Opis:
Film oparty jest na
bestsellerowej powieści Lois Lowry z 1993 roku. Opowiada historię chłopca o
imieniu Jonas, który żyje w fikcyjnym świecie bez wad. Społeczeństwo jest
szczęśliwe, a pojęcia wojny, bólu, wyboru, smutku i innych uczuć nie są mu
znane. Każdy ma przypisaną rolę i żyje według ściśle określonych zadań. W wieku
12 lat Jonas otrzymuje swoją rolę - ma zostać "Odbiorcą wspomnień".
Rozpoczyna szkolenie pod okiem byłego "Odbiorcy", starszego
człowieka, który będzie przekazywał chłopcu swoją wiedzę (tytułowy "Dawca
Pamięci"). Tym sposobem Jonas doznaje nowych uczuć i wkracza w prawdziwy
świat, gdzie nie wszystko jest tak wspaniałe. Zdaje sobie sprawę, że
społeczność, w której żyje to jedno wielkie oszustwo i w obliczu tej prawdy
musi podjąć decyzje, które zmienią jego los na zawsze.
Zwiastun:
Recenzja:
Wbrew zasadom
Jako fanka gatunku widząc zapowiedź „Dawcy Pamięci”
wiedziałam, że muszę ten film zobaczyć. Jednak ponieważ wiedziałam też, że
powstał on na podstawie powieści, sięgnęłam po nią gdy tylko się ukazała.
Wiedziałam więc czego mniej więcej mogę się spodziewać, jednak byłam pewna, że
film tylko w niewielkim stopniu będzie odwzorowywał powieść, która choć
naprawdę bardzo dobra, na film zbytnio się nie nadaje. Czekało mnie więc spore
zaskoczenie i muszę przyznać, że wierność książce nie zawsze wychodzi ekranizacji
na dobre.
Jeżeli czytaliście moją recenzję książkowego pierwowzoru,
wiecie już, o czym jest ta historia. Dla pozostałych króciutkie przypomnienie,
bo fabuła książkowa i filmowa prawie wcale się nie różnią. Bohaterem jest dwunastoletni
Jonas (choć 25-letni Brenton Thwaites wcale na dwunastolatka nie wygląda… Na
dwudziestopięciolatka z resztą też), żyjący w utopijnym świecie przyszłości,
gdzie nie ma bólu, chorób, głodu, ale nie ma też wolnej woli, a wszyscy
podporządkowują się decyzjom starszyzny. Jonas wraz ze swoimi przyjaciółmi
Fioną (Odeya Rush) i Asherem (Cameron Monaghan), oraz innymi dwunastolatkami ma
przejść ceremonię nadania zawodów, jako jedyny nie ma jednak pojęcia, co go
czeka, bo sam nawet nie wie jaki zawód chciałby wykonywać. Nieoczekiwanie
otrzymuje jednak najbardziej zaszczytne, ale wiążące się z ogromną
odpowiedzialnością i bólem stanowisko Odbiorcy Wspomnień a jego mentorem staje
się Dawca (Jeff Bridges). Poznając kolejne wspomnienia z przeszłości, które
ludzkości odebrano, chłopak zaczyna się zastanawiać czy świat, w którym żyje jest
naprawdę tak doskonały jak myślą nieświadomi mieszkańcy.
„Dawca Pamięci” jest jedną z najwierniejszych adaptacji, jakie
dane mi było obejrzeć. Zazwyczaj bardzo mnie to cieszy, bo przekręcanie faktów
i istotnych wydarzeń, dla fana książki jest naprawdę irytujące, jednak w tym przypadku
było trochę inaczej. Fabuła książki została dokładnie odwzorowana w filmie i
różni się zaledwie kilkoma detalami. Odwzorowany został też klimat powieści, w
którym nie ma cienia dynamizmu a jedynie melancholia i spokój. Choć książka
bardzo mi się spodobała i chętnie przeczytam ją ponownie, miałam nadzieję, że
twórcy filmu nieco luźniej oprą scenariusz na fabule powieści. Może pisząc to,
jestem zdrajczynią, ale pierwszy raz w życiu chciałam jakichś zmian. Tymczasem
dostałam coś do złudzenia przypominającego książkę, co jest tuż po lekturze
tyle zaletą, co wadą, bo w gruncie rzeczy nie czekało mnie w kinie absolutnie
żadne, najmniejsze nawet zaskoczenie.
Polecam wam więc bardziej książkę niż film, bo choć oba
twory są do siebie bardzo podobne to jednak powieść bardziej mnie poruszyła i
była bardziej refleksyjna. Miałam z tym wszystkim trochę kłopotu, bo mimo
podobieństwa film nie zrobił już na mnie takiego wrażenia. Nie mogę ocenić go
źle, bo historia mi się podobała, ale nie mogę podnieść też oceny w stosunku do
książki, bo to zwyczajnie już nie to samo. W dodatku powolny i kompletnie nie
emocjonujący klimat na dużym ekranie nie sprawdza się najlepiej i fanów
dystopii (nieznających książki), może zwyczajnie rozczarować, a nawet odrobinę
znudzić.
Nie chcę jednak, byście myśleli, że zniechęcam was do tej
historii, bo to kompletnie nie tak. Mimo wszystko film może się spodobać i
zdecydowanie nabiera rumieńców dzięki znakomitej obsadzie aktorskiej.
Największe wrażenie robi Jeff Bridges w roli przytłoczonego brzemieniem
wspomnień mentora. Jest to jedyna postać, którą od początku omija aura
sztuczności wyidealizowanego społeczeństwa, a za to otacza atmosfera tajemnicy
i indywidualności. Niemniejsze wrażenie robi Brenton Thwaites, którego na
ekranie widziałam pierwszy raz, ale bardzo polubiłam i z pewnością zapamiętam
jego nazwisko. Ciekawym zabiegiem było też zwiększenie w filmie roli Fiony i
Ashera. Dostali oni inne niż w książce zawody i mają w całej historii znacznie
większe znaczenie. W przypadku Fiony strasznie mi się to spodobało, został
nawet wprowadzony delikatny wątek romantyczny, którego zabrakło w powieści. Rozczarowała
mnie z kolei przemiana Ashera, który był bardzo zabawną postacią, a w filmie
wykreowano go na zwykłego sztywniaka. Zaskoczył mnie jednak fakt, że na ulotce
promującej film próżno szukać nazwiska Odeyi Rush grającej Fionę, czy Camerona Monaghana grającego Ashera. Z kolei wśród nazwisk na pierwszej stronie pojawia
się Taylor Swift grająca zaledwie maleńki epizodzik. Pewnie nie zwróciłabym na
to uwagi, gdyby nie fakt, że za nią nie przepadam, a wcześniej wymienieni
aktorzy naprawdę zasługują na wyróżnienie.
Zwiastun, choć wprowadza nieco w błąd, zapowiada dobrą w
gruncie rzeczy opowieść o sile emocji, wadze wspomnień i pozwala docenić to,
czego czasem nie dostrzegamy, choć zdecydowanie powinniśmy. W ostatecznym
rozrachunku film polecam i mam nadzieję, że wiedząc, czego się spodziewać,
odbierzecie go lepiej. Bo tak naprawdę opowiada on o życiu i naprawdę ważnych
wartościach, bez których nie jest ono wiele warte.
Ocena:
7/10
Na koniec przepiękna piosenka OneRepublic
z filmowego soundtracku:






