Wyd. NieZwykłe | Org. Fighting Redemption | 322 str. | 39,90 zł | Data wydania: 20.02.2019 r.
Będę cię kochał dłużej, niż
żyją gwiazdy...
Każdy inaczej okazuje miłość. Jedni chcą ją wykrzyczeć
całemu światu, a inni kochają w milczeniu- strzegąc ukochanej osoby niczym
najcenniejszego skarbu. Ryan zakochał się w Finlay od pierwszego wejrzenia, gdy
oboje byli jeszcze dziećmi. Jednak nigdy jej tego nie wyznał. W jego odczuciu
doskonała i mądra Fin zasługiwała na kogoś lepszego niż skrzywdzony chłopiec,
który pragnie uciec jak najdalej od swoich demonów. Przez lata przyjaźni z jej
bratem Jakem, Ryan obserwował jak Fin zmienia się z nieporadnej dziewczynki w
piękną kobietę. Choć była wszystkim czego pragnął, wiedział, że nie może jej
mieć. Kiedy razem z przyjacielem postanawiają spełnić swoje dziecięce marzenie
i zaciągnąć się do wojska, Ryan zrywa z dziewczyną wszelki kontakt. Jednak
kiedy sześć lat później wraca z wojny w Afganistanie, odkrywa, że jego uczucia względem
Finlay nie zmieniły się ani odrobinę. Dziewczyna również nie potrafi już
ukrywać jak wiele znaczy dla niej przyjaciel z dzieciństwa. Tylko czy miłość
wystarczy, by pokonać demony przeszłości? Czy Ryan wreszcie poczuje się godny
swojej największejmiłości, a może znowu
zniknie i tym razem już nie wróci?
Desmond Doss zapisał się w historii Ameryki jako jeden z
najmężniejszych i najodważniejszych żołnierzy, choć na wojnie w której
uczestniczył, nie zabił ani jednego wroga, nie wystrzelił żadnego naboju, mało
tego, nie zgodził się nawet wziąć do ręki karabinu. Jak sam mówił, z niebywałym
uporem, nie zgłosił się do wojska po to by zabijać, lecz po to by ocalić jak
najwięcej istnień. Jako wojskowy medyk narażał życie, by ratować rannych współtowarzyszy
pozostawionych na polu bitwy. Szeregowy Doss ocalił kilkadziesiąt ludzkich
istnień, na własne życzenie nie mając niczego, czym mógłby się bronić. Wszystko
co miał to małą biblię i niezachwianą wiarę i mantrę, która dawała mu siłę do
kolejnego ryzykownego kroku: „Boże pomóż mi ocalić jeszcze jednego”.
Ziemia,
czternaście tysięcy lat temu. Udręczona dusza półboga błąka się po świecie.
Herkules (Johnson), syn potężnego Zeusa, przez całe życie nie zaznał niczego
prócz cierpienia. Po wykonaniu dwunastu ciężkich prac i utracie rodziny,
poświęca się krwawym bitwom. Tylko one przynoszą mu ukojenie. Za towarzyszy ma
szóstkę podobnych mu straceńców, których łączy zamiłowanie do wojny i nieustająca
bliskość śmierci. Ich los odmienia się, gdy król Tracji (Hurt) zechce, by
uczynilii jego armię najpotężniejszą na świecie. Zagubione dusze dostrzegą, jak
nisko upadły, gdy stworzą wojowników równie bezwzględnych i żądnych krwi, jak
one same.
Zwiastun:
Recenzja:
Legenda, czy prawda ukryta w legendzie?
Nie znam chyba osoby, która nie lubiłaby mitologii. Bo w
sumie czego tu nie lubić? Cudowny klimat, mityczni bogowie, niezwykłe
opowieści. No i herosi oczywiście. Pół bogowie, pół śmiertelnicy, obdarzeni
nadludzką siłą i mądrością. Perseusz, Achilles a nawet Percy Jackson. Wszyscy
znamy ich historie. A co z synem Zeusa, Herculesem? Mogło by się wydawać, że i
jego znamy od podszewki, jednak Brett Ratner udowadnia, że prawda nie zawsze
jest taka jak się wydaje.
