z ciemności,
że widzieliście lub czuliście coś, co nie mogło należeć do naszego świata? Jeśli
tak, to z pewnością był nawi. Potwór, demon, monstrum- nazywajcie te stwory jak
chcecie. Właśnie z takimi osobnikami na co dzień (a raczej co noc) rozprawiają
się Żniwiarze. Tropią, polują i eliminują. Brzmi jak bułka z masłem, ale to
etat, którego raczej nie powinniście im zazdrościć. Spójrzcie chociażby na
Magdę; od kiedy powróciła jako Żniwiarz wiecznie jest posiniaczona, niewyspana
i okropnie nerwowa. Dla żadnego człowieka nie jest to praca marzeń, ale tak się
składa, że Magda nie jest do końca człowiekiem. Podobnie jak jej wujek i
chłopak, który, cóż… to skomplikowane :-) Jednak siniaki, niewyspanie i zawiły
status związku, to najmniejsze problemy dziewczyny. Żądna zemsty na Pierwszym,
który wyrządził jej i całemu społeczeństwu Żniwiarzy wiele złego, nie
dostrzega, że w ciemnościach czai się o wiele poważniejsze zagrożenie. Wkrótce cały
świat może pogrążyć się w chaosie, a jedynym sposobem na powstrzymanie ciemności
okazuje się współpraca z największym wrogiem.
Wyd. Czwarta Strona | Seria Żniwiarz tom II | 432 str. | 36,90 zł | Premiera: 27.09.2017 r.
Polowanie na demony czas
zacząć!
Na pierwszy rzut oka nic nie zmieniło się w Wiatrołomie
przez ostatni rok. Nawi wciąż atakują, a Żniwiarz broni przed nimi ludzi
nieświadomych istnienia potworów rodem ze słowiańskiej mitologii. Jeśli jednak
przyjrzycie się bliżej dostrzeżecie, że zmieniło się wszystko. Z tragedii,
która rozegrała się rok temu w ruinach starego hotelu, nikt nie wyszedł bez
szwanku. Choć bohaterom udało się osłabić największego wroga, pozostaje on
wciąż na wolności. Przyczajony i żądny zemsty. Nie myślcie jednak, że Żniwiarz
i spółka będą bezczynnie czekać na atak Pierwszego. Wręcz przeciwnie, to oni
chcą go odnaleźć pierwsi i przepędzić z
tego świata raz na zawsze.
Wyd. Czwarta strona | seria Żniwiarz tom 1 | 432 str. | 36,90 zł | Premiera: 10.05.2017 r.
Słowiańskie czary i gusła
czyli demonologiczny kurs samoobrony
Wszyscy wiemy, czym jest mitologia. Gdybym zapytała Was o
mitologiczne bóstwa na pewno bez zająknięcia wymienicie co najmniej kilka. Większość
z Was zna całą mitologię grecką i pół egipskiej i może nawet odrobinę
nordyckiej. Ale co wiecie o mitologii słowiańskiej? Ja dotychczas ledwie
wiedziałam o jej istnieniu, a przecież powinna być mi najbliższa skoro odnosi
się do miejsca w którym mieszkam, do obyczajów i wierzeń moich przodków. Co z
tego, że wiem jak rozprawić się z meduzą, skoro bezkost czy spaleniec powaliłby
mnie na moim własnym podwórku. Dzięki Paulinie Hendel już wiem jak się bronić i
przed czym, a przy okazji przeżyłam ekscytującą przygodę u boku prawdziwych
pogromców demonów!
Lubicie elfy? Ja bardzo. To mityczne istoty niezwykle
piękne, mądre i tajemnicze. A jak wiadomo im więcej postać ma sekretów, tym
ciekawsza staje się w naszych oczach. Elfy pojawiały w folklorze i mitach
niemal wszystkich kultur. Nic więc dziwnego, że były przedstawione pod wieloma różnorakimi
postaciami. Istnieją więc elfy światła, mroczne elfy, psotne chochliki… Rob
Thurman wzgardził jednak tymi wszystkimi stworzeniami, zebrał do kupy wszystko
co najgorsze i uszył zupełnie nowego, okropnego, plugawego elfa równie
nieatrakcyjnego z zewnątrz co w środku i nadał im nowe imię- Auphe.
„Aby przeżyć w prawdziwym świecie, trzeba zostawić za sobą
fantazje i wyobrażenia. Problem polega na tym, że nie wszystko to jest
fantazją. […] Potwory są wśród nas. Zawsze tak było i pewnie już tak zostanie.
Zawsze o tym wiedziałem i miałem świadomość, że sam jestem jednym z nich-
przynajmniej w połowie.”
Jednym z takich potworów jest Kaliban Leandros- główny
bohater i narrator „Świata nocy”. Zrodzony z auphe i ludzkiej kobiety jest
jednak w połowie człowiekiem a owa potworność to jedynie stereotyp, który wytworzył
się w jego wyobraźni. Pewnej okropnej nocy mrok upomina się jednak po Kala i
chłopak zostaje porwany. Znika w bramie prowadzącej do świata grendeli (jak sam
nazywa auphe) i choć wraca po dwóch dniach dla niego minęły dwa lata. Niko-
brat Kala jest gotowy zrobić wszystko, bo chronić go przed grendelami. Dlatego
poświęca się temu zadaniu całkowicie, godząc się przy tym na ciągłą ucieczkę i
masę niebezpieczeństw. Gdy bracia znajdują w końcu miejsce gdzie czują się
bezpieczni, a ich koszmary zdają się blednąć, okazuje się, że to dopiero
początek. Auphe wciąż szukają Kala a ich plan okaże się jeszcze bardziej
potworny niż można przypuszczać.
„Powiedzenie głosi, że lew pożera tylko ostatnich uciekających,
ale grendele są bardziej zachłanne. Pożerały także środkowych, a nawet część
biegnących na czele, jeśli ci potknęli się choć raz.”
Zacznijmy od Kala, bo o nim jest cała opowieść. Czy faktycznie
jest potworem jak sam uważa? Cóż, nie bardzo. To całkiem zwyczajny
dziewiętnastolatek, który lubi spać, jeść i mieć święty spokój. Podziwia
kształty swojej koleżanki z pracy, przedrzeźnia starszego brata i lubi
wygłaszać cięte riposty. Mroczna rodzinka nie pozwala mu jednak cieszyć się
tymi pozorami normalności. Od czterech lat chłopak ucieka, choć zaczyna męczyć
go już takie życie. Kal to absolutnie fantastyczny chłopak i doskonały
narrator. Jego teksty czyta się z niegasnącym zachwytem. Chłopak jest pyskaty-
jak by to powiedziała moja mama, zabawny i przede wszystkim szczery do bólu.
Nie wyobrażam sobie by ktoś mógł go nie polubić. Podobnie jak jego brata Niko.
Wyobraźcie sobie tylko: nauczyciel sztuk walki, oczytany, inteligentny, równie zabójczy
co taktowny. Fanatyk zdrowej żywności, którego nic nie jest w stanie
wyprowadzić z równowagi. Dla swojego brata jest gotów poświęcić wszystko. Mój
zachwyt bohaterami okazał się tak wielki, że nazwałam swoje dwa półdzikie koty
ich imionami. One też ciągle uciekają. Nawet kolor futerek pasuje!
„Tworzysz zmarszczki na wodzie. Zmarszczki przechodzą w fale.
Fale zwracają uwagę, a na to nie możemy sobie pozwolić. Fale zatapiają tych,
którzy je wywołali.”
Nie da się uniknąć pewnego rzucającego się w oczy porównania
braci Leandros do duetu Dean & Sam Winchester ze znanego serialu
Supernatural. Z tą różnicą, że bracia Winchester sami pchają się w objęcia
demonów, podczas gdy bracia Leandros chcą uciec przed nimi jak najdalej. Jednak
jedni i drudzy nie boją się wyzwań i potrafią skutecznie skopać wszelkim
potwornościom tyłki.
