16 lutego 2017

(Nie)księżniczka i półbóg na misji ratunkowej. Vaiana: Skarb oceanu [recenzja animacji]


 Czas odnaleźć swoje „ja”

Wśród starych plemion wartość dawnych legend jest niezmierzona, a płynąca z nich nauka może stać się drogowskazem również dla przyszłych pokoleń. Vaiana od zawsze kochała legendy opowiadane przez jej lekko szaloną babcię, kochała również ocean, który z niewiadomych przyczyn pokochał również ją, dając niesamowity prezent, który po latach stanie się ogromnym brzemieniem, ale i jedyną szansą wyspy na ocalenie. Dawne legendy bowiem nie kłamią, a straszliwa klątwa rozprzestrzenia się po lagunie i dosięga również domu Vaiany. Jest tylko jedna szansa na ratunek. Dziewczyna musi wypłynąć poza lagunę, odnaleźć półboga Maui i nakłonić go by posprzątał bałagan, którego jest sprawcą. W teorii bułka z masłem, problem w tym,  że Vaiana trzymana jest pod kloszem przez swojego ojca wodza, nie ma najmniejszego pojęcia o żeglowaniu, a poszukiwany półbóg okazuje się zaskakująco nieskłonny do współpracy.


 Już na pierwszy rzut oka widać, że „Vaiana” jest historią nie tylko dla maluchów, ale i dla nieco starszych widzów. Nastoletnia bohaterka, stojąc na krawędzi dorosłości, zastanawia się coraz częściej nad swoim własnym „ja”, nad oczekiwaniami jakie ma wobec życia, a także nad marzeniami. Jednocześnie naprzeciw jej własny oczekiwaniom stoją wymagania innych. Jako córka wodza, ma przejąć dowodzenie nad plemieniem i jest odpowiedzialna za jego bezpieczeństwo. Samobójcza misja nie jest wskazana dla śmiertelniczki, której przyszłość jest tak szczegółowo zaplanowana.

Nie mogę uniknąć porównań „Vaiany” do innej animacji- „Krudowie”. Tam również ważną rolę odegrał motyw ojca, który kierowany troską i miłością, podcina swojemu dziecku skrzydła i uniemożliwia spełnianie marzeń. Obydwie produkcje łączą główne bohaterki, ciekawe świata, odważne i buntownicze. Ostatecznie obydwie dziewczyny mimo wielkiej miłości do ojców, buntują się i postanawiają iść własną ścieżką.



Do niepodważalnych zalet produkcji można zaliczyć jej stronę wizualną, która w nikim chyba nie wzbudzi zastrzeżeń. Przepiękne wizje wysp i laguny, cieszą oko, ale nie są w stanie przyćmić pary głównych bohaterów, którzy okazują się niesamowicie barwni, szczególnie we wspólnych scenach. O Vaianie powiedziałam już co nieco, ale to Maui jest tu prawdziwą gwiazdą. Jak na półboga przystało, jest trochę zarozumiały, zadufany w sobie i bezkrytyczny. Współpraca z nim nie należy do łatwych, a słowne przepychanki między nim a Vaianą, wnoszą do historii trochę uśmiechu. Po kilku genialnych komediach animowanych, tego śmiechu ciągle brakuje mi w nowych produkcjach i tu również czuję niedosyt. Komediową stronę animacji ratował jednak pasażer na gapę- kurczak, który jak na niemego bohatera okazał się najzabawniejszym ze wszystkich jakich miałam okazję poznać, choć jego postać w lekkim stopniu może budzić skojarzenia do wiewióra z „Epoki Lodowcowej”.



Na szczęście dubbing wyszedł nawet przyzwoicie i naturalnie. Genialnym posunięciem okazało się umieszczenie w roli Mauiego satyryka Igora Kwiatkowskiego, który jest absolutnym mistrzem modulacji głosu, ale wiecie, mogę nie być obiektywna, bo uwielbiam Paranienormalnych. Jeśli chodzi o piosenki nie byłam ich fanką nawet jako dziecko i tym razem również nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Odczułam wręcz, że straciły wiele w tłumaczeniu, a na tekstach, jeśli mam być szczera , ciężko było mi się skupić. Jedynie refreny dwóch głównych piosenek: „Drobnostki” i „Pół kroku stąd”, nawet wpadały w ucho, ale muzycznie wciąż daleko tej produkcji do takich gigantów jak chociażby „Kraina lodu”.

Podsumowując: „Vaiana: Skarb oceanu”, to istna uczta dla zmysłów, zwłaszcza dla oczu, bo piękno tej produkcji naprawdę zachwyca. Jest świeżo, lekko radośnie i kolorowo.  Mimo kilku słabych stron, w ostatecznym rozrachunku dostajemy piękną i mądrą opowieść, z odrobiną buntu i szaleństwa, ale przede wszystkim masą przygód. Największą zagadką jest dla mnie zmiana tytułu. Co było nie tak z Moaną, że przechrzczono ją na Vaianę? Przecież nie brzmi wcale lepiej i nawet wymawia się podobnie… Macie jakieś pomysły?


7 komentarzy:

  1. Bajka dla mnie była średnia. Disney potrafi stworzyć o wiele lepsze produkcje, niestety od "Krainy Lodu" mu się to nie udaje. Ale "Vaiana: Skarb oceanu” z pewnością spodoba się dzieciom i miłośnikom Disneya.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. "Okazało się że w większości Europy "Moana" jest imieniem chronionym prawami autorskimi. Taka sytuacja jest nie tylko u nas, również chociażby we Włoszech, Hiszpanii i Francji. W tych krajach zdecydowano się zmienić na Vaiana, bo raz że brzmi podobnie, a dwa że nie chcieli kierować się wyłącznie wymową, ale chcieli żeby imię miało też znaczenie (Moana znaczy ocean, a Vaiana znaczy source, czyli źródło." - cytat z filmwebu ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Byłam w kinie nawet na tym :) Bajka nie najgorsza, ale nutka z niej wpadła mi w ucho

    OdpowiedzUsuń
  4. Animację tą od dłuższego czasu mam na swojej liście MUST WATCH :)

    Pozdrawiam
    ifeelonlyapathy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie oglądałam jeszcze, ale na pewno obejrzę chociaż na pewno nie w najbliższym czasie.
    Pozdrawiam
    Biblioteka Tajemnic

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku!
Bardzo dziękuję za przeczytanie mojego tekstu, to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Znasz już mój punkt widzenia, będę bardzo wdzięczna jeśli podzielisz się również swoim. A jeśli zdecydujesz się do mnie wrócić, możesz być pewien, że najdziesz tu odpowiedź ;-)

Zobacz też:

.