Wszyscy znają legendę o dwunastu pracach Herculesa, które zostały
na niego nałożone, jako kara za wymordowanie rodziny. W filmie jednak wątek ten
jest zaledwie wspomniany i przedstawiony zupełnie inaczej. Tym razem słynny heros nie działał sam, a celem
prac było zdobycie sławy i chwały. Hercules jest tak naprawdę najemnikiem,
który wraz z grupą podobnych mu wojowników walczy w imieniu królów. Oczywiście
za odpowiednią odpłatą. Wątek jego rodziny jest owiany mgłą tajemnicy. I choć
wieść głosi, że sam zamordował swoich bliskich, nikt nie zna prawdy, nawet on
sam. Udręczony koszmarami i cierpieniem Hercules postanawia udać się do miejsca
gdzie będzie mógł w spokoju doczekać końca swoich dni. Jednak nieoczekiwanie
córka króla Tracji Ergenia (Rebecca Ferguson) prosi go o pomoc w walce z
okrutnym buntownikiem. Heros nie podejrzewa jednak, że walka odmieni całe jego
życie.
„Hercules” Bretta Ratnera to legenda w nowej odsłonie.
Odrobinę rozczarował mnie fakt, że cała mitologia skupiona była jedynie na
początku filmu i okazała się jedną wielką ściemą. Jednak jak się okazało, nie
tak do końca. Film będzie więc sporym zaskoczeniem dla fanów mitologii, a
szczególnie mitu o Herculesie. Również fani animowanej wersji, będą zdziwieni
rozwojem akcji. Początkowo Hercules, kojarzony przecież z bohaterem, może się wydać
rozczarowujący. W końcu okazuje się, że tak naprawdę za niezwykłą legendą kryje
się nie jeden heros, a grupa złaknionych złota najemników. Jednak nie
zniechęcajcie się do Herculesa, bo już po kilkunastu minutach filmu,
odkryjecie, że za kilogramami muskułów i srogim wyrazem twarzy, kryje się
uczciwy człowiek, który wiele w życiu stracił.
Zatrzymajmy się więc na chwilę, nie tyle przy samym
Herculesie, co przy Dwaynie Johnsonie, odtwórcy roli słynnego herosa. Od kiedy
zobaczyłam plakat filmowy miałam naprawdę spore wątpliwości czy Dwayne to
właściwy człowiek na właściwym miejscu. Aktor kojarzy mi się głownie z filmami
akcji, gdzie występuje w asyście broni i szybkich samochodów, i nie da się
ukryć, ze to takich filmów najbardziej pasuje. Przede wszystkim kojarzy mi się
on jednak z „Królem Skorpionem”, którego wprost uwielbiam. Trzeba przyznać, że
w „Herculesie” panuje podobny klimat i miałam wrażenie, że przez cały seans nie
pozbędę się skojarzenia ze Skorpionem. Jak się okazało, nie ma się czego
obawiać. Dwayne jako Hercules wypadł świetnie, bo dobrze czuje się w
starożytnych klimatach. Odpowiednia charakteryzacja sprawiła, że nie da się w
nim dostrzec Luke’a z „Szybkich i wściekłych”, a przekonująca gra aktorska
pozbawiła mnie wszelkich skojarzeń z „Królem Skorpionem”. Jedynym słowem:
Dwayne dał radę.
Nie można jednak zapomnieć o tym, co dzieje się na drugim
planie, a dzieje się naprawdę dużo. Wszystko za sprawą dobrze dobranych
aktorów, którzy robią sporo zamieszania. Mam tu głównie na myśli przyjaciół
Herculesa. Najbardziej zapadł mi w pamięć Tydeus (Aksel Hennie). Najwierniejszy
spośród towarzyszy herosa, znaleziony przez niego jako dziecko na polu bitwy.
