Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojenny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojenny. Pokaż wszystkie posty

24 czerwca 2019

„Walcząc o odkupienie”- Kate McCarthy

Wyd. NieZwykłe | Org. Fighting Redemption | 322 str. | 39,90 zł | Data wydania: 20.02.2019 r. 

Będę cię kochał dłużej, niż żyją gwiazdy...

Każdy inaczej okazuje miłość. Jedni chcą ją wykrzyczeć całemu światu, a inni kochają w milczeniu- strzegąc ukochanej osoby niczym najcenniejszego skarbu. Ryan zakochał się w Finlay od pierwszego wejrzenia, gdy oboje byli jeszcze dziećmi. Jednak nigdy jej tego nie wyznał. W jego odczuciu doskonała i mądra Fin zasługiwała na kogoś lepszego niż skrzywdzony chłopiec, który pragnie uciec jak najdalej od swoich demonów. Przez lata przyjaźni z jej bratem Jakem, Ryan obserwował jak Fin zmienia się z nieporadnej dziewczynki w piękną kobietę. Choć była wszystkim czego pragnął, wiedział, że nie może jej mieć. Kiedy razem z przyjacielem postanawiają spełnić swoje dziecięce marzenie i zaciągnąć się do wojska, Ryan zrywa z dziewczyną wszelki kontakt. Jednak kiedy sześć lat później wraca z wojny w Afganistanie, odkrywa, że jego uczucia względem Finlay nie zmieniły się ani odrobinę. Dziewczyna również nie potrafi już ukrywać jak wiele znaczy dla niej przyjaciel z dzieciństwa. Tylko czy miłość wystarczy, by pokonać demony przeszłości? Czy Ryan wreszcie poczuje się godny swojej największej  miłości, a może znowu zniknie i tym razem już nie wróci?

6 lutego 2017

Na wojnie bez karabinu. „Przełęcz ocalonych” [recenzja filmu]



„Boże, pomóż mi ocalić jeszcze jednego”

Desmond Doss zapisał się w historii Ameryki jako jeden z najmężniejszych i najodważniejszych żołnierzy, choć na wojnie w której uczestniczył, nie zabił ani jednego wroga, nie wystrzelił żadnego naboju, mało tego, nie zgodził się nawet wziąć do ręki karabinu. Jak sam mówił, z niebywałym uporem, nie zgłosił się do wojska po to by zabijać, lecz po to by ocalić jak najwięcej istnień. Jako wojskowy medyk narażał życie, by ratować rannych współtowarzyszy pozostawionych na polu bitwy. Szeregowy Doss ocalił kilkadziesiąt ludzkich istnień, na własne życzenie nie mając niczego, czym mógłby się bronić. Wszystko co miał to małą biblię i niezachwianą wiarę i mantrę, która dawała mu siłę do kolejnego ryzykownego kroku: „Boże pomóż mi ocalić jeszcze jednego”.

4 sierpnia 2014

„Hercules” (film)




Opis:
Ziemia, czternaście tysięcy lat temu. Udręczona dusza półboga błąka się po świecie. Herkules (Johnson), syn potężnego Zeusa, przez całe życie nie zaznał niczego prócz cierpienia. Po wykonaniu dwunastu ciężkich prac i utracie rodziny, poświęca się krwawym bitwom. Tylko one przynoszą mu ukojenie. Za towarzyszy ma szóstkę podobnych mu straceńców, których łączy zamiłowanie do wojny i nieustająca bliskość śmierci. Ich los odmienia się, gdy król Tracji (Hurt) zechce, by uczynilii jego armię najpotężniejszą na świecie. Zagubione dusze dostrzegą, jak nisko upadły, gdy stworzą wojowników równie bezwzględnych i żądnych krwi, jak one same.

Zwiastun:


Recenzja:
Legenda, czy prawda ukryta w legendzie?

