2 maja 2016

Ekstremalna majówka w Energylandii


Dziś opowiem Wam co nieco o mojej ostatniej wyprawie do niedawno otwartego parku rozrywki Energylandia w Zatorze.  Jak na park rozrywki przystało, spodziewałam się kilku fajnie spędzonych godzin i odrobiny relaksu. Okazało się, że dostałam o wiele wiele więcej, bo oprócz pięknych widoków i miłej atmosfery czekały na mnie także chwile pełne wrażeń i ekstremalnych przeżyć.
Rollercoaster Myan i fragment Tsunami Droppera

Moją wirtualną relację zacznę od mocnego uderzenia, czyli od pierwszej kolejki, którą odwiedziłam zaraz po otwarciu. Przyznam szczerze, że nie miałam pojęcia dokąd idę, kiedy zbliżaliśmy się do Roller Coastera Mayan. W sumie dobrze się złożyło, że nie przygotowałam się zbyt dokładnie do tej spontanicznej wycieczki, bo nie wiem czy dałabym się namówić na początek na coś takiego. Ponad 33 metry wysokości (czyli około 10 pięter!), 80 kilometrów na godzinę, całe mnóstwo spadków, zakrętów i przeciążenia, które dosłownie wyciskają łzy z oczu. Podczas pierwszego zjazdu z największej wysokości myślałam tylko o jednym- zaraz zginę. Mayan to doskonała propozycja dla osób szukających mocnych wrażeń. Nie było chyba osoby, która nie chwiałaby się na nogach po zakończonej przejażdżce. Pozom adrenaliny okazał się tak wysoki, że już pięć minut później chciałam powtórzyć zjazd, ale ostatecznie, gdy emocje opadły byłam zbyt przerażona, by przeżyć to ponownie.

Tsunami Dropper

Roller Coaster Dragon

Kolejnym Roller Coasterem, na który znalazł się na mojej mapie zwiedzania był Dragon. Emocje nieco mniejsze ale nadal wciskające w fotel i dające potężny zastrzyk adrenaliny. 55 sekund i 67 kilometrów na godzinę wystarczyło by zmiękły mi kolana. Na przejażdżkę Dragonem zdecydowałam się dwa razy i gdyby nie kolejki, nie wahałabym się przed kolejnym. Jak dla mnie Dragon okazał się kolejką idealną, bo choć zapewnia masę emocji, nie przyprawia o taki atak serca jak Mayan. Podobnych wrażeń dostarczył mi Tsunami Droper, czyli wieża zrzutu, która unosi wysoko, by następnie drastycznie opaść w dół. Choć standardowo, serce stawało mi w gardle, nie żałuję, bo choć przez chwilę mogłam obejrzeć z wysokości ponad 40 metrów panoramę cudownej Energylandii i pięknego Zatoru. Nie da się tego zapomnieć.

 Tak to wygląda w praktyce:





Zaczęłam od ekstremalnej strony Energylandii, dlatego opowiem Wam o niej do końca. Ponieważ stalowe nerwy nie należą do repertuaru moich zalet, nie zdecydowałam się na wszystkie atrakcje z tej kategorii, choć było ich jeszcze kilka. Jak na dobry park rozrywki przystało nie zabrakło tu znanego pewnie wszystkim Space Gun, czyli obracających się młotów. Choć po poprzednich atrakcjach 16 metrów nie powinno zrobić na mnie wrażenia, to zawisanie na kilka sekund do góry nogami i liczne przekleństwa osób, które akurat były w powietrzu skutecznie mnie odstraszyły. Podobnie było z Apocalypto, czyli stale obracającą się ławą- nie wiem jak zareagowałabym na te wszystkie obroty.

Apocalypto                                                                                            Space Gun 

Największe przerażenie budzą jednak dwa inne Roller Coastery. Aztec Swing kusił mnie rewelacyjnym wyglądem i dekoracjami, ale już samo patrzenie na obracające się okrągłe wahadło, zmroziło mnie do szpiku kości. Podobnie z Space Bosterem- Armagedon (czyż nazwa nie jest urocza?). To wysokie na 40 metrów ramię zwieńczone z każdej strony miejscami dla czterech śmiałków. Już sama wysokość jest zabójcza, jednak dodając do tego obracające się siedziska i prędkość spadania dochodzącą do 100 kilometrów na godzinę, uzyskujemy mieszankę tylko dla najodważniejszych. O ile Aztec Swing początkowo miałam w planach, tak Armagedon zdecydowanie doprowadziłby mnie do zawału.