Choć jest półdziką niemową, wzbudził we mnie mnóstwo sympatii, a grający go Aksel
Hennie dał popis świetnych umiejętności aktorskich, ponieważ stworzył niezwykle
barwną postać nie wymawiając ani jednego słowa! Na uznanie zasługuje także
waleczna amazonka Atalanta (Ingrid Bolsø Berdal), powściągliwy wieszcz Amfiaraos
(Ian McShane), siostrzeniec Herculesa i
przezabawny baśniarz Jolaos (Reece Ritchie), który sam pragnie być wreszcie
bohaterem, a także zaprawiony w boju Autolykos (Rufus Sewell). Razem tworzą
barwną i dobrze dobraną bandę, i choć różni ich niemal wszystko są dla siebie
jak rodzina.
„Hercules” jest filmem wprost naszpikowanym akcją, jednak
nie jest to wcale akcja męcząca, a doskonale rozłożona w czasie. Przygody
bohaterów śledzi się z zapałem i entuzjazmem. Dostajemy dopracowaną i spójną
historię z dużą ilością wątków doprowadzonych do końca. Zwroty akcji zaskakują
i robią wrażenie. Podobnie jak pięknie przedstawiony świat i ciekawe sceny
walk. Dodatkowym plusem jest humor, który sprawił, że dosyć okrutna i krwawa
historia zyskała na lekkości.
Nie pozostaje mi więc nic innego niż zaprosić Was do kina na
tą wspaniałą produkcję. Bitewny rozmach „300” idzie tu w parze z architektonicznym
przepychem „Pompei”. Szczypta humoru, mnóstwo akcji i świetni aktorzy
sprawiają, że „Hercules” to idealne letnie kino niemal dla każdego widza.
Polecam.
Niedaleka przyszłość.
Nieznana rasa obcych atakuje Ziemię, niszcząc miasta i zabijając miliony ludzi.
Wojska z całego świata łączą siły, by wspólnie walczyć najeźdźcą.
Podpułkownik Bill
Cage (Tom Cruise), który nigdy wcześniej nie uczestniczył w prawdziwej walce,
bez odpowiedniego przygotowania i słabo wyposażony, zostaje rzucony na pierwsza
linię. Po kilku minutach ginie, chwilę wcześniej jednak udaje mu się zabić
jednego z obcych. W niewyjaśniony sposób ożywa znów na początku owego
przeklętego dnia, znowu idzie do walki, ginie, znowu ożywa... Za każdym razem
Cage jest jednak mądrzejszy, bardziej doświadczony i bezwzględny dla wroga.
Wraz z Ritą Vrataski (Emily Blunt), żołnierzem sił specjalnych, która zabiła
więcej kosmitów, niż ktokolwiek inny, z każdą kolejną walką zbliżają się do
poznania sposobu na ostateczne pokonanie wroga.
Zwiastun:
Recenzja:
W
pętli czasu
Patrząc na listę niedawno obejrzanych filmów i przeczytanych
książek widzę wyraźnie, że tematyka dystopijna i futurystyczna zdecydowanie
dominuje. Nic dziwnego w końcu tego typu historie są ostatnio bardzo modne i
nie zanosi się by ustąpiły miejsca czemuś nowemu. Bo w sumie cóż może być
nowszego niż przyszłość?
Skoro już jesteśmy przy przyszłości, zatrzymajmy się w niej
jeszcze na chwilę. Przy okazji poprzedniej recenzji cofaliśmy się w czasie.
Teraz też będziemy to w pewnym sensie robić i też dlatego, aby uratować
ludzkość. Z tą jednak różnicą, że razem z bohaterem będziemy co chwila…
umierać. Znowu i znowu i znowu…
Bill Cage (Tom Cruise) jest podpułkownikiem. Swojego
wysokiego stanowiska nie zawdzięcza jednak chwale zdobytej na polu walki. Co
więcej, Bill tak naprawdę nigdy nie uczestniczył w żadnej bitwie. A to naprawdę
niedobrze, bo zostaje bezceremonialnie i bez najmniejszego przygotowania,
dosłownie zrzucony na front. Misja wydaje się samobójcza. I taka jest w
istocie. Bitwa okazuje się pułapką i już po kilku minutach Cage zostaje zabity.