Nie znam chyba osoby, która nie lubiłaby mitologii. Bo w sumie czego tu nie lubić? Cudowny klimat, mityczni bogowie, niezwykłe opowieści. No i herosi oczywiście. Pół bogowie, pół śmiertelnicy, obdarzeni nadludzką siłą i mądrością. Perseusz, Achilles a nawet Percy Jackson. Wszyscy znamy ich historie. A co z synem Zeusa, Herculesem? Mogło by się wydawać, że i jego znamy od podszewki, jednak Brett Ratner udowadnia, że prawda nie zawsze jest taka jak się wydaje.


Wszyscy znają legendę o dwunastu pracach Herculesa, które zostały na niego nałożone, jako kara za wymordowanie rodziny. W filmie jednak wątek ten jest zaledwie wspomniany i przedstawiony zupełnie inaczej.  Tym razem słynny heros nie działał sam, a celem prac było zdobycie sławy i chwały. Hercules jest tak naprawdę najemnikiem, który wraz z grupą podobnych mu wojowników walczy w imieniu królów. Oczywiście za odpowiednią odpłatą. Wątek jego rodziny jest owiany mgłą tajemnicy. I choć wieść głosi, że sam zamordował swoich bliskich, nikt nie zna prawdy, nawet on sam. Udręczony koszmarami i cierpieniem Hercules postanawia udać się do miejsca gdzie będzie mógł w spokoju doczekać końca swoich dni. Jednak nieoczekiwanie córka króla Tracji Ergenia (Rebecca Ferguson) prosi go o pomoc w walce z okrutnym buntownikiem. Heros nie podejrzewa jednak, że walka odmieni całe jego życie.


„Hercules” Bretta Ratnera to legenda w nowej odsłonie. Odrobinę rozczarował mnie fakt, że cała mitologia skupiona była jedynie na początku filmu i okazała się jedną wielką ściemą. Jednak jak się okazało, nie tak do końca. Film będzie więc sporym zaskoczeniem dla fanów mitologii, a szczególnie mitu o Herculesie. Również fani animowanej wersji, będą zdziwieni rozwojem akcji. Początkowo Hercules, kojarzony przecież z bohaterem, może się wydać rozczarowujący. W końcu okazuje się, że tak naprawdę za niezwykłą legendą kryje się nie jeden heros, a grupa złaknionych złota najemników. Jednak nie zniechęcajcie się do Herculesa, bo już po kilkunastu minutach filmu, odkryjecie, że za kilogramami muskułów i srogim wyrazem twarzy, kryje się uczciwy człowiek, który wiele w życiu stracił.


Zatrzymajmy się więc na chwilę, nie tyle przy samym Herculesie, co przy Dwaynie Johnsonie, odtwórcy roli słynnego herosa. Od kiedy zobaczyłam plakat filmowy miałam naprawdę spore wątpliwości czy Dwayne to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Aktor kojarzy mi się głownie z filmami akcji, gdzie występuje w asyście broni i szybkich samochodów, i nie da się ukryć, ze to takich filmów najbardziej pasuje. Przede wszystkim kojarzy mi się on jednak z „Królem Skorpionem”, którego wprost uwielbiam. Trzeba przyznać, że w „Herculesie” panuje podobny klimat i miałam wrażenie, że przez cały seans nie pozbędę się skojarzenia ze Skorpionem. Jak się okazało, nie ma się czego obawiać. Dwayne jako Hercules wypadł świetnie, bo dobrze czuje się w starożytnych klimatach. Odpowiednia charakteryzacja sprawiła, że nie da się w nim dostrzec Luke’a z „Szybkich i wściekłych”, a przekonująca gra aktorska pozbawiła mnie wszelkich skojarzeń z „Królem Skorpionem”. Jedynym słowem: Dwayne dał radę.


Nie można jednak zapomnieć o tym, co dzieje się na drugim planie, a dzieje się naprawdę dużo. Wszystko za sprawą dobrze dobranych aktorów, którzy robią sporo zamieszania. Mam tu głównie na myśli przyjaciół Herculesa. Najbardziej zapadł mi w pamięć Tydeus (Aksel Hennie). Najwierniejszy spośród towarzyszy herosa, znaleziony przez niego jako dziecko na polu bitwy. Choć jest półdziką niemową, wzbudził we mnie mnóstwo sympatii, a grający go Aksel Hennie dał popis świetnych umiejętności aktorskich, ponieważ stworzył niezwykle barwną postać nie wymawiając ani jednego słowa! Na uznanie zasługuje także waleczna amazonka Atalanta (Ingrid Bolsø Berdal), powściągliwy wieszcz Amfiaraos  (Ian McShane), siostrzeniec Herculesa i przezabawny baśniarz Jolaos (Reece Ritchie), który sam pragnie być wreszcie bohaterem, a także zaprawiony w boju Autolykos (Rufus Sewell). Razem tworzą barwną i dobrze dobraną bandę, i choć różni ich niemal wszystko są dla siebie jak rodzina.