Jeśli chodzi o innych bohaterów to autor stawia raczej na
jakość a nie na ilość. Nie ma ich zbyt wielu, ale każdy jest na swój sposób
wyjątkowy i nie da się ich zapomnieć. Szczególnie zaintrygowała mnie pewna mała
rudowłosa jasnowidzka, niestety jej wątek został bardzo spłycony i nie mogłam
poznać jej bliżej. Prawdopodobnie jej postać rozwinęła by się w kolejnych
częściach, jednak próżno szukać ich na półkach księgarń gdyż wydawnictwo padło
i nikt jak na razie nie wykazał zainteresowania przejęciem serii. Jednak jeśli
się obawiacie zaczynania niewydanej serii, mogę uspokoić, że zakończenie jest
na tyle zamknięte, że można je uznać za koniec historii.
„Wiara to dziwna rzecz- dużo szybciej się ją traci niż zyskuje.”
O CZYM?Opowieść dwóch braci uciekających
przed okrutnym wrogiem. Równie zabawna, co ekscytująca jak jazda kolejką
górską. Historia braterskiej miłości, poświecenia i odwagi. W sumie nie wiem
czemu akurat Świat
NOCYbo potworności zupełnie nie
zwracają uwagi na porę dnia. Jest to raczej przenośnia, bo mrok jest tu wprost
namacalny. Choć pojawiały się pewne wzmianki autor nie rozwinął w powieści
żadnego wątku romantycznego. Nie utoniecie więc w lukrze i miłosnych
wyznaniach, dostaniecie za to sporą dawkę akcji, walk i adrenaliny. Tempo
powieści jest bardzo szybkie i dynamiczne, stale coś się dzieje, czytelnik jest
rzucany ze skrajności w skrajność. Gwarantuję wiec, że nie będziecie się nudzić
i przeżyjecie ekscytującą przygodę.
Na „Przypływ”czekałam z wytęsknieniem od momentu przeczytania
pierwszego tomu „Trylogii Sary Midnight”.
Choć przyznaję, że wspomniany tom nie był wcale idealny i pozbawiony
jakichkolwiek wad, to miał to, czego książkom potrzeba ogromny potencjał, który
nie został zmarnowany. Czułam więc lekki niedosyt, ale jednocześnie byłam bardzo
zaintrygowana i ciekawa rozwoju akcji. Teraz, po lekturze „Przypływu”
jestem absolutnie zauroczona i na zabój zakochana w serii, ponieważ ten tom
okazał się jeszcze lepszy od poprzedniego.
Z „Wizjami” rozstaliśmy się w dosyć dramatycznym momencie,
kiedy to wróg Sary został pokonany, przez tajemniczego Nicholasa, który
odwiedzał ją w snach, domniemany kuzyn i opiekun dziewczyny został zdemaskowany
i odprawiony bez możliwości wyjaśnień. Ale co dalej? Odpowiedzi na wszystkie
nurtujące czytelników pytania, udziela nam autorka w znakomitej kontynuacji trylogii.
Sara- spadkobierczyni Tajnych Rodzin wciąż nie może się czuć bezpiecznie. Wojna
z demonami trwa w najlepsze a atak może nadejść w każdej chwili. Odprawiony z
kwitkiem Sean czuje się odpowiedzialny za dziewczynę, której los złożył w jego
ręce na łożu śmierci najlepszy przyjaciel. Nie może jednak wrócić niechciany do
jej życia obserwuje więc Sarę z ukrycia, dba o jej bezpieczeństwo i modli się
by jego serce nie pękło kiedy widzi ukochaną w objęciach innego. W objęciach Nicholasa.
„Ból to tajne stowarzyszenie
Które zaprasza do siebie tych,
Którzy go czują”
Sam Nicholas, od początku równie intrygujący, co podejrzany,
zaczyna nabierać w naszych oczach coraz wyraźniejszych kształtów i nowego
wyrazu. Jest tajemniczy, arogancki, zaborczy, mroczny. Dlaczego w jego
obecności Sara staje się dziwnie obojętna? Gdzie podziały się jej mroczne sny o
demonach, będące dziedzictwem kobiet rodziny Midnight? Pytania się piętrzą, nie
wiadomo komu ufać. Kto jest wrogiem a kto przyjacielem?