Niespodziewanie jednak budzi się i jest zmuszony powtórzyć kolejny raz ten sam
dzień. Ponieważ został uznany za dezertera i tchórza, nikt nie chce wierzyć w
jego historię. Mężczyzna umiera więc każdego dnia i budzi się na nowo nie mogąc
w żaden sposób zmienić swego losu. Nieoczekiwanie zyskuje jednak sojuszniczkę. Rita
Vrataski (Emily Blunt), jedna z najodważniejszych i najbardziej skutecznych
wojowników, jako jedyna zdaje się wierzyć Billowi. Z jej odwagą i jego darem
pojawia się wreszcie nadzieja na zwycięstwo w wojnie. Nie łatwo tego jednak
dokonać, kiedy wszyscy są przeciwko nim.
Gra w bitwie toczy się o naprawdę wysoką stawkę, bo o całą
planetę. Cała rasa ludzka po raz pierwszy jednoczy siły by walczyć ze wspólnym
wrogiem. Ziemię zaatakowali bowiem przybysze z kosmosu zwani Mimikami. Te
dziwne istoty są szybkie i silne. Armia żadnego kraju nie jest w stanie ich
pokonać. Dodatkowo stwory komunikują się telepatycznie a ich dowódca ma władzę
nad czasem. W wyniku kontaktu z jego krwią moc tę przejmuje jednak Cage. Czy
zdoła ją dobrze wykorzystać zanim Mimiki go odnajdą i się o nią upomną?
Zapewne myślicie, że misja jest banalnie prosta. Tom Cruise
to twardziel i na pewno da radę. W tym miejscu muszę Was jednak trochę
zmartwić, bo tym razem, Tom zagrał… tchórza. Człowiek, dla którego każda Mission Impossible jest Possible nagle zmienia się w bojaźliwego
dowódcę, który ucieka się nawet do szantażu, byle nie stanąć na linii frontu.
Oglądanie Cruise’a w roli tchórza było naprawdę ciekawym doświadczeniem, a to
tego rodzącym naprawdę wiele zabawnych sytuacji. I choć film komedią
zdecydowanie nie jest, to i na uśmiech znalazło się tu miejsce.
Z kolei Rita, grana przez Emily Blunt, to zupełnie inna
bajka. Twarda, zdecydowanna, bezwzględna. Nie omieszkała też kilkakrotnie
własnoręcznie dobić bohatera. Między nimi rodzi się pewna ciekawa relacja.
Podczas gdy on każdego dnia poznaje ją coraz lepiej, a zaryzykuję nawet stwierdzenie,
że być może się w niej zakochuje, ona każdego dnia musi poznawać go na nowo.
Trochę jak z 50 pierwszych randek,
ale może po prostu szukam na siłę wątku romantycznego, który istnieje tylko w
domysłach widza.
Świat przedstawiony został wykreowany całkiem efektownie,
choć może zasłonił go nieco wszechobecny chaos i kurz z pola bitwy. Mimo wątku
pętli czasowej, nie ma co się przesadnie martwić powtarzalnością scen, bo
twórcy taktownie wszystko przyspieszają, a nawet potrafią widza zaskoczyć. Film
jest adaptacją książki i jestem naprawdę zaintrygowana wersją papierową, lecz
póki co niestety nie potrafię wam odpowiedzieć, która z wersji jest lepsza. Jeśli
chodzi o 3D, to niestety nie zachwyca, gdyż efekty można zliczyć na palcach
jednej ręki. Jeżeli więc nie jesteście fanami trójwymiarowych okularów, możecie
bez wyrzutów sumienia wybrać wersję 2D.
Podsumowując, film spisał się naprawdę nieźle. Aktorzy dali
radę i nie mówię tu tylko o dwóch zaprezentowanych już gwiazdach, bo ci mniej
znani robią równie wiele pozytywnego zamieszania. Szczególną sympatię zyskuje Oddział
J, do którego trafia główny bohater. Motyw pętli czasowej został przedstawiony
sprawnie i ciekawie bez zbędnego rozwlekania i powielania fabuły. Nic dodać, nic ująć, film serdecznie polecam!