„Hercules” jest filmem wprost naszpikowanym akcją, jednak nie jest to wcale akcja męcząca, a doskonale rozłożona w czasie. Przygody bohaterów śledzi się z zapałem i entuzjazmem. Dostajemy dopracowaną i spójną historię z dużą ilością wątków doprowadzonych do końca. Zwroty akcji zaskakują i robią wrażenie. Podobnie jak pięknie przedstawiony świat i ciekawe sceny walk. Dodatkowym plusem jest humor, który sprawił, że dosyć okrutna i krwawa historia zyskała na lekkości.


Nie pozostaje mi więc nic innego niż zaprosić Was do kina na tą wspaniałą produkcję. Bitewny rozmach „300” idzie tu w parze z architektonicznym przepychem „Pompei”. Szczypta humoru, mnóstwo akcji i świetni aktorzy sprawiają, że „Hercules” to idealne letnie kino niemal dla każdego widza. Polecam.

Ocena:

9/10


21 czerwca 2014

„Na skraju jutra”


Opis:
Niedaleka przyszłość. Nieznana rasa obcych atakuje Ziemię, niszcząc miasta i zabijając miliony ludzi. Wojska z całego świata łączą siły, by wspólnie walczyć najeźdźcą.
Podpułkownik Bill Cage (Tom Cruise), który nigdy wcześniej nie uczestniczył w prawdziwej walce, bez odpowiedniego przygotowania i słabo wyposażony, zostaje rzucony na pierwsza linię. Po kilku minutach ginie, chwilę wcześniej jednak udaje mu się zabić jednego z obcych. W niewyjaśniony sposób ożywa znów na początku owego przeklętego dnia, znowu idzie do walki, ginie, znowu ożywa... Za każdym razem Cage jest jednak mądrzejszy, bardziej doświadczony i bezwzględny dla wroga. Wraz z Ritą Vrataski (Emily Blunt), żołnierzem sił specjalnych, która zabiła więcej kosmitów, niż ktokolwiek inny, z każdą kolejną walką zbliżają się do poznania sposobu na ostateczne pokonanie wroga.

Zwiastun:


Recenzja:
W pętli czasu

Patrząc na listę niedawno obejrzanych filmów i przeczytanych książek widzę wyraźnie, że tematyka dystopijna i futurystyczna zdecydowanie dominuje. Nic dziwnego w końcu tego typu historie są ostatnio bardzo modne i nie zanosi się by ustąpiły miejsca czemuś nowemu. Bo w sumie cóż może być nowszego niż przyszłość?
Skoro już jesteśmy przy przyszłości, zatrzymajmy się w niej jeszcze na chwilę. Przy okazji poprzedniej recenzji cofaliśmy się w czasie. Teraz też będziemy to w pewnym sensie robić i też dlatego, aby uratować ludzkość. Z tą jednak różnicą, że razem z bohaterem będziemy co chwila… umierać. Znowu i znowu i znowu…