„-Słuchaj swojego serca.
Sara skrzywiła twarz i odwróciła wzrok.
- Próbuję. Ale zawsze jest wokół tyle dźwięków.”
To, co zaobserwowałam już przy lekturze pierwszej części to
niezwykła złożoność i wielowymiarowość stworzonego przez autorkę świata. Często
ubolewam nad faktem, że autorzy skupiają się na głupotach, zupełnie zapominając
przy tym, że czytelnik nie zna wcale świata, w którym żyją bohaterowie i bardzo
chciałby to zmienić. Podczas gdy bohaterki innych powieści tego gatunku chodzą
na bale, poświęcają mnóstwo stron na bezsensowne monologi, pieśni pochwalne dla
swoich obiektów westchnień, czy użalanie się nad sobą, Daniela Sacerdoti
wykorzystuje te strony na pokazanie nam świata swojej bohaterki. Świata,
pełnego demonów, śmierci i złowrogiej magii.
„Jesteśmy jak orkiestra na Titanicu- grająca gdy statek tonie.”
Po raz kolejny możemy też zaobserwować świat z wielu różnych
perspektyw. Autorka bawi się stylem i nie pozwala zamknąć w żadnych ramach.
Opisuje wydarzenia z różnych punktów widzenia i stosuje różne typy narracji.
Dzięki temu możemy wczuć się bardziej w emocje, kiedy sytuacja tego wymaga, ale
nie jesteśmy też ograniczeni jednym narratorem, który ma swój własny punkt
widzenia. Dzięki temu zabiegowi historia nabiera wyrazu, kształtów i
charakteru. I choć może Wam się wydawać, że to trochę męczące, mogę zapewnić,
że autorka robi to z taką naturalnością i lekkością, że ani przez chwilę nie
staje się wadą. Wręcz przeciwnie, to zaleta. I to ogromna.
„Rany na duszy
Te, których nigdy nie ujrzysz
Nigdy się nie zagoją”
O ile „Wizje”,porównywałam do innej powieści, teraz absolutnie
nie mogę tego zrobić. I nie muszę. Powieść jest tak dobra, że wypracowała dla
siebie własną markę i nie potrzebuje dodatkowych rekomendacji. Styl autorki,
choć wcześniej już bardzo dobry, teraz jeszcze się poprawił. Historia staje się
bardziej mroczna, brutalna i wciągająca. Wprost nie mogę doczekać się finału!
O CZYM?Kolejną podróż z Sarą Midnight po
świecie demonów zaczynamy dosyć sentymentalnie- od wspomnienia. Jest to
wspomnienie mroczne i smutne, a opowiada ono o śmierci jej babki. Początkowo
może się wydawać, że jego jedynym zadaniem jest wprowadzenie czytelnika w
klimat opowieści, ale jak się później okazuje, owe wspomnienie jest kluczem do
zagadki, której rozwiązanie odkrywany dopiero na koniec. Co stało się z ciotką
Sary, Mairead? Jak przetrwać nadchodzącą wojnę z demonami? Bohaterowie szukają
odpowiedzi na Islay w rezydencji Midnight Hall. Czy uda im się znaleźć to,
czego szukają? Jedno jest pewne- nagły przypływ emocji gwarantowany!
31 stycznia, w
dniu oficjalniej premiery książki, jak mówikalendarz świąt nietypowych,
przypada MiędzynarodowyDzień Przytulania. Warto
więc z tej okazji nabyć własny egzemplarz „Przypływu”i przytulić serdecznie do czytelniczego serca.
Gwarantuję, ze się nie rozczarujecie!