Kiedy Katniss Everdeen zgłosiła się do swoich pierwszych
Głodowych Igrzysk, by uratować życie siostry, nie podejrzewała, że czeka ją
cokolwiek oprócz śmierci. Po części miała rację, część dawnej Katniss umarła
razem z innymi zabitymi trybutami na arenie, narodziła się jednak nowa,
buntowniczka- dziewczyna, która igra z ogniem. Jej postawa grozi jednak kruchej
podstawie, na której opiera się okrutna władza, a jednocześnie okazuje się
bardzo cenna dla ruchu oporu. Czy Katniss znajdzie w sobie siłę by po raz
ostatni stanąć na arenie?
” Ktoś
staje obok mnie, wyczuwam jego napięcie. To Finnick, rzecz jasna, bo tylko
zwycięsca igrzysk może tak szybko dostrzec to samo co ja- arenę usianą kokonami
pos kontrolą organizatorów. Finnick muska palcami jednolitą czerwoną poświatę
nad progiem. -Panie i panowie... Jego głos brzmi cicho, ale mój donośnie
rozbrzmiewa w całym pomieszczenie: -Siedemdziesiąte Szóste Głodowe Igrzyska
uważam za otwarte!"
Gdy podczas Ćwierćwiecza Poskromienia Katniss zniszczyła
arenę i została uwolniona przez rebeliantów, stało się jasne, że właśnie
rozpoczyna się wojna. Peeta trafił do niewoli, a jego los pozostaje tajemnicą. Dwunasty
dystrykt został zrównany z ziemią i tylko nieliczni zdołali uciec. Dziewczyna z
kolei trafia do legendarnej Trzynastki- podziemnego dystryktu, który wbrew zapewnieniom
Kapitolu, nadal istnieje, a co więcej intensywnie przygotowuje się do rebelii,
która ma wyzwolić obywateli spod jarzma prezydenta Snowa. I to właśnie Katniss
ma odegrać kluczową rolę w powstaniu. Ma stać się Kosogłosem- symbolem oporu
dodającym ludziom ducha walki. Nie jest to jednak proste. Dwukrotny udział w
igrzyskach poorał dziewczynę mapą blizn- nie tylko tych fizycznych, ale głównie
psychicznych. Przybita ogromem śmierci zadanej z jej powodu, i niepewnym losem
Peety, dziewczyna nie chce po raz kolejny stać się pionkiem w czyichś rękach.
Kiedy jednak zgadza się, zaczynają dręczyć ją wątpliwości. Czy ludzie, którym
zaufała są naprawdę po jej stronie? Czy oślepiona żądzą zemsty nie popełnia
błędu? I najważniejsze- kto tak naprawdę jest wrogiem, a kto przyjacielem?
„Nazywam
się Katniss Everdeen. Dlaczego nie zginęłam? Powinnam nie żyć. Byłoby najlepiej
dla wszystkich, gdybym odeszła…”.
Nie da się nie zauważyć jak wielką przemianę psychiczną
przeszli bohaterowie za sprawą igrzysk. Trybuci, którzy przeżyli muszą toczyć nieustanną
walkę w swoim wnętrzu. Krwawe rany w ich psychice już nigdy się nie zagoją.
Podobnie wygląda sprawa z ich rodzinami- musieli stać się twardsi niż kamień by
dać radę żyć dalej ze świadomością, że ich bliscy zostali wysłani na pewną śmierć.
I wreszcie wojna, ona niszczy najbardziej. Dzieci muszą zbyt wcześnie dorosnąć,
śmierć staje się czymś powszechnym i zmienia wszystkich nie do poznania. Bardzo
się cieszę, że autorka o tym nie zapomniała. Często zdarza się tak, że po masie
tragicznych doświadczeń bohaterowie dochodzą do siebie i żyją dalej jakby nic
się nie wydarzyło, wspominając tylko od czasu do czasu tragedię, która ich
spotkała. A przecież to nie jest takie proste. Czy można zapomnieć o tym, że
twoi znajomi byli mordowani z zimną krwią, że ty sam byłeś katem? Na pewno nie.
Z trylogii Collins emanuje więc ogromna autentyczność a emocje są całkowicie
prawdziwe i wprost namacalne.
„Pozbierać
się jest dziesięć razy trudniej niż rozsypać”.