Bill Cage (Tom Cruise) jest podpułkownikiem. Swojego wysokiego stanowiska nie zawdzięcza jednak chwale zdobytej na polu walki. Co więcej, Bill tak naprawdę nigdy nie uczestniczył w żadnej bitwie. A to naprawdę niedobrze, bo zostaje bezceremonialnie i bez najmniejszego przygotowania, dosłownie zrzucony na front. Misja wydaje się samobójcza. I taka jest w istocie. Bitwa okazuje się pułapką i już po kilku minutach Cage zostaje zabity. Niespodziewanie jednak budzi się i jest zmuszony powtórzyć kolejny raz ten sam dzień. Ponieważ został uznany za dezertera i tchórza, nikt nie chce wierzyć w jego historię. Mężczyzna umiera więc każdego dnia i budzi się na nowo nie mogąc w żaden sposób zmienić swego losu. Nieoczekiwanie zyskuje jednak sojuszniczkę. Rita Vrataski (Emily Blunt), jedna z najodważniejszych i najbardziej skutecznych wojowników, jako jedyna zdaje się wierzyć Billowi. Z jej odwagą i jego darem pojawia się wreszcie nadzieja na zwycięstwo w wojnie. Nie łatwo tego jednak dokonać, kiedy wszyscy są przeciwko nim.


Gra w bitwie toczy się o naprawdę wysoką stawkę, bo o całą planetę. Cała rasa ludzka po raz pierwszy jednoczy siły by walczyć ze wspólnym wrogiem. Ziemię zaatakowali bowiem przybysze z kosmosu zwani Mimikami. Te dziwne istoty są szybkie i silne. Armia żadnego kraju nie jest w stanie ich pokonać. Dodatkowo stwory komunikują się telepatycznie a ich dowódca ma władzę nad czasem. W wyniku kontaktu z jego krwią moc tę przejmuje jednak Cage. Czy zdoła ją dobrze wykorzystać zanim Mimiki go odnajdą i się o nią upomną?


Zapewne myślicie, że misja jest banalnie prosta. Tom Cruise to twardziel i na pewno da radę. W tym miejscu muszę Was jednak trochę zmartwić, bo tym razem, Tom zagrał… tchórza. Człowiek, dla którego każda Mission Impossible jest Possible nagle zmienia się w bojaźliwego dowódcę, który ucieka się nawet do szantażu, byle nie stanąć na linii frontu. Oglądanie Cruise’a w roli tchórza było naprawdę ciekawym doświadczeniem, a to tego rodzącym naprawdę wiele zabawnych sytuacji. I choć film komedią zdecydowanie nie jest, to i na uśmiech znalazło się tu miejsce.


Z kolei Rita, grana przez Emily Blunt, to zupełnie inna bajka. Twarda, zdecydowanna, bezwzględna. Nie omieszkała też kilkakrotnie własnoręcznie dobić bohatera. Między nimi rodzi się pewna ciekawa relacja. Podczas gdy on każdego dnia poznaje ją coraz lepiej, a zaryzykuję nawet stwierdzenie, że być może się w niej zakochuje, ona każdego dnia musi poznawać go na nowo. Trochę jak z 50 pierwszych randek, ale może po prostu szukam na siłę wątku romantycznego, który istnieje tylko w domysłach widza.


Świat przedstawiony został wykreowany całkiem efektownie, choć może zasłonił go nieco wszechobecny chaos i kurz z pola bitwy. Mimo wątku pętli czasowej, nie ma co się przesadnie martwić powtarzalnością scen, bo twórcy taktownie wszystko przyspieszają, a nawet potrafią widza zaskoczyć. Film jest adaptacją książki i jestem naprawdę zaintrygowana wersją papierową, lecz póki co niestety nie potrafię wam odpowiedzieć, która z wersji jest lepsza. Jeśli chodzi o 3D, to niestety nie zachwyca, gdyż efekty można zliczyć na palcach jednej ręki. Jeżeli więc nie jesteście fanami trójwymiarowych okularów, możecie bez wyrzutów sumienia wybrać wersję 2D.


Podsumowując, film spisał się naprawdę nieźle. Aktorzy dali radę i nie mówię tu tylko o dwóch zaprezentowanych już gwiazdach, bo ci mniej znani robią równie wiele pozytywnego zamieszania. Szczególną sympatię zyskuje Oddział J, do którego trafia główny bohater. Motyw pętli czasowej został przedstawiony sprawnie i ciekawie bez zbędnego rozwlekania i powielania fabuły. Nic dodać, nic ująć, film serdecznie polecam!