Dziewczyna wciąż rysuje dziwne znaki, widzi
rzeczy, których nie widzą inni ludzie, a pewnego dnia zostaje świadkiem
morderstwa, którego nikt nie jest w stanie dostrzec. Akcja nabiera tempa, kiedy
matka dziewczyny () zostaje porwana a w zdemolowanym mieszkaniu Clary spotyka…
demona.
Czy dziewczyna może zaufać Jace’owi i jego
przyjaciołom, którzy twierdzą, że demony istnieją a oni jako Nocni Łowcy chronią
przed nimi świat? Czy uwierzy, że tak naprawdę wcale nie jest zwykłą śmiertelniczką
tylko jedną z nich? I czy słuchanie serca to w tym przypadku dobre
rozwiązanie?...
Zobacz,
co niewidzialne.
Odkryj
swoje przeznaczenie…
O ekranizacji pierwszego tomu
sześciotomowej trylogii (tak, ja też uważam, że strasznie głupio to brzmi, ale autorkę poniosło) huczy od dawna. Fani z ekscytacjąśledzili poczynania ekipy, gorąco komentowali wybór aktorów, a później pierwsze plakaty i zwiastuny. O filmie było
głośno jeszcze zanim powstał.
A teraz, po premierze? Jako jedna z fanek serii wybrałam
się do kina by sprawdzić, czy ekipie „się udało”. A teraz opowiem wam o wrażeniach.
Do kina wchodziłam
z niemałymi
obawami. Głupia sprawa, przecież do kina człowiek idzie by się zrelaksować, prawda? Ja jednak strasznie się bałam. A czego? Rozczarowania. Spójrzmy tylko na
takie produkcje jak całkowicie niepodobny do książkowego pierwowzoru „Percy Jackson” czy nie do końca udane „Piękne Istoty”. Jak się jednak okazało z „Miastem Kości” wcale nie było tak źle. Co więcej: było bardzo dobrze!
FABUŁA:
Ci, którzy przed przyjściem do kina powtórzą sobie lekturę, by być „na świeżo”, lub zwyczajnie mają obsesję i czytają sobie serię na wyrywki przed snem, mogą wyjść z kina lekko rozczarowani. Choć film oddaje fabułę
w miarę wiernie, to nie udało
się jednak pokazać wszystkiego, co powinno zostać pokazane. Zanim się wkurzycie, pomyślcie jednak ile czasu zajęło
wam czytanie książki.
Film trwa ok. dwie godziny, więc nie ma takiej możliwości, by
wszystko zmieścić w tak okrojonych ramach czasowych. To, co najważniejsze zostało jednak przedstawione, co bardzo mnie cieszy.
Dla tych, którzy czytali książkę, pewna ciekawostka: scena w ogrodzie oraz późniejsza, przed drzwiami Clary jest identyczna jak
w książce!
STRONA WIZUALNA:
To chyba, obok dobrej fabuły
oczywiście, jedna z najważniejszych kwestii, decydujących o tym czy film się spodoba. Zdarzają się filmy ciekawe, lecz całkowicie
nieciekawie zrealizowane, lub takie, które brak jakiejkolwiek fabuły
nadrabiają oszałamiającą grafiką
i ogłupiającymi kolorami. „Miasto Kości” pod względem wizualnym jest filmem bardzo widowiskowym.
Mamy tu imponujące
budynki, rzeźby, demony,
ale też takie drobnostki jak detale czyli tatuaże czy stroje aktorów. Wszyscy z pewnością będą zaskoczeni skąpym
ubiorem Clary w scenie na przyjęciu u Magnusa oraz jego, niemniej skąpym strojem ;-)
Jeśli miałabym porównywać ogólną grafikę (choć porównywać nie lubię!) to zestawiłabym film z „Harrym Potterem”. Ten sam przepych i
dbałość o szczegóły. Coś pięknego.
AKTORZY:
Lily Collins jako Clary Fray wypadła
naprawdę wiarygodnie i przekonywująco. Na jej niekorzyść wpływa jedynie niedostateczna rudość włosów. Gra aktorska jest satysfakcjonująca, dobrze wczuła się w graną przez siebie postać i oddała jej charakter.