Autorka skupiła się na wyznaczonym celu i brnęła ku niemu
niezwykle konsekwentnie. Celem była rebelia i to właśnie jest głównym tematem
książki. Niektórzy mogą być nieco rozgoryczeni, że autorka nie pociągnęła
niektórych wątków tak, jak oczekiwaliby tego czytelnicy. Ale moim zdaniem to
dobrze, bo dzięki temu historia jest dokładnie taka, jaka powinna być-
brutalna, nieprzewidywalna i szczera, a nie pisana na siłę i pod publiczkę. Nie
było tu więc zbyt wiele miejsca na ckliwe momenty i zbędne słowa. Autorka
postawiła na autentyczność i to był strzał w dziesiątkę.
"To
jedyna rzecz, co do której mój lekarz prowadzący może mieć rację. Nie ma
powrotu do tego, co było. Więc możemy równie dobrze iść dalej."
Jak zapewne większość z Was, byłam też bardzo ciekawa jak
rozwiąże się konflikt uczuciowy w sercu Katniss. Gale czy Peeta? Oto jest
pytanie. A na odpowiedź trzeba czekać niemal do ostatniej strony. Wojna
pochłania bowiem wszystkie emocje. Uczucia też. Musicie więc liczyć się z tym,
że trzeba dać Katniss czas by w ogóle zaczęła się nad nimi zastanawiać.
Romantyków może trochę rozczarować więc ten wątek ale ja wyjątkowo nie
narzekam. To nawet lepiej, że autorka nie roztrząsała tak kwestii sercowych, a
skupiła się na tych ważniejszych a zarazem tak często niesłusznie pomijanych.
Więc
kiedy szepce: - Kochasz mnie. Prawda czy fałsz? Odpowiadam: - Prawda”.
O CZYM?Ostatni akord w śpiewie kosogłosa. Czy jego
pieśń będzie na tyle silna by poprowadzić lud ku zwycięstwu? Jedno jest pewne,
show wciąż trwa, a kamery są nadal włączone. Z tą różnicą, że teraz areną stało
się całe państwo, a trybutami każdy obywatel. Teraz nie chodzi o to, by tylko
jeden z nich przetrwał. Teraz jeden musi zginąć, a to Katniss ma wycelować
strzałę prosto w jego serce. Stawka też jest o wiele wyższa- wolność, spokój,
odkupienie. Fanów trylogii nie muszę namawiać do sięgnięcia po finał, jednak
ci, którzy wciąż się wahają powinni natychmiast zmienić zdanie, bo seria jest
jedną z tych, które absolutnie trzeba mieć w swojej kolekcji. „Igrzyska śmierci”
były niebywałe, „W pierścieniu ognia”- o dziwo jeszcze lepsze, za to „Kosogłos”
przerósł wręcz moje oczekiwania. Mam nadzieję, że i Was pochłonie bez reszty
ten okrutny świat przyszłości. Polecam!
Film "300:
Początek imperium" na podstawie najnowszej powieści graficznej Franka
Millera pt: "Kserkses", nakręcony w stylu hitu kinowego
"300", to kolejny rozdział epickiej sagi opowiadający — tym razem w
scenerii bitwy morskiej — historię greckiego generała Temistoklesa, który
próbuje zjednoczyć Grecję, idąc na bitwę, która zmieni bieg wojny. "300:
Początek imperium" ukazuje losy Temistoklesa stającego przeciwko wielkiej
inwazji wojsk perskich, którymi dowodzą Kserkses,, śmiertelnik obdarowany boskimi
siłami, oraz Artemizja, mściwa dowódczyni perskiej floty morskiej.
Zwiastun:
Recenzja:
„Na początku był szept…”
Nie da się ukryć, że filmy, których akcja rozgrywa się w
dalekiej przeszłości, a konkretniej w starożytności wywołują u mnie najwięcej
emocji i fascynacji. Każdy detal musi być perfekcyjnie dopracowany, by widz
miał wrażenie, że cofa się w czasie. Pod tym względem „300:
Początek Imperium”spełnia
doskonale swoją rolę. W zasadzie już od momentu kiedy zobaczyłam przed seansem „Pompei”(a może było to nawet
wcześniej) zwiastun tej produkcji, byłam pod ogromnym wrażeniem i wiedziałam,
że nie mogę przegapić tego filmu, mimo iż „300”zrobiło na mnie raczej średnie wrażenie.