Ocena:

8/10

13 maja 2014

„Kosogłos”- Suzanne Colins


„Igrzyska nadal trwają”

Kiedy Katniss Everdeen zgłosiła się do swoich pierwszych Głodowych Igrzysk, by uratować życie siostry, nie podejrzewała, że czeka ją cokolwiek oprócz śmierci. Po części miała rację, część dawnej Katniss umarła razem z innymi zabitymi trybutami na arenie, narodziła się jednak nowa, buntowniczka- dziewczyna, która igra z ogniem. Jej postawa grozi jednak kruchej podstawie, na której opiera się okrutna władza, a jednocześnie okazuje się bardzo cenna dla ruchu oporu. Czy Katniss znajdzie w sobie siłę by po raz ostatni stanąć na arenie?

 ” Ktoś staje obok mnie, wyczuwam jego napięcie. To Finnick, rzecz jasna, bo tylko zwycięsca igrzysk może tak szybko dostrzec to samo co ja- arenę usianą kokonami pos kontrolą organizatorów. Finnick muska palcami jednolitą czerwoną poświatę nad progiem.
 -Panie i panowie... Jego głos brzmi cicho, ale mój donośnie rozbrzmiewa w całym pomieszczenie: 
-Siedemdziesiąte Szóste Głodowe Igrzyska uważam za otwarte!"

Gdy podczas Ćwierćwiecza Poskromienia Katniss zniszczyła arenę i została uwolniona przez rebeliantów, stało się jasne, że właśnie rozpoczyna się wojna. Peeta trafił do niewoli, a jego los pozostaje tajemnicą. Dwunasty dystrykt został zrównany z ziemią i tylko nieliczni zdołali uciec. Dziewczyna z kolei trafia do legendarnej Trzynastki- podziemnego dystryktu, który wbrew zapewnieniom Kapitolu, nadal istnieje, a co więcej intensywnie przygotowuje się do rebelii, która ma wyzwolić obywateli spod jarzma prezydenta Snowa. I to właśnie Katniss ma odegrać kluczową rolę w powstaniu. Ma stać się Kosogłosem- symbolem oporu dodającym ludziom ducha walki. Nie jest to jednak proste. Dwukrotny udział w igrzyskach poorał dziewczynę mapą blizn- nie tylko tych fizycznych, ale głównie psychicznych. Przybita ogromem śmierci zadanej z jej powodu, i niepewnym losem Peety, dziewczyna nie chce po raz kolejny stać się pionkiem w czyichś rękach. Kiedy jednak zgadza się, zaczynają dręczyć ją wątpliwości. Czy ludzie, którym zaufała są naprawdę po jej stronie? Czy oślepiona żądzą zemsty nie popełnia błędu? I najważniejsze- kto tak naprawdę jest wrogiem, a kto przyjacielem?

„Nazywam się Katniss Everdeen. Dlaczego nie zginęłam? Powinnam nie żyć. Byłoby najlepiej dla wszystkich, gdybym odeszła…”. 

Nie da się nie zauważyć jak wielką przemianę psychiczną przeszli bohaterowie za sprawą igrzysk. Trybuci, którzy przeżyli muszą toczyć nieustanną walkę w swoim wnętrzu. Krwawe rany w ich psychice już nigdy się nie zagoją. Podobnie wygląda sprawa z ich rodzinami- musieli stać się twardsi niż kamień by dać radę żyć dalej ze świadomością, że ich bliscy zostali wysłani na pewną śmierć. I wreszcie wojna, ona niszczy najbardziej. Dzieci muszą zbyt wcześnie dorosnąć, śmierć staje się czymś powszechnym i zmienia wszystkich nie do poznania. Bardzo się cieszę, że autorka o tym nie zapomniała. Często zdarza się tak, że po masie tragicznych doświadczeń bohaterowie dochodzą do siebie i żyją dalej jakby nic się nie wydarzyło, wspominając tylko od czasu do czasu tragedię, która ich spotkała. A przecież to nie jest takie proste. Czy można zapomnieć o tym, że twoi znajomi byli mordowani z zimną krwią, że ty sam byłeś katem? Na pewno nie. Z trylogii Collins emanuje więc ogromna autentyczność a emocje są całkowicie prawdziwe i wprost namacalne.

„Pozbierać się jest dziesięć razy trudniej niż rozsypać”.