                           Aztec Swing                                                                                              Armagedon

Energylandia to jednak nie tylko ekstremalne wrażenia. O wiele więcej czasu poświęciłam na korzystanie z atrakcji sekcji familijnej i dziecięcej. Jeśli mam być szczera, bawiłam się tam nawet lepiej! Ilość i różnorodność kolejek sprawi, że każdy znajdzie coś dla siebie. Moim faworytem jest Energuś, który choć przeznaczony dla najmłodszych okazał się całkiem szybki (46 km/h). Niemniejsze wrażenia zapewnił mi Mars Coaster, który zwiódł mnie uroczym wyglądem, a okazał się naprawdę ciekawy jak na kolejkę dla dzieci. Wśród typowo relaksujących atrakcji znalazła się tradycyjna karuzela łańcuchowa, karuzela z konikami, cudowna kolejka widokowa samoloty z której można było zrobić świetne zdjęcia i podejrzeć kolejne atrakcje. Równie dobrze bawiłam się na spokojnym spływie pontonem. Jedynym rozczarowaniem parku okazał Monster Attack, który choć miał być domem grozy okazał się niestraszny nawet w najmniejszym stopniu. Jedyną atrakcją były w nim laserowe pistolety, z których można było strzelać do potworów (niestety plastikowych i nieruchomych).
 
Pontony Atlantis i Mars Coaster

Mój ulubiony Energuś i rozczarowujący Monster Attack


Opisałam już całe mnóstwo atrakcji, a to jeszcze nie wszystko. Na odwiedzających park czekają też dodatkowo trzy świetne miejsca: Teatr Colosseo, Teatr Egipt i Kino 7D. Każdy oferuje co godzinę krótkie pokazy o różnorodnej tematyce, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Mnie osobiście najbardziej oczarował końcowy pokaz tuż przed zamknięciem parku. Miałam przyjemność zobaczyć efektowne Fireshow, w którym iskry sypały się pod samo niebo. Strasznie żałuję, że większość pokazów przegapiłam. Labolatorium Szalonego Naukowca i Dr. Body Show usiały być rewelacyjne. Z resztą przy takiej dbałości o detale i nastój, nawet Basketball i Football Freestyle (czyli coś co kompletnie mnie nie interesuje) okazało się niesamowitym i zachwycającym widowiskiem.



Czas nieco podsumować moją relację. W Energylandii spędziłam niemal cały dzień i bawiłam się na najwyższych obrotach od otwarcia aż do zamknięcia parku. Dzięki całej gamie najróżniejszych atrakcji nie ma mowy o nudzie nawet przez chwilę. To świetne miejsce zarówno dla rodzin z maluchami, dla nastolatków, a nawet tych, którzy myślą, że dawno wyrośli z takich atrakcji. Park zapewnia mnóstwo uśmiechu i relaksu, ale też niezapomnianych ekstremalnych przeżyć, po których można odpocząć na przykład na tarasie widokowym, albo hamakach w ogrodzie. Dodajcie do tego przepiękną scenerię i wspaniałą atmosferę. Ja jestem zachwycona Energylandią i wiem na pewno, że odwiedzę jeszcze nie raz to miejsce, tym  bardziej, że już powstają w niej kolejne atrakcje! W najbliższych planach jest Water Park i kolejny ekstremalny Roller Coaster porównywany do popularnego Blue Fire w Europa Park w Niemczech. Szczerze mówiąc jestem gotowa odwiedzić Energylandię ponownie choćby jutro, bo nie pamiętam kiedy ostatnio tak dobrze się bawiłam.

Słyszeliście o Energylandii? Chcielibyście ją odwiedzić, a może już to zrobiliście?
Koniecznie dajcie znać w komentarzach!



5 komentarzy:

  1. Byłam w ubiegłym roku i byłam na wszystkich urządzeniach ze strefy ekstremalnej. Aztec Swing wywołał u mnie największy strach, ale wrażenia z tego miejsca są nie do opisania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aztec był gorszy niż armagedon? Ja nie odważyłam się na większość ekstremalnych atrakcji ale nic straconego, na pewno nadrobię to w przyszłości bo z pewnością wrócę do Energylandii :-)
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Byłam tam w zeszłym roku - emocje i niezapomniane chwile. Nie miałam okazji przejechać się na Mayan'ie bo wtedy jeszcze był zamknięty ale jeśli uda mi się pojechać tam w tym roku to na pewno się na niego wybiorę. Za to pokochałam Tsunami Dropper do tego stopnia, że byłam na nim 4 razy (w tym trzy pod rząd bo nie było kolejek). Dragon był pierwszą kolejką na której byłam i przy zjeździe w dół, w ten odcinek, gdzie wjeżdża się poniżej poziomu ziemi, miałam wrażenie, że żołądek skacze mi do gardła - nie mniej jednak było warto. Do tego byłam też na 2 innych kolejkach, bo na resztę się nie odważyłam. Warto doliczyć jeszcze dwa spływy (w tym jeden, po którym wyglądałam jak zmokła kura....). Wrażenia są niezapomniane i miło czasem powspominać ;)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli miałabym porównywać do czegoś Myana, to właśnie do Dragona, z tą różnicą, że emocje są sto razy większe, a to uczucie żołądka w przełyku o wiele intensywniejsze. Mimo to polecam, ta minuta "umierania" podnosi ciśnienie na cały dzień. Mogłabym czymś takim zastąpić sobie poranną kawę ;-) Jeśli wybierzesz się w tym roku, może załapiesz się na otwarcie Formuły 1, która ma być jeszcze bardziej przerażająca niż Mayan. Aż strach się bać. Ale wrażenia faktycznie, niezapomniane :-)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Jak tak czytałam o tych wszystkich cudach to po pierwsze: kobieto, zazdroszczę żołądka, który nie daje ci znać po takich zjazdach. :D Raz byłam na rollercoasterze - w całym swoim życiu i cholera, to było przerażające. I choć koniec końców podobało mi się pomimo bólu głowy, chyba nie dałabym się namówić na takie olbrzymy.
    Po drugie: dobrze, że napisałaś na czym polega Tsunami Dropper, bo choć "dropper" podsunęło mi pewną wizję, to nie chciałam w nią wierzyć, a ty ją potwierdziłaś. Podejrzewam, że cieszyłabym sie wjeżdżaniem na wysokosć, ale samo zrzucenie na dół - nie wiem czy serce by mi gdzieś tam po drodze nie stanęło. :D
    Okej. Piszę komentarz na bieżąco więc: co mam do powiedzenia o pierwszym filmiku? RANY BOSKIE. Okej.
    Jeszcze bardziej jestem pełna podziwu do ciebie. I do wszystkich innych ludzi, którzy żyją po czymś takim. Lecę do filmiku numer dwa.
    Okej. Ta druga mi się podoba. Bardzo, bardzo. I w sumie nie dziwię się, że chciałaś nią jechać dwa razy. I nawet więcej. Wygląda jakoś tak fajnie. Poza tym, kolory też działają inaczej, tak? Czerwony jest jak alarm, natomiast tu - niebieski z zielonym, jakoś mnie uspokajają. I! I! W filmiku ostatni człowiek miał koszulkę z Batmanem <3 Dobrze dla niego!
    O rany. Apocalypto i Space Gun to gwarantowany zawał Sherry. :D
    O rany. Dwa kolejne cuda też do mnie nie przemawiają. To pierwsze, Azteckie, widziałam już podczas oglądania filmiku numer 1, i przeszło mi przez głowę: "ktoś na to wchodzi z własnej woli?! Czy oni nie mają intynktu samozachowawczego?!", ale ja jestem takim małym tchórzem, także nie słuchaj mnie. :D
    Oooo. Wszystkie cuda, które opisałaś w sekcji familijo-dziecięcej chciałabym! <3 Nawet słaby Monsterowy-cudak. :D Brzmi uroczo i zazwyczaj moja obecność w takich miejsach "strachu" kończy się moimi wybuchami śmiechu, więc lubię sobie poprawiać humor. :) I o mój Boże, tak strasznie marzę o karuzeli z konikami.:( Tak cholernie dawno nie byłam w żadnym wesołym miasteczku, że mnie aż to boli. :(
    Tak po przeczytaniu twojego wpisu, mam cholerną ochotę wybrać się do takiego parku rozrywki. Aż mnie boli serce, jak pomyślę, że pewnie nie będę mieć okazji pojawić się tak wkrótce. :( Mimo że Zator to Małopolskie - a więc, cholera, moje okolice to jestem cholerną niedorajdą jeśli chodzi o planowanie podróży. Może kiedy sesja brata się skończy, spróbuję go wyciągnąć i przekonać. :)
    Za to jestem zaskoczona, że ty byłaś w Małopolskim! Jakaś taka podróż, hm? :D
    Pozdrawiam,
    Sherry

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku!
Bardzo dziękuję za przeczytanie mojego tekstu, to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Znasz już mój punkt widzenia, będę bardzo wdzięczna jeśli podzielisz się również swoim. A jeśli zdecydujesz się do mnie wrócić, możesz być pewien, że najdziesz tu odpowiedź ;-)

Zobacz też:

.