Oglądając zwiastun możecie odnieść nieco mylne wrażenie
odnośnie treści filmu. Przemowa królowej Gorgo sygnalizuje nam, że wdowa po
Leonidasie prowadzi wojska na bitwę, która ma pomścić jej męża. I choć Gorgo jest,
powiedzmy, narratorką całej historii to sama wkracza do niej zaledwie na
koniec. Żeby jednak zrozumieć o czym w zasadzie jest „Początek
Imperium” musimy ustalić kiedy rozgrywa się akcja tego filmu.
Wbrew pozorom wcale nie tylko po wydarzeniach z „300”,
bo także przed nimi a nawet w trakcie. Film jest więc zarówno
prequelem jak i seqelem „300”oraz
przypomina niektóre sceny z pierwszej części. Jeśli więc nie znacie „300”,albo
nie wiecie nawet, o co chodziło w bitwie pod Termopilami, nie jest to żadna
przeszkoda w obejrzeniu części drugiej.
W filmie poznajemy przyczyny sporu pomiędzy Grekami a
Persami oraz zgłębiamy bardziej przeszłość i motywy działania króla- boga Kserksesa.
Równie fascynującą postacią, a może nawet jeszcze bardziej fascynującą jest
dowódczyni perskich wojsk- Artemizja. Jest to kobieta opisywana jako równie
piękna co zabójcza, siejąca postrach i ogromny szacunek. Głębokie rany zadane
jej w dzieciństwie sprawiły, że w Artemizji zapłonął ogień zemsty, a wojna i
śmierć stały się jej jedynym celem i miłością. To właśnie między nią a dowódcą
greckich wojsk Temistoklesem krąży cała akcja. Powiem tylko, że napięcie
będzie wprost namacalne.
Napięcie towarzyszy widzowi praktycznie przez cały seans. Chaos
bitewny nie cichnie nawet na chwilę. Jednak za każdym razem gdy leje się krew i
dookoła latają poodcinane kończyny akcja zwalnia wzbudzając w widzu jeszcze
większe napięcie. Bardzo spodobał mi się ten zabieg, bo dodał filmowi sporo
klimatu i oryginalności. Niestety produkcja w pewnym stopniu też na tym traci,
a konkretnie- traci na wiarygodności. Krew bryzgająca z ran wygląda bowiem jak
rozlana w próżni, albo jakby miała konsystencję kisielu. I o ile krew
generalnie mnie odrzuca, ta była chyba jeszcze gorsza. Choć muszę przyznać,
że efekty 3D spisały się w tym wypadku na medal. Niejednokrotnie miałam
bowiem wrażenie, że krew chlapie mi na okulary. Inne efekty też były godne
pogratulowania. 3D jest obecne cały czas i nie ogranicza się, jak w
większości filmów, do jednego elementu.
„300: początek Imperium”to fascynująca relacja bitwy morskiej między
grekami a persami a także idealne uzupełnienie nieopowiedzianych wątków z „300”. Strona wizualna jest chyba
największym atutem produkcji, bo robi niesamowite wrażenie, podobnie jak efekty
3D. Nie mogę przyczepić się też do samej opowieści, bo była opowiedziana
dokładnie, zgrabnie i bardzo plastycznie. Jedyne zastrzeżenia mam jednak do
końcówki, która urwała się w najmniej oczekiwanym momencie. Choć zarówno
Kserkses, Leonidas i Temistokles żyli naprawdę i bitwa również nie jest fikcją,
nie traktowałabym filmu jako wiarygodnego źródła wiedzy. Jeśli interesujecie
się historią i znacie opowieści o tych starożytnych bohaterach podejdźcie do „300”jako
do historii inspirowanej przeszłością. Produkcja otrzymuje ode mnie tyle samo
gwiazdek, co „Pompeje”choć nie dajcie się zwieść, bo te filmy wywołują
zupełnie różne odczucia.