Autorka skupiła się na wyznaczonym celu i brnęła ku niemu niezwykle konsekwentnie. Celem była rebelia i to właśnie jest głównym tematem książki. Niektórzy mogą być nieco rozgoryczeni, że autorka nie pociągnęła niektórych wątków tak, jak oczekiwaliby tego czytelnicy. Ale moim zdaniem to dobrze, bo dzięki temu historia jest dokładnie taka, jaka powinna być- brutalna, nieprzewidywalna i szczera, a nie pisana na siłę i pod publiczkę. Nie było tu więc zbyt wiele miejsca na ckliwe momenty i zbędne słowa. Autorka postawiła na autentyczność i to był strzał w dziesiątkę.

"To jedyna rzecz, co do której mój lekarz prowadzący może mieć rację. Nie ma powrotu do tego, co było. Więc możemy równie dobrze iść dalej."

Jak zapewne większość z Was, byłam też bardzo ciekawa jak rozwiąże się konflikt uczuciowy w sercu Katniss. Gale czy Peeta? Oto jest pytanie. A na odpowiedź trzeba czekać niemal do ostatniej strony. Wojna pochłania bowiem wszystkie emocje. Uczucia też. Musicie więc liczyć się z tym, że trzeba dać Katniss czas by w ogóle zaczęła się nad nimi zastanawiać. Romantyków może trochę rozczarować więc ten wątek ale ja wyjątkowo nie narzekam. To nawet lepiej, że autorka nie roztrząsała tak kwestii sercowych, a skupiła się na tych ważniejszych a zarazem tak często niesłusznie pomijanych.

Więc kiedy szepce: - Kochasz mnie. Prawda czy fałsz? Odpowiadam: - Prawda”.

O CZYM?  Ostatni akord w śpiewie kosogłosa. Czy jego pieśń będzie na tyle silna by poprowadzić lud ku zwycięstwu? Jedno jest pewne, show wciąż trwa, a kamery są nadal włączone. Z tą różnicą, że teraz areną stało się całe państwo, a trybutami każdy obywatel. Teraz nie chodzi o to, by tylko jeden z nich przetrwał. Teraz jeden musi zginąć, a to Katniss ma wycelować strzałę prosto w jego serce. Stawka też jest o wiele wyższa- wolność, spokój, odkupienie. Fanów trylogii nie muszę namawiać do sięgnięcia po finał, jednak ci, którzy wciąż się wahają powinni natychmiast zmienić zdanie, bo seria jest jedną z tych, które absolutnie trzeba mieć w swojej kolekcji. „Igrzyska śmierci” były niebywałe, „W pierścieniu ognia”- o dziwo jeszcze lepsze, za to „Kosogłos” przerósł wręcz moje oczekiwania. Mam nadzieję, że i Was pochłonie bez reszty ten okrutny świat przyszłości. Polecam!
Ocena:
10/10
Pozycja obowiązkowa

Trylogia:
>„Kosogłos”<


31 marca 2014

„300: Początek Imperium”


Opis:

Film "300: Początek imperium" na podstawie najnowszej powieści graficznej Franka Millera pt: "Kserkses", nakręcony w stylu hitu kinowego "300", to kolejny rozdział epickiej sagi opowiadający — tym razem w scenerii bitwy morskiej — historię greckiego generała Temistoklesa, który próbuje zjednoczyć Grecję, idąc na bitwę, która zmieni bieg wojny. "300: Początek imperium" ukazuje losy Temistoklesa stającego przeciwko wielkiej inwazji wojsk perskich, którymi dowodzą Kserkses,, śmiertelnik obdarowany boskimi siłami, oraz Artemizja, mściwa dowódczyni perskiej floty morskiej.

Zwiastun:



Recenzja:
„Na początku był szept…”

Nie da się ukryć, że filmy, których akcja rozgrywa się w dalekiej przeszłości, a konkretniej w starożytności wywołują u mnie najwięcej emocji i fascynacji. Każdy detal musi być perfekcyjnie dopracowany, by widz miał wrażenie, że cofa się w czasie. Pod tym względem „300: Początek Imperium” spełnia doskonale swoją rolę. W zasadzie już od momentu kiedy zobaczyłam przed seansem „Pompei” (a może było to nawet wcześniej) zwiastun tej produkcji, byłam pod ogromnym wrażeniem i wiedziałam, że nie mogę przegapić tego filmu, mimo iż „300” zrobiło na mnie raczej średnie wrażenie.