Jamie Campbell Bower jako Jace
Wayland- dużo osób
protestowało przeciwko temu wyborowi. Do roli Jace’a już od bardzo dawna typowano Alexa Pettyfera i choć był on brany pod uwagę na ostateczny wybór wpłynęło
kilka czynników. Po pierwsze: Alex wyglądał doskonale kiedy miał
17 lat. Teraz jest grubo po 20- stce i już nie ma w sobie tego czaru co dawniej. Zwyczajnie
przestał
pasować. Po drugie: zdolności aktorskie Alexa nie są tak powalające jak jego uroda. Po trzecie: Alex wcale nie
zjawił się na castingu… On też zdaje sobie sprawę, że jest już dojrzałym facetem i wiąże swe nadzieje z filmami dla nieco starszych
widzów i nie chce być
dłużej utożsamiany z kinem młodzieżowym. Po czwarte i najważniejsze: Jamie całkowicie zachwycił
podczas castingu nie tylko twórców filmu, ale też samą Cassandrę Clare, autorkę sagi.
Miałam
nadzieję, że podoła. Nie podołał… Jace był arogancki, tajemniczy, ale też słodki. Taki typ, którego chce się zabić i przytulić jednocześnie. Jamie zupełnie nie potrafił
tego oddać i choć faktycznie gra dobrze, to na mnie jego czar nie
podziałał…
Robert Sheehan jako Simon
Lewis- do tego wyboru nie mam absolutnie ŻADNYCH zastrzeżeń. Był perfekcyjny w każdym calu: wygląd, zachowanie, humor, emocje. Cały
Simon. Doskonały wybór.
Jemima West jako Isabelle Lightwood
była
doskonała:
piękna i zabójcza. Nie mogę tego samego powiedzieć jednak o Kevinie Zegers, który jako jej filmowy
brat Alec, zupełnie się nie spisał.
Godfrey Gao jako Magnus Bane
był
z kolei fantastyczny. Chyba jego postać była najciekawsza i najlepiej odwzorowana ze
wszystkich.
Chciałabym
jeszcze wspomnieć
o innych aktorach, ale w końcu nie starczy mi miejsca.
OGÓLNIE gra aktorska w „Mieście Kości” ma naprawdę wysoki poziom. Bohaterowie są wiarygodni i wyraziści. Poza małymi rodzynkami oczywiście.
MUZYKA:
Niby mało
istotne, ale wszyscy zwracamy na nią uwagę. To muzyka pozwala budować napięcie, dodaje dynamizmu i osobliwego charakteru
scenom. Ścieżka dźwiękowa w moim odczuciu była
bardzo trafiona. Szczególnie utkwił mi w pamięci kawałek Demi Lovato- „Heart by Heart”, który na początku w ogóle mi się nie podobał a teraz nie chce się ode mnie odczepić. Jak widać wrodzony romantyzm prędzej czy później wychodzi na wierzch ;)
Na ścieżce znalazły się też takie utwory jak: Magnetic- Jessie J, 17 crimes-
AFI, Into the lair- Zedd, Breathe -Pacific air. Całąścieżkę można już znaleźć na YouTube ;)
OCENA:
Nie wiem jak odebrałabym
film gdybym nie czytała książki. Z pewnością nie wyłapałabym wszystkich wątków i nie zrozumiała wszystkiego jak
należy. Dlatego radziłabym najpierw
czytać a potem oglądać. Mimo wszystko film bardzo mi się spodobał i z pewnością jeszcze nie raz go obejrzę. Tymczasem zachęcam do pójścia do kina oraz odwiedzenia księgarni, tym bardziej, że czytelnicy, którzy dopiero zaczynają przygodę z Nocnymi Łowcami są w o tyle komfortowej sytuacji, że mogą wybierać miedzy trzema okładkami: oficjalną polską (brzydką…), zagraniczną (ładną) i filmową (czyli po prostu filmową). Książkę oceniłam na 10/10, filmowi daję dwa punkty mniej i czekam niecierpliwie na
kontynuację!