Oglądając zwiastun możecie odnieść nieco mylne wrażenie odnośnie treści filmu. Przemowa królowej Gorgo sygnalizuje nam, że wdowa po Leonidasie prowadzi wojska na bitwę, która ma pomścić jej męża. I choć Gorgo jest, powiedzmy, narratorką całej historii to sama wkracza do niej zaledwie na koniec. Żeby jednak zrozumieć o czym w zasadzie jest „Początek Imperium” musimy ustalić kiedy rozgrywa się akcja tego filmu. Wbrew pozorom wcale nie tylko po wydarzeniach z „300”, bo także przed nimi a nawet w trakcie. Film jest więc zarówno prequelem jak i seqelem „300” oraz przypomina niektóre sceny z pierwszej części. Jeśli więc nie znacie „300”, albo nie wiecie nawet, o co chodziło w bitwie pod Termopilami, nie jest to żadna przeszkoda w obejrzeniu części drugiej.



W filmie poznajemy przyczyny sporu pomiędzy Grekami a Persami oraz zgłębiamy bardziej przeszłość i motywy działania króla- boga Kserksesa. Równie fascynującą postacią, a może nawet jeszcze bardziej fascynującą jest dowódczyni perskich wojsk- Artemizja. Jest to kobieta opisywana jako równie piękna co zabójcza, siejąca postrach i ogromny szacunek. Głębokie rany zadane jej w dzieciństwie sprawiły, że w Artemizji zapłonął ogień zemsty, a wojna i śmierć stały się jej jedynym celem i miłością. To właśnie między nią a dowódcą greckich wojsk Temistoklesem krąży cała akcja. Powiem tylko, że napięcie będzie wprost namacalne.



Napięcie towarzyszy widzowi praktycznie przez cały seans. Chaos bitewny nie cichnie nawet na chwilę. Jednak za każdym razem gdy leje się krew i dookoła latają poodcinane kończyny akcja zwalnia wzbudzając w widzu jeszcze większe napięcie. Bardzo spodobał mi się ten zabieg, bo dodał filmowi sporo klimatu i oryginalności. Niestety produkcja w pewnym stopniu też na tym traci, a konkretnie- traci na wiarygodności. Krew bryzgająca z ran wygląda bowiem jak rozlana w próżni, albo jakby miała konsystencję kisielu. I o ile krew generalnie mnie odrzuca, ta była chyba jeszcze gorsza. Choć muszę przyznać, że efekty 3D spisały się w tym wypadku na medal. Niejednokrotnie miałam bowiem wrażenie, że krew chlapie mi na okulary. Inne efekty też były godne pogratulowania. 3D jest obecne cały czas i nie ogranicza się, jak w większości filmów, do jednego elementu.



„300: początek Imperium” to fascynująca relacja bitwy morskiej między grekami a persami a także idealne uzupełnienie nieopowiedzianych wątków z „300”. Strona wizualna jest chyba największym atutem produkcji, bo robi niesamowite wrażenie, podobnie jak efekty 3D. Nie mogę przyczepić się też do samej opowieści, bo była opowiedziana dokładnie, zgrabnie i bardzo plastycznie. Jedyne zastrzeżenia mam jednak do końcówki, która urwała się w najmniej oczekiwanym momencie. Choć zarówno Kserkses, Leonidas i Temistokles żyli naprawdę i bitwa również nie jest fikcją, nie traktowałabym filmu jako wiarygodnego źródła wiedzy. Jeśli interesujecie się historią i znacie opowieści o tych starożytnych bohaterach podejdźcie do „300” jako do historii inspirowanej przeszłością. Produkcja otrzymuje ode mnie tyle samo gwiazdek, co „Pompeje” choć nie dajcie się zwieść, bo te filmy wywołują zupełnie różne odczucia.

Ocena:

8/10

Zobacz